Wednesday, November 11, 2009

Uhuuuu...

Za 25 lat czeka nas wielki, niespotykany w historii konflikt pokoleniowy. Młodzi zbuntują się przeciwko starym. Ale starych będzie większość, więc wybiorą partie chroniące ich interesy. O skutkach zadłużania państwa opowiada Jan Rutkowski z Banku Światowego


Jan Rutkowski*: Obecny kryzys nakłada się na dramatyczną zmianę, która w Polsce będzie szczególnie silna, silniejsza niż w wielu innych krajach Unii Europejskiej. Chodzi o zmiany związane z demografią.

W ciągu jednego pokolenia - 25 lat - liczba ludzi w wieku produkcyjnym w Polsce spadnie o 15 proc. z 27 mln do 23 mln w 2035 r. Co ważne, liczba osób w wieku poprodukcyjnym wzrośnie o 65 proc.! To jest rewolucja demograficzna, która niesie bardzo poważne konsekwencje ekonomiczne. Obecnie stu pracowników utrzymuje 19 ludzi starszych, za 25 lat będzie utrzymywało 36 osób starszych. To ogromna zmiana, której konsekwencji sobie jeszcze nie uświadamiamy.

To wywróci do góry nogami nasze społeczeństwo?

- Nastąpi dramatyczna międzypokoleniowa walka o podział dochodu. To, że będzie mniej osób pracujących, spowoduje spadek tempa wzrostu dochodu narodowego. Wzrost dochodu na osobę będzie się dokonywał tylko poprzez większą wydajność pracy.

Mniej osób osób będzie pracować, więc mniejsze będą wpływy z podatków, co spowoduje, że dochody budżetu zaczną się kurczyć. Jednocześnie potrzeby wydatkowe budżetu będą stale rosły - na ochronę zdrowia oraz na emerytury. Do tego trzeba pamiętać, że wydłuża się czas życia człowieka i gwałtownie zacznie rosnąć liczba osób, które nie będą same w stanie samodzielnie funkcjonować. Będą potrzebowały opieki, a to jest kosztowne i oznacza dodatkowe wydatki państwa.



- Będzie coraz mniej ludzi młodych i coraz więcej ludzi starszych, często mających ponad 80 lat. To może wywołać konflikt pokoleniowy. Ludzie młodzi będą musieli płacić coraz wyższe podatki i coraz więcej dochodów przeznaczać na utrzymanie swoich rodziców i dziadków.

Partie, które będą obiecywać podwyżki emerytur, będą zdobywać głosy coraz liczniejszej grupy osób starszych. Ludzie pracujący będą się buntować: dlaczego mają się zmniejszać nasze dochody?

Komisja Europejska ostrzega, że jeśli nic nie zrobimy, dług publiczny w Polsce może w 2060 r. przekroczyć 300 proc. PKB, w Wielkiej Brytanii - niewyobrażalny poziom 750 proc. PKB

- To ostrzeżenie, czym teoretycznie mogłoby grozić zaniechanie reform finansów publicznych.

Można tutaj przytoczyć analogię maratończyka, który musi przebiec określony dystans. Jeśli na początku przyspieszy, to później nie ma już siły i musi gwałtownie zwolnić. Podobnie jest w gospodarce. Pakiety stymulacyjne początkowo przyspieszają wzrost gospodarczy, ale powodują wzrost deficytu budżetowego i długu publicznego. Więc później kończy się to podniesieniem podatków w celu spłaty długów, spadkiem oszczędności i inwestycji, a co za tym idzie, niższym wzrostem gospodarczym.

A na to wszystko nakładają się problemy demograficzne...

- Tak. W Europie i w Polsce wkrótce zaczniemy odnotowywać postępujący i coraz szybszy spadek liczby ludności w wieku produkcyjnym. Przez długie lata w Polsce mieliśmy wskaźnik dzietności powyżej 2, teraz wynosi on około 1,3. Co ciekawe, wyrównał się poziom dzietności pomiędzy wsią i miastem. Tymczasem wiadomo, że by się populacja reprodukowała, kobieta musi mieć przeciętnie 2,1 dziecka.

Kiedy to się zaczęło?

- Proces rozpoczął się w drugiej połowie lat 80., ale dramatycznie przyspieszył w momencie rozpoczęcia transformacji gospodarczej na początku lat 90.

Kapitalizm nam zaszkodził?

- Nie nazwałbym tego szkodzeniem. To była naturalna reakcja związana z tym, że ostatnie lata komunizmu były okresem ogromnego postu konsumpcyjnego. W momencie transformacji pojawiły się nowe możliwości karier zawodowych, których wcześniej nie było. Ludzie mogli nagle zarabiać więcej pieniędzy i wszystko za nie kupić. Polacy gwałtownie chcieli nadrobić dystans w poziomie życia w stosunku do krajów bardziej rozwiniętych.

Posiadanie dziecka stało się więc kosztowne. Chodzi tutaj o tzw. koszt utraconych możliwości, tj. rezygnację z kariery zawodowej i zarobków związaną z wychowaniem dziecka.

Można jeszcze wyjść z tej matni? Nie jest za późno?

- Żeby nie obniżać poziomu życia, musimy zwiększyć aktywność zawodową ludności. Można to osiągnąć poprzez podniesienie wieku emerytalnego. Ale wiek emerytalny został wyznaczony wiele lat temu, a w międzyczasie wydłużył się czas życia ludności. Obecnie ludzie żyją znacznie dłużej po przejściu na emeryturę niż wówczas, kiedy wprowadzono emerytury. Na przykład kobieta przechodząca teraz na emeryturę w wieku 60 lat ma przed sobą średnio jeszcze 23 lata życia.

W Polsce musimy, po pierwsze, wyrównać wiek emerytalny kobiet i mężczyzn, po drugie stopniowo wydłużać go. Tak zrobili Niemcy. Zrównali i wydłużyli wiek emerytalny do 67 lat.

Ale zaraz zaczną się lamenty poszczególnych grup zawodowych...

- U nas to wymaga diametralnej zmiany mentalności. W Polsce utarło się, że wczesne przejście na emeryturę to przywilej, który każdemu ciężko pracującemu się należy. Ta mentalność musi się zmienić. Jeśli nie, to Polska stanie się krajem po prostu biedniejszym. Kiedyś władza ludowa łatwo rozdawała przywileje w imię zachowania spokoju społecznego. Ale taka sytuacja jest nie do utrzymania.

Nie może być nastawienia typu: za 50 lat i tak mnie nie będzie, to co mnie to obchodzi. Każdy myśli: jeśli ja pójdę na emeryturę, to przecież od tego państwo nie zbiednieje. To prawda. Ale jeśli na emeryturę pójdą wszyscy, to oczywiście Polska zbiednieje. Dlaczego jak idę do kina, mając 55 lat, dostaję propozycję biletu dla seniora? Uznawanie za seniorów ludzi 55-letnich, a więc często u szczytu kariery zawodowej, jest kosztownym absurdem.

W krajach rozwiniętych widać wyraźny trend: przedłużać aktywność zawodową. Ale od ludzi to wymaga zmiany modelu kariery zawodowej. Na Zachodzie Europy rośnie mobilność zawodowa, ludzie w ciągu swojego życia mają wiele miejsc pracy, wiele zawodów. Ale by zwiększała się mobilność, musi zmienić się nastawienie, ludzie muszą cały czas podnosić swoje kwalifikacje, uczyć się. Muszą dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości ekonomicznej.



- Jeśli nie możemy korzystać z tego, że rośnie zatrudnienie, to musi rosnąć wydajność pracy. A wydajność zależy od tego, ile inwestujemy i jak innowacyjną gospodarkę mamy. Ale tu powstaje błędne koło. Bo by inwestycje rosły, musi być do nich odpowiedni klimat, czyli np. niskie podatki. Ale to stoi w sprzeczności z większymi wydatkami na świadczenia socjalne, które będą rosły z powodów demograficznych.

Z innowacjami w Polsce też na razie nie jest najlepiej. We wszystkich porównaniach międzynarodowych Polska wypada słabo. A popatrzmy na Finów. Ich system szkolnictwa, badań i rozwoju sprawia, że Finlandia jest krajem bardzo nowoczesnym. A co za tym idzie, ich wydajność pracy jest bardzo wysoka.

Jak innowacyjność bezpośrednio może się przełożyć na zniwelowanie problemów społecznych?

- Jeśli ludzie są bardziej wydajni, to nawet jeśli jest ich mniej, wytwarzają więcej. Tylko większa innowacyjność technologiczna i wyższa wydajność pracy może zrekompensować mniej rąk do pracy w przyszłości. I tym samym umożliwić dalszy wzrost poziomu życia.

Polaków w Polsce będzie coraz mniej. Ale przecież pracować u nas mogą też obcokrajowcy. Czemu nie otworzyć granic dla migracji, czy to nie rozwiązałoby problemów demograficznych?

- Do tej pory to głównie Polska wysyłała ludzi na emigrację. Chociaż mamy już mniejszość wietnamską czy ukraińską. Ale ten potencjał powoli się kończy. Ukraina pod względem demograficznym będzie jeszcze bardziej dotknięta niż Polska. Trudno więc oczekiwać, że będzie to nieskończone źródło tańszej siły roboczej.

Dużo młodych ludzi jest np. w Afryce. Ale to już region zupełnie inny kulturowo. Powstaje pytanie, na ile społeczeństwo polskie - do tej pory homogeniczne - jest w stanie przyjąć pracowników z innych kręgów kulturowych bez utraty spójności społecznej i bez towarzyszących temu napięć.

Podniesienie wieku emerytalnego czy wydajności pracy to recepty na katastrofę w przyszłości. A może po prostu rządy powinny zacząć myśleć długoterminowo i prowadzić już teraz rozsądną politykę budżetową?

- W Polsce mamy problem z myśleniem długookresowym. Bo my łatwo wpadamy w euforię, że jesteśmy jednym z najszybciej rosnących krajów. I od razu zaczyna się konsumowanie owoców wzrostu. Racjonalna polityka polega natomiast na oszczędzaniu w okresie dobrej koniunktury i na korzystaniu z oszczędności, kiedy gospodarka zwalnia.

Niestety, presja na to, żeby w okresie szybkiego wzrostu podnosić płace i świadczenia społeczne, jest bardzo duża i politykom trudno się jest jej oprzeć. Skutkiem tego jest jednak olbrzymi deficyt budżetowy i rosnący dług publiczny w okresie spowolnienia gospodarczego, które zawsze prędzej czy później następuje po okresie wzrostu. Dług publiczny, tak jak każdy dług, nie może rosnąć w nieskończoność i w jakimś momencie trzeba zacząć go spłacać. A to oznacza wzrost podatków lub zmniejszenie wydatków publicznych. W obu przypadkach tracą na tym ludzie.

Nadmierna konsumpcja obecnie dokonuje się zatem kosztem mniejszej konsumpcji w przyszłości. Za nasz rozbudzony apetyt konsumpcyjny zapłacą nasze dzieci i wnuki. To kolejny przykład międzypokoleniowej walki o podział dochodu. Z tym że w tym przypadku nie jest to prawdziwa walka, bo przyszłe pokolenia nie mają tu nic do powiedzenia. A zatem zbilansowany budżet i dług publiczny na niskim poziomie to właśnie przejaw myślenia długookresowego, takiego, które bierze pod uwagę dobrobyt naszych dzieci i wnuków.



*Jan Rutkowski - główny ekonomista Banku Światowego ds. społecznych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej