Wednesday, July 23, 2008

Albańskie kobiety, które postanowiły zostać mężczyznami

Zrodlo: Gazeta wyborcza (z New York Times)

Pashe Keqi przypomina sobie dzień sprzed blisko 60 lat, w którym zdecydowała, że zostanie mężczyzną. Odcięła swoje długie czarne loki, zamieniła sukienkę na workowate spodnie ojca, uzbroiła się w myśliwską strzelbę i złożyła ślubowanie, że nigdy w jej życiu nie będzie żadnego małżeństwa, dzieci ani seksu.
W zamkniętej i konserwatywnej społeczności północnej, rolniczej części Albanii, zamiana płci była od wieków uważana za praktyczne rozwiązanie dla rodzin, którym brakowało mężczyzn. Ojciec Keqi został zabity w wyniku waśni rodowych nie zostawiwszy męskiego potomka. Zgodnie z obyczajem, Keqi, mająca obecnie 78 lat, złożyła śluby dożywotniego dziewictwa. Żyła jak mężczyzna, nowy pan domu, z całą dumą i wszystkimi atrybutami męskiej władzy - z obowiązkiem pomszczenia śmierci ojca włącznie.

Mówi, że teraz by tego nie zrobiła - nie dzisiaj, kiedy równouprawnienie płci i nowoczesność zawitały nawet do Albanii, razem z internetowymi serwisami randkowymi i inwazją MTV. Tutejsze dziewczyny nie chcą już być chłopcami. Oprócz Keqi pozostało jeszcze tylko 40 kobiet, które złożyły śluby dziewictwa - obyczaj ten zanika.

- W tamtych czasach lepiej było być mężczyzną. Kobiety traktowano na równi ze zwierzętami - opowiada Keqi. Mówi grzmiącym barytonem, siedzi z szeroko rozstawionymi nogami, jak mężczyzna, i lubi wychylić kieliszek rakii. - Teraz albańskie kobiety mają równe prawa z mężczyznami, a nawet są bardziej wpływowe. Myślę, że dzisiaj zabawnie byłoby być kobietą.

Wzmianki o tradycje przysięgi dziewictwa już w Kanunie księcia Leke Dukagjini, czyli kodeksie postępowania przekazywanym ustnie wśród klanów północnej Albanii od ponad 500 lat. Kanun ściśle ogranicza rolę kobiety do zajmowania się dziećmi i prowadzenia domu. O ile, według jego przepisów, życie kobiety warte jest połowie życia mężczyzny, o tyle wartość dziewicy jest taka sama: 12 wołów.

Kiedy w domu nie ma mężczyzny...

Istnienie zaprzysięgłych dziewic zostało wymuszone warunkami socjalnymi panującymi w rolniczym regionie, dotkniętym plagą wojen i śmierci. W przypadku gdy ojciec rodziny umierał nie zostawiwszy po sobie męskich potomków, należące do rodziny niezamężne kobiety mogły stać się samotne i bezbronne. Dzięki złożeniu ślubów dziewictwa, kobiety mogły przejąć rolę mężczyzn jako głowa rodziny oraz zyskać prawo do noszenia broni, posiadania własności i swobodnego poruszania się.

Chociaż większość z nich pozostała przy swoich kobiecych imionach, to ubierały się jak mężczyźni i spędzały życie w towarzystwie innych mężczyzn. Nie wyśmiewano ich. Zyskiwały akceptację w życiu publicznym, a nawet schlebiano im. Dla niektórych dokonanie takiego wyboru było sposobem na zdobycie autonomii lub uniknięcie zaaranżowanego przez innych małżeństwa.

- Pozbawienie się seksualności przez ślubowanie dziewictwa było dla tych kobiet sposobem na zaistnienie w życiu publicznym, w zdominowanej przez mężczyzn, odznaczającej się segregacją społeczności - mówi Linda Gusia, profesor Gender Studies na Uniwersytecie w Prisztinie, w Kosowie. - Chodziło o przeżycie w świecie rządzonym przez mężczyzn.

Według socjologów, złożenie ślubów dziewictwa nie należy traktować na równi z homoseksualnością, która od zamierzchłych czasów stanowi w rolniczych regionach Albanii tabu. Ani z operacjami zmiany płci.

Keqi, nazywana przez członków rodziny "baszą", mówi, że zdecydowała się zostać ojcem rodziny w wieku 20 lat, po tym, jak zamordowano jej ojca. Jej czterech braci walczyło z komunistycznym rządem Enwera Hodży, który rządził krajem przez 40 lat, aż do swojej śmierci w roku 1985, przez co albo trafili do więzienia, albo zostali zabici. Według niej, zostanie mężczyzną było jedynym sposobem utrzymania jej matki, czterech bratowych i pięciorga ich dzieci.

Keqi sprawowała rządy nad swoją dużą rodziną ze skromnego domu w Tiranie, gdzie przy podawanej przez bratanice brandy wyszczekiwała rozkazy. Według niej, życie jako mężczyzna dało jej swobodę nieosiągalną dla innych kobiet. Pracowała na budowach i modliła się w meczecie razem z mężczyznami. Nawet dzisiaj, jej bratankowie i bratanice mówią, że nie śmieliby wziąć ślubu bez zgody "wuja".

Podobało jej się, kiedy wychodziła ze wsi i wszyscy brali ją za mężczyznę. - Byłam całkowicie wolna jako mężczyzna, bo nikt nie wiedział, że jestem kobietą - mówi Keqi. - Mogłam pójść, gdziekolwiek chciałam i nikt nie mógł powiedzieć złego słowa, bo mogłam go zbić. Przebywałam wyłącznie z mężczyznami. Nawet nie wiem, jak mówić jak kobieta. Nigdy się nie boję.

Kiedy ostatnio poszła do szpitala na operację, kobieta dzieląca z nią salę była przerażona perspektywą przebywania tak blisko kogoś, kogo brała za mężczyznę.

Jak mówi Keqi, bycie głową rodziny uczyniło ją odpowiedzialną za pomszczenie śmierci ojca. Kiedy zabójca jej ojca wyszedł z więzienia 5 lat temu, już jako 80-letni człowiek, zastrzelił go jej 15-letni bratanek. Rodzina zabójcy zemściła się zabijając bratanka. - Zawsze marzyłam o pomszczeniu śmierci ojca - mówi. - Oczywiście, żałuję pewnych rzeczy, w końcu zabito mojego bratanka. Ale tak już jest - ty zabijesz mnie, ja muszę zabić ciebie.

Zanikająca tradycja

W Albanii, zachodniobałkańskim kraju zamieszkałym w większości przez muzułmanów, przepisów Kanunu przestrzegają zarówno muzułmanie, jak i chrześcijanie. Według albańskich historyków kultury, przestrzeganie średniowiecznych obyczajów, gdzie indziej zarzucone, jest ubocznym efektem wcześniejszej izolacji tego kraju. Jednocześnie podkreślają oni, że tradycyjna rola albańskiej kobiety zaczyna się zmieniać.

- Dzisiaj, albańska kobieta jest kimś w rodzaju ministra gospodarki, ministra do spraw uczuć i ministra spraw wewnętrznych, który kontroluje poczynania innych - mówi Ilir Yzeiri, piszący książkę o albańskim folklorze. - Dzisiaj w Albanii za wszystkim stoją kobiety.

Niektóre z zaprzysięgłych dziewic żałują tych zmian. Diana Rakipi, lat 54, pracownik ochrony w położonej w zachodniej Albanii nadmorskiej miejscowości Durres, która złożyła śluby dziewictwa, żeby zadbać o swoje dziewięć sióstr, z nostalgią wspomina czasy Hodży. Za komunizmu, była w wojsku wysokim stopniem oficerem odpowiedzialnym za szkolenie bojowe innych kobiet. Teraz, skarży się, kobiety nie wiedzą, gdzie ich miejsce.

- Dzisiaj kobiety chodzą na dyskoteki na wpół rozebrane - mówi Rakipi, z wojskowym beretem na głowie. - Przez całe życie byłam traktowana jak mężczyzna, zawsze z szacunkiem. Nie potrafię sprzątać, prasować, gotować. To zajęcia dla kobiet.

Jednak obecnie, nawet mieszkańcy niedostępnego górskiego regionu Kruje, położonego około 50 km na północ od Tirany, mówią, że wpływ przepisów Kanunu na role płci zanika. Według nich, rozkład tradycyjnego modelu rodziny, według którego kiedyś wszyscy żyli pod jednym dachem, zmienił pozycję kobiety w społeczeństwie.

- Teraz kobieta i mężczyzna to niemal to samo - mówi Caca Fiqiri, którego ciotka, 88-letnia Qamile Stema, jest ostatnią zaprzysięgłą dziewicą w wiosce. - Bardzo szanujemy zaprzysięgłe dziewice i z powodu ich poświęcenia uważamy je za mężczyzn. Ale stygmatu braku mężczyzny w rodzinie już nie ma.

Mimo to, nikt nie ma wątpliwości, kto nosi spodnie w jednopokojowym, zbudowanym z kamieni domu w Barganesh, rodowej wiosce jej rodziny. To w nim, ostatnio, "wujek" Qamile siedziała otoczona członkami swojego klanu, ubrana w qeleshe, tradycyjne białe nakrycie głowy noszone przez albańskich mężczyzn. Jedynym ustępstwem na rzecz kobiecości były różowe klapki.

Od momentu, w którym w wieku 20 lat została mężczyzną, Stema nosi broń. Podczas wesel, siedzi z mężczyznami. Odkąd pamięta, kiedy odzywa się do kobiet, odwracają nieśmiało oczy.

Została zaprzysięgłą dziewicą, bo było to konieczne i stanowiło ofiarę. - Czasem czuję się samotna, wszystkie moje siostry umarły i żyję sama - mówi. - Ale nigdy nie chciałam wyjść za mąż. Niektórzy z moich krewnych próbowali mnie nakłonić do noszenia sukienek, ale kiedy zobaczyli, że stałam się mężczyzną, dali spokój.

Stema twierdzi, że umrze jako dziewica. Żartuje, że gdyby w ogóle miała kogoś poślubić, to tylko tradycyjną albańską kobietę. - Chyba można powiedzieć, że jestem trochę kobietą, trochę mężczyzną - mówi. - Podoba mi się moje życie jako mężczyzna. Niczego nie żałuję.

Albańskie kobiety, które postanowiły zostać mężczyznami

Zrodlo: Gazeta wyborcza (z New York Times)

Pashe Keqi przypomina sobie dzień sprzed blisko 60 lat, w którym zdecydowała, że zostanie mężczyzną. Odcięła swoje długie czarne loki, zamieniła sukienkę na workowate spodnie ojca, uzbroiła się w myśliwską strzelbę i złożyła ślubowanie, że nigdy w jej życiu nie będzie żadnego małżeństwa, dzieci ani seksu.
W zamkniętej i konserwatywnej społeczności północnej, rolniczej części Albanii, zamiana płci była od wieków uważana za praktyczne rozwiązanie dla rodzin, którym brakowało mężczyzn. Ojciec Keqi został zabity w wyniku waśni rodowych nie zostawiwszy męskiego potomka. Zgodnie z obyczajem, Keqi, mająca obecnie 78 lat, złożyła śluby dożywotniego dziewictwa. Żyła jak mężczyzna, nowy pan domu, z całą dumą i wszystkimi atrybutami męskiej władzy - z obowiązkiem pomszczenia śmierci ojca włącznie.

Mówi, że teraz by tego nie zrobiła - nie dzisiaj, kiedy równouprawnienie płci i nowoczesność zawitały nawet do Albanii, razem z internetowymi serwisami randkowymi i inwazją MTV. Tutejsze dziewczyny nie chcą już być chłopcami. Oprócz Keqi pozostało jeszcze tylko 40 kobiet, które złożyły śluby dziewictwa - obyczaj ten zanika.

- W tamtych czasach lepiej było być mężczyzną. Kobiety traktowano na równi ze zwierzętami - opowiada Keqi. Mówi grzmiącym barytonem, siedzi z szeroko rozstawionymi nogami, jak mężczyzna, i lubi wychylić kieliszek rakii. - Teraz albańskie kobiety mają równe prawa z mężczyznami, a nawet są bardziej wpływowe. Myślę, że dzisiaj zabawnie byłoby być kobietą.

Wzmianki o tradycje przysięgi dziewictwa już w Kanunie księcia Leke Dukagjini, czyli kodeksie postępowania przekazywanym ustnie wśród klanów północnej Albanii od ponad 500 lat. Kanun ściśle ogranicza rolę kobiety do zajmowania się dziećmi i prowadzenia domu. O ile, według jego przepisów, życie kobiety warte jest połowie życia mężczyzny, o tyle wartość dziewicy jest taka sama: 12 wołów.

Kiedy w domu nie ma mężczyzny...

Istnienie zaprzysięgłych dziewic zostało wymuszone warunkami socjalnymi panującymi w rolniczym regionie, dotkniętym plagą wojen i śmierci. W przypadku gdy ojciec rodziny umierał nie zostawiwszy po sobie męskich potomków, należące do rodziny niezamężne kobiety mogły stać się samotne i bezbronne. Dzięki złożeniu ślubów dziewictwa, kobiety mogły przejąć rolę mężczyzn jako głowa rodziny oraz zyskać prawo do noszenia broni, posiadania własności i swobodnego poruszania się.

Chociaż większość z nich pozostała przy swoich kobiecych imionach, to ubierały się jak mężczyźni i spędzały życie w towarzystwie innych mężczyzn. Nie wyśmiewano ich. Zyskiwały akceptację w życiu publicznym, a nawet schlebiano im. Dla niektórych dokonanie takiego wyboru było sposobem na zdobycie autonomii lub uniknięcie zaaranżowanego przez innych małżeństwa.

- Pozbawienie się seksualności przez ślubowanie dziewictwa było dla tych kobiet sposobem na zaistnienie w życiu publicznym, w zdominowanej przez mężczyzn, odznaczającej się segregacją społeczności - mówi Linda Gusia, profesor Gender Studies na Uniwersytecie w Prisztinie, w Kosowie. - Chodziło o przeżycie w świecie rządzonym przez mężczyzn.

Według socjologów, złożenie ślubów dziewictwa nie należy traktować na równi z homoseksualnością, która od zamierzchłych czasów stanowi w rolniczych regionach Albanii tabu. Ani z operacjami zmiany płci.

Keqi, nazywana przez członków rodziny "baszą", mówi, że zdecydowała się zostać ojcem rodziny w wieku 20 lat, po tym, jak zamordowano jej ojca. Jej czterech braci walczyło z komunistycznym rządem Enwera Hodży, który rządził krajem przez 40 lat, aż do swojej śmierci w roku 1985, przez co albo trafili do więzienia, albo zostali zabici. Według niej, zostanie mężczyzną było jedynym sposobem utrzymania jej matki, czterech bratowych i pięciorga ich dzieci.

Keqi sprawowała rządy nad swoją dużą rodziną ze skromnego domu w Tiranie, gdzie przy podawanej przez bratanice brandy wyszczekiwała rozkazy. Według niej, życie jako mężczyzna dało jej swobodę nieosiągalną dla innych kobiet. Pracowała na budowach i modliła się w meczecie razem z mężczyznami. Nawet dzisiaj, jej bratankowie i bratanice mówią, że nie śmieliby wziąć ślubu bez zgody "wuja".

Podobało jej się, kiedy wychodziła ze wsi i wszyscy brali ją za mężczyznę. - Byłam całkowicie wolna jako mężczyzna, bo nikt nie wiedział, że jestem kobietą - mówi Keqi. - Mogłam pójść, gdziekolwiek chciałam i nikt nie mógł powiedzieć złego słowa, bo mogłam go zbić. Przebywałam wyłącznie z mężczyznami. Nawet nie wiem, jak mówić jak kobieta. Nigdy się nie boję.

Kiedy ostatnio poszła do szpitala na operację, kobieta dzieląca z nią salę była przerażona perspektywą przebywania tak blisko kogoś, kogo brała za mężczyznę.

Jak mówi Keqi, bycie głową rodziny uczyniło ją odpowiedzialną za pomszczenie śmierci ojca. Kiedy zabójca jej ojca wyszedł z więzienia 5 lat temu, już jako 80-letni człowiek, zastrzelił go jej 15-letni bratanek. Rodzina zabójcy zemściła się zabijając bratanka. - Zawsze marzyłam o pomszczeniu śmierci ojca - mówi. - Oczywiście, żałuję pewnych rzeczy, w końcu zabito mojego bratanka. Ale tak już jest - ty zabijesz mnie, ja muszę zabić ciebie.

Zanikająca tradycja

W Albanii, zachodniobałkańskim kraju zamieszkałym w większości przez muzułmanów, przepisów Kanunu przestrzegają zarówno muzułmanie, jak i chrześcijanie. Według albańskich historyków kultury, przestrzeganie średniowiecznych obyczajów, gdzie indziej zarzucone, jest ubocznym efektem wcześniejszej izolacji tego kraju. Jednocześnie podkreślają oni, że tradycyjna rola albańskiej kobiety zaczyna się zmieniać.

- Dzisiaj, albańska kobieta jest kimś w rodzaju ministra gospodarki, ministra do spraw uczuć i ministra spraw wewnętrznych, który kontroluje poczynania innych - mówi Ilir Yzeiri, piszący książkę o albańskim folklorze. - Dzisiaj w Albanii za wszystkim stoją kobiety.

Niektóre z zaprzysięgłych dziewic żałują tych zmian. Diana Rakipi, lat 54, pracownik ochrony w położonej w zachodniej Albanii nadmorskiej miejscowości Durres, która złożyła śluby dziewictwa, żeby zadbać o swoje dziewięć sióstr, z nostalgią wspomina czasy Hodży. Za komunizmu, była w wojsku wysokim stopniem oficerem odpowiedzialnym za szkolenie bojowe innych kobiet. Teraz, skarży się, kobiety nie wiedzą, gdzie ich miejsce.

- Dzisiaj kobiety chodzą na dyskoteki na wpół rozebrane - mówi Rakipi, z wojskowym beretem na głowie. - Przez całe życie byłam traktowana jak mężczyzna, zawsze z szacunkiem. Nie potrafię sprzątać, prasować, gotować. To zajęcia dla kobiet.

Jednak obecnie, nawet mieszkańcy niedostępnego górskiego regionu Kruje, położonego około 50 km na północ od Tirany, mówią, że wpływ przepisów Kanunu na role płci zanika. Według nich, rozkład tradycyjnego modelu rodziny, według którego kiedyś wszyscy żyli pod jednym dachem, zmienił pozycję kobiety w społeczeństwie.

- Teraz kobieta i mężczyzna to niemal to samo - mówi Caca Fiqiri, którego ciotka, 88-letnia Qamile Stema, jest ostatnią zaprzysięgłą dziewicą w wiosce. - Bardzo szanujemy zaprzysięgłe dziewice i z powodu ich poświęcenia uważamy je za mężczyzn. Ale stygmatu braku mężczyzny w rodzinie już nie ma.

Mimo to, nikt nie ma wątpliwości, kto nosi spodnie w jednopokojowym, zbudowanym z kamieni domu w Barganesh, rodowej wiosce jej rodziny. To w nim, ostatnio, "wujek" Qamile siedziała otoczona członkami swojego klanu, ubrana w qeleshe, tradycyjne białe nakrycie głowy noszone przez albańskich mężczyzn. Jedynym ustępstwem na rzecz kobiecości były różowe klapki.

Od momentu, w którym w wieku 20 lat została mężczyzną, Stema nosi broń. Podczas wesel, siedzi z mężczyznami. Odkąd pamięta, kiedy odzywa się do kobiet, odwracają nieśmiało oczy.

Została zaprzysięgłą dziewicą, bo było to konieczne i stanowiło ofiarę. - Czasem czuję się samotna, wszystkie moje siostry umarły i żyję sama - mówi. - Ale nigdy nie chciałam wyjść za mąż. Niektórzy z moich krewnych próbowali mnie nakłonić do noszenia sukienek, ale kiedy zobaczyli, że stałam się mężczyzną, dali spokój.

Stema twierdzi, że umrze jako dziewica. Żartuje, że gdyby w ogóle miała kogoś poślubić, to tylko tradycyjną albańską kobietę. - Chyba można powiedzieć, że jestem trochę kobietą, trochę mężczyzną - mówi. - Podoba mi się moje życie jako mężczyzna. Niczego nie żałuję.

Tuesday, May 27, 2008

Gazprom i kreml

Gazeta Wyborcza

Z całą pewnością Gazprom miał powody do świętowania. Jego prezes Dymitrij A. Miedwiediew, daleko popłynął na politycznej fali, zostając własnoręcznie naznaczonym następcą Putina. Choć Gazprom nie wahał się wydać znacznych kwot by zarezerwować występ Purpli i Tiny Turner - ulubionych muzyków Miedwiediewa - to możliwości jakie daje największej na świecie firmie wydobywającej gaz ziemny, posiadanie własnego człowieka na Kremlu, są bezcenne.

Kto jest kim?

-Koncert na Kremlu, był w porządku, ale nie był super - Ian Gillan, frontman Deep Purple, napisał w artykule dla Times of London. -Młodzi ludzie i większość młodszych dyrektorów byli gotowi, choć wciąż nerwowo spoglądali na swoich szefów, żeby ocenić, czy wolno im już poluzować krawaty. Tak jakby pytali: "Na ile możemy się bawić?"

Miedwiediew został zaprzysiężony na prezydenta w środę, po wygranych wyborach w na początku marca, a jego triumf potwierdza, że w dzisiejszej Rosji linia dzieląca wielki biznes i wielka politykę jest tak cienka, że w zasadzie nie istnieje.

Gazprom od zawsze miał bliskie związki z rządem, ale obrotowe drzwi między nimi ostatnio kręcą się bez przerwy: Miedwiediew, lat 42, zastępuje prezydenta Putina; Putin obejmuje stanowisko premiera, zastępując Wiktora Zubkowa, a ten ostatni prawdopodobnie obejmie stanowisko prezesa Gazpromu, zwalniane przez Miedwiediewa już na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy w czerwcu.

Bardziej wpływowy niż kiedykolwiek

- [Miedwiediew i Putin] są tak blisko wymarzonego przez Gazprom zespołu, jak to tylko możliwe - mówi Jonathan P. Stern, brytyjski analityk energetyczny i autor pracy "Przyszłość rosyjskiego gazu i Gazpromu".

Ciężko jest nie docenić roli Gazpromu w rosyjskiej ekonomii. Ta przerośnięta superfirma, która w zeszłym roku wyszarpała aż 91 miliardów dolarów, zatrudnia 432 tys. ludzi, płaci podatki równe 20 proc. budżetu Rosji i posiada swoje firmy córki w tak odległych od siebie branżach jak rolnictwo i lotnictwo.

Firma jest głównym dostawcą gazu ziemnego do Europy oraz staje się coraz ważniejszym źródłem gazu dla szybko rozwijających się rynków azjatyckich - Chin i Korei Południowej. W 2005 roku na żądanie Kremla kupiła piątą co do wielkości rosyjską firmę naftową od Romana Abramowicza. Jeśli wziąć pod uwagę produkcje ropy i gazu ziemnego razem, to Gazprom produkuje dziennie więcej energii niż Arabia Saudyjska.

Dzięki rekordowo wysokim cenom ropy Gazprom jest dziś bardziej wpływowy niż kiedykolwiek wcześniej, zarówno w kraju jak i za granicą. Przedstawiciele Gazpromu twierdzą, ze w 2014 roku ich firma prześcignie Exxon Mobil, i zostanie największa na świecie firmą w otwartym dostępie - to cel popierany przez Miedwiediewa, zanim jeszcze został on prezydentem.

Zamiast pocisków nuklearnych

Jeszcze podczas prezydentury Putina, pieniądze i ekonomiczna potęga Gazpromu były wykorzystywane w politycznych bojach prezydenta wewnątrz Rosji, by umocnić wpływy w byłych republikach radzieckich, oraz by zyskać stosowną dźwignię w kontaktach z krajami Europy zachodniej, zwiększając stopniowo ich zależność od rosyjskiego gazu, i krok po kroku odzyskując rosyjskie aktywa z rąk zachodnich spółek.

Teraz, gdy Rosja stara się odzyskać swoją pozycję geopolityczną, i siłę przebicia, którą miała w epoce ZSRR. Wykorzystuje w tym celu swoje ogromne zasoby energetyczne zamiast pocisków nuklearnych. Całkiem często sam Gazprom jest jedną z najpotężniejszych broni w rosyjskim arsenale.

W zeszłym roku, podczas konferencji prasowej Putin zaprzeczył, jakoby Rosja wykorzystywała swą potęgę ekonomiczną do realizacji celów politycznych. Jednak wiele osób się z nim nie zgadza. -Energia nie powinna być wykorzystywana jako narzędzie polityki, ale tak się dzieje - mówi Władimir Miłow , prezes Instytutu Polityki Energetycznej, niezależnej organizacji badawczej w Moskwie i były wiceminister energii. - Gazprom - dodaje - jest od czasu do czasu wykorzystywany jak bat, by karcić sąsiednie kraje.

Zimny gaz ziemny

Na syberyjskim polu naftowym Jużno - Ruskoje - należącym do Gazpromu, pod koniec zimy było tak lodowato, że kilkadziesiąt silników diesla musiało pracować 24 godziny na dobę, bo inaczej zamarzłyby i nie dałoby się ich uruchomić aż do wiosny. Każdej zimy kilku pracowników nabawia się poważnych odmrożeń.

- Po prostu trochę ci schodzi skóra - mówi Sergiej Koszel, specjalista od odwiertów, bagatelizując zagrożenie. Inny zwalisty mężczyzna, odrywa się na moment od pracy i przedstawia małą pantomimę obrazując problem. Sięga do ucha, odskubuje z niego nieistniejący płatek skóry i pstryka nim w śnieg, jakby był to niedopałek.

Rezerwy samego pola Jużno - Ruskoje sięgają 800 miliardów metrów sześciennych gazu ziemnego, czyli tyle, ile potrzeba, by sprostać zapotrzebowaniu USA przez ponad rok. To tylko pierwsze z pół tuzina ogromnych pól naftowych, planowanych na północy.

W ciągu najbliższych dwóch lat Gazprom zamierza potroić swoje nakłady w kluczowej dla firmy sferze eksploracji, wydobycia i transportu gazu - to wszystko wyłącznie po to, by utrzymać produkcję na obecnym poziomie. Inwestycje wzrosną do 969 miliardów rubli, czyli 45 miliardów dolarów w 2010 roku. W zeszłym roku wyniosły 330 miliardów rubli, czyli 14 miliardów dolarów.

By sfinansować swoją ekspansję w Arktyce, Gazprom stara się podnieść ceny gazu ziemnego na rynku krajowym i zagranicznym
W zeszłym roku wysunął pomysł stworzenia kartelu gazowego, podobnego do naftowego kartelu OPEC. Iran popiera tą ideę, ale Algieria, Katar i inni nie są przekonani. Kartel gazowy pozwoliłby Rosji zwiększyć wpływ na globalne rynki energetyczne, ale póki co nie wiadomo, jak mocno Rosjanie będą starali się przeforsować ten pomysł.

Obywatele nas nie obchodzą

Związki Gazpromu z rządem już w tej chwili zaczynają przynosić wymierne korzyści na rynku wewnętrznym. Dzięki polityce, której czempionem był Miedwiediew, gdy pełnił funkcję wicepremiera, rosyjscy konsumenci będą już wkrótce musieli za gaz ziemny płacić znacznie więcej niż dotychczas. Ceny maja się podnosić o 25 proc. rocznie, począwszy od tego roku, by osiągnąć stan równowagi ze światowymi cenami energii w 2011 roku.

Tego rodzaju inicjatywy polityczne oznaczają, ze zwykły Rosjanin już niedługo cieszyć się będzie tradycyjnym dostępem do taniej energii, i jasno pokazują, że rząd jest skłonny w znaczny sposób ułatwić Gazpromowi życie- niezależnie od społecznych konsekwencji tych działań.

Bogactwo Gazpromu czyni go niejako symbolem nowej Rosyjskiej potęgi i prestiżu na świecie, ale firma jest również doskonałym przykładem ryzyka państwowego kapitalizmu - marnotrawstwa i niskiej efektywności.

W latach dziewięćdziesiątych, Gazprom był archetypem niezreformowanego przedsiębiorstwa państwowego rodem z ZSRR. W czasie gdy firmy naftowe były prywatyzowane i sprzedawane rosyjskim, a nawet zagranicznym inwestorom, Gazprom pozostał pod kontrolą państwa. Sfinansował wiele projektów Kremla, oraz zapewnił wystawne życie całej rzeszy dyrektorów firmy.

Gazprom twierdzi, ze wiele inwestycji, którym przypięto łatkę politycznych - takich jak zakup stacji telewizyjnych czy gazet, w efekcie okazało się bardzo dochodowymi.

Tu rządzi Kreml

Obecnie rosyjscy przywódcy uważają Gazprom za wzór nowej polityki przemysłowej. Jej podstawowe założenia to to, by w zglobalizowanym świecie, strategiczne rosyjskie firmy pozostały pod kontrolą rządu, jednocześnie pozostając otwarte na kapitał i talenty inwestorów z Zachodu - dokładanie tak, jak Gazprom. To krok wstecz w kierunku sowieckiego modelu ekonomicznego, gdzie główny nacisk kładzie się na wielkość firm i projektów ekonomicznych, oraz gdzie wielką wiarę pokłada się w potędze kształtowania cen przez monopol.

Pod rządami Putina firmy naftowe wróciły pod kontrolę Kremla, dodatkowo powstało kilkadziesiąt korporacji giełdowych, które pozostają pod kontrolą państwa. Powstały w takich branżach jak energetyka, przemysł ciężki, lotnictwo i przemysł motoryzacyjny. To wcale nie koniec. Były wicepremier, Sergiej Iwanow, który jest teraz prezesem państwowego koncernu Unified Aircraft Corp., zaproponował stworzenie podobnych korporacji w branży radioelektronicznej, optycznej i podboju kosmosu.

Mimo swego bogactwa Gazprom musi zmierzyć się też z licznymi wyzwaniami ery Miedwiediewa.

Rosnące ceny stali, sprzętu i rosnące koszty zatrudnienia, zastały firmę na początku jej największego projektu kapitałowego od 20 lat. Tak jak inne rosyjskie firmy, Gazprom niewiele inwestował w utrzymanie i usprawnianie sprzętu w latach dziewięćdziesiątych. Ale czas wykorzystywania postsowieckiej infrastruktury dobiega końca, ponieważ spada wydobycie z pól naftowych, które zaczęto eksploatować w latach siedemdziesiątych.

By sprostać zamówieniom europejskim, jak i zapotrzebowaniu krajowemu, Gazprom będzie musiał wyłożyć przynajmniej 75 miliardów dolarów na uruchomienie wydobycia w swoich największych dwóch polach naftowych w Arktyce w ciągu najbliższej dekady, jak twierdza analitycy z Cambridge Energy Research Associates.

Umowy z Gazpromem nie są wiążące

Jednak eksploracja i wydobycie gazu ziemnego w regionach, gdzie temperatura potrafi spaść poniżej 50 stopni Celsjusza poniżej zera, jest wyzwaniem pod względem technologicznym, i jest nad wyraz kosztowne. Gazprom musi zbudować rurociągi, rafinerie, fabryki w których gaz będzie skraplany i całą infrastrukturę towarzyszącą - drogi, linie kolejowe i porty. By to wszystko zrealizować , będzie musiał przewieźć tysiące ton stali i ciężkiego sprzętu w sam środek wielkiego zamarzniętego bagna.

-Złożoność i rozmiar tych przedsięwzięć stanowi ogromne wyzwanie zarówno dla Rosji, jak i dla Gazpromu - mówi Witalij Jermakow, dyrektor badań Rosji i regionu Morza Kaspijskiego w Cambridge Energy Research Associates.

Zdaniem krytyków Gazprom wepchnął się łokciami w grono światowych gigantów energetycznych, często stosując mało finezyjne strategie, szczególnie w epoce Putina. Pole Jużno-Ruskoje, które Gazprom często podaje za przykład odrodzenia firmy, jest też często przywoływane przez jej krytyków.

Richard W. Moncrief naftowiec z Fort Worth, twierdzi, ze jest prawowitym właścicielem 40 proc. pola, które jak twierdzi legalnie nabył od Gazpromu w wyniku szeregu umów jakieś 10 lat temu. Uważa również, że Gazprom nie uznał jego kontraktu, dając niemieckiej firmie BASF, 35 proc. udziałów w polu naftowym. Moncrief pozwał Gazprom w Berlinie, wyceniając swoje udziały na 12 miliardów dolarów.

Gazprom utrzymuje, ze umowy nie były wiążące: - Firma zaprzecza, jakoby miała jakieś zobowiązania wobec Moncrief Oil w odniesieniu do pola Jużno-Ruskoje - czytamy w oficjalnym oświadczeniu Gazpromu.

Moncrief się nie zgadza, ale nie wierzy też w pozytywne dla siebie załatwienie sprawy.

-Nikomu jeszcze nie udało się osiągnąć takiego werdyktu sądowego, który zmusiłby rosyjską firmę do wywiązania się z kontraktu - powiedział w telefonicznym wywiadzie. - Koniec końców Rosjanie dostaną to, czego chcieli, sfinansują własne przedsięwzięcia pieniędzmi zachodnich firm.

Nieczysta gra

Zdaniem dyrektorów firm zachodnich, Kreml jest zawsze na zawołanie, gdy Gazprom potrzebuje wsparcia.

W zeszłym roku rosyjska spółka joint-venture, w której skład wchodzą między innymi BP, Alfa Group, Access Industries i Renova Group, zgodziło się sprzedać Gazpromowi wielkie syberyjskie pole gazowe po tym, jak rosyjski rząd zagroził spółce cofnięciem licencji na działanie w tym regionie. Gazprom zaproponował 700 do 900 milionów dolarów za udziały TNK-BP w polu gazowym oraz w miejscowej firmie dystrybucyjnej. To bardzo złożona transakcja, która wciąż jeszcze nie została zamknięta, jednak niezależnie od jej warunków analitycy są zgodni, że nie zrekompensuje ona BP utraty udziałów w polu Kowykta, które ponoć ma być niezwykle bogate, i już zainwestowanych tam milionów dolarów.

Rzecznik Gazpromu, Sergiej Kuprijanow powiedział, że Gazprom nie jest odpowiedzialny za problemy TNK-BP z rosyjskimi urzędami regulacyjnymi, a szczegóły oferty odzwierciedlają rzeczywistość rynkową.

Inne transakcje Gazpromu przebiegają według podobnych wzorców. W transakcjach z Shellem i BP, prezydent Putin osobiście spotykał się z dyrektorami tych koncernów. "Kremlolodzy" uważali nawet, że Putin chciałby w przyszłości zastąpić prezesa rady nadzorczej Gazpromu. Natomiast, zdaniem dyrektorów, Putin- były szpieg - wykazuje niezwykłe zainteresowanie biznesem naftowym i gazowym.

-Prezydent z całą pewnością wie o operacjach BP w Rosji tyle samo co ja - powiedział Anthony Hayward, dyrektor zarządzający BP, po spotkaniu z Putinem zeszłej wiosny, gdy prowadzono negocjacje dotyczące sprzedaży pola Kowykta Gazpromowi - Uwaga, jaką poświęca detalom przestała mnie zaskakiwać już jakiś czas temu.

Rzecznik Kremla, Dimitrij Pieskow, stwierdził, że w tych negocjacjach rząd pełnił tylko i wyłącznie rolę regulatora.

Polityczne narzędzie

W pierwszym roku swej prezydentury Putin wykorzystał Gazprom do wykupienia opozycyjnej stacji telewizyjnej NTV. Od tego czasu, zabarwiony politycznie medialny biznes firmy rozrósł się do nieoczekiwanych rozmiarów, jednak z powodu bardzo złożonych i skomplikowanych układów partnerskich jego finanse w dużej mierze pozostają nieprzejrzyste.

Gdy Gazprom podniósł ceny dla nowopowstałych krajów demokratycznych otaczających Rosję, takich jak Ukraina, cele polityki zagranicznej Kremla i cele ekonomiczne naftowego giganta były w idealnej symbiozie: Putin skarcił w ten sposób sąsiadów, a Gazprom nabił sobie kiesę.

Kontrakty Gazpromu wiążą go z europejskimi odbiorcami i stan ten będzie trwał jeszcze długo w przyszłości. Jeśli wystąpiłyby w tym czasie problemy z produkcją, to ciężar ewentualnych niedostatków gazu odczują najprawdopodobniej zwykli Rosjanie.

Kupriajnow zaprzeczył, jakoby Gazprom miał problemy z wydobyciem. Jego zdaniem firma otwiera nowe pola, specjalnie po to, by sprostać długoterminowym zamówieniom klientów europejskich.

Dodał też, ze firma pozbywa się wielu pobocznych interesów, które były częstym celem krytyki analityków finansowych, by skupić się na inwestycjach w swoim głównym polu działania. Tylko w 2007 roku Gazprom sprzedał poboczne aktywa o łącznej wartości 38 miliardów rubli (1,6 miliarda dolarów).

Wielka Rosja, wielki Gazprom. A może odwrotnie?

Takie zapewnienia nie uciszyły krytyków Aleksieja Millera, mianowanego przez Putina dyrektora zarządzającego Gazpromu, który prawdopodobnie zostanie na stanowisku w epoce Miedwiediewa.

Michaił Deljagin, były doradca ekonomiczny prezydenta Borysa Jelcyna, jest sceptyczny względem zdolności Gazpromu do dostarczania gazu na czas. - Środki Gazpromu zostały rozproszone pośród tak wielu działalności pobocznych, że stał się on bardziej firmą finansową niż energetyczną , co zagraża jej zdolności do produkcji gazu - powiedział.

-Miller zamienił Gazprom w portfel Kremla, a nie da się wywiercić dziury portfelem - dodał.

Mimo to, dzięki cenom ropy sięgającym 125 dolarów za baryłkę, portfel Gazpromu staje się coraz grubszy z każdym rokiem.

Po inauguracji prezydentury Miediewiewa w zeszłym tygodniu, Gazprom przekroczył wartość General Electric i China Mobile, co czyni go trzecią co do wielkości firmą świata pod względem wartości rynkowej.

-Jeśli zdołają przełknąć pigułkę zwiększenia cen na rynku krajowym, to firma ta ma wielkie szanse zostać największą na świecie - powiedział James Fenker, dyrektor zarządzający Red Star Management - funduszu hedgingowego, który obraca akcjami Gazpromu - To nie taka odległa przyszłość - dodał.

Źródło: New York Times

Tuesday, May 20, 2008

Niewidzialne lubią się kochać

Za Gazeta wyborcza.

W Polsce 22 proc. rodziców nie życzyłoby sobie, żeby ich dziecko związało się z osobą niepełnosprawną. Czy niepełnosprawne tworzą związki najczęściej z niepełnosprawnymi?

Alicja Długołęcka: W krajach o wysokim wskaźniku integracji prawie 80 proc. mężczyzn niepełnosprawnych ma pełnosprawne żony. Związki niepełnosprawnych kobiet z pełnosprawnymi rozpadają się o wiele częściej. Powody są natury społecznej. Matki pełnosprawnych mężczyzn wywierają na synów negatywną presję. Jak żona na wózku zajmie się ich pupilkiem, poprowadzi mu dom, gospodarstwo? Jeśli mężczyzna nie ma silnego kręgosłupa, przegra z naciskami.

Anna Werenc: Teściowe mówią dosadnie: 'Stać cię na lepszą dziewczynę! A nie taką, którą będziesz się musiał opiekować. Jaki ciężar ty na siebie bierzesz!'.

A.D.: Do teściowych dokładają się jeszcze koledzy licytujący się między sobą kolejnymi zdobycznymi partnerkami. Rezultat jest taki, że związki niepełnosprawnych lepiej rokują, bo rzeczywistość i doświadczenia partnerów są podobne. Ale osoby niepełnosprawne interesują się w równym stopniu pełnosprawnymi.

Jak reagują na to pełnosprawni?

A.D.: Lękiem. Moi studenci rehabilitanci zakładają, że są to osoby głodne uczuć, że dziewczyny się w nich zakochają i emocjonalnie na nich zawisną, a oni nie będą wiedzieli, jak wytworzyć zdrowy dystans. Zakładają, że one nie potrafią zachować granicy. Boją się, że niepełnosprawną łatwiej urazić. Starają się pomijać ich płeć.

Co radzisz swoim rehabilitantom?

A.D.: Zachowywać się tak jak wobec kobiety pełnosprawnej. Dla niepełnosprawnej to będzie trening relacji damsko-męskich. Często przechodzi go później niż inni, bo ze względu na klosz wytworzony przez rodziców wiele z nich nie miało wystarczająco wielu różnorodnych kontaktów z rówieśnikami. Ileś razy trzeba dostać kosza, żeby się dowiedzieć, na czym polega bycie nachalną wobec mężczyzny, co się facetom nie podoba, a co na nich działa. Tego się trzeba nauczyć w praniu, czyli w tysiącach życiowych sytuacji opartych na flircie.

A flirt to luz, swoboda, żart. Społeczeństwo traktuje niepełnosprawnych śmiertelnie poważnie. Na jednej z konferencji o niepełnosprawności puszczono nam ścieżki dźwiękowe z zagranicznych programów telewizyjnych. Nawet nie znając języka, można było rozpoznać, kiedy była mowa o niepełnosprawnych - komentator przybiera wtedy ton tragiczny i zatroskany: 'Oto bohaterskie osoby pokonują przeciwności losu'.

A.W.: Żyć z niepełnosprawnością oznacza nie tylko znać swoją chorobę, dążyć do usprawnienia przez rehabilitację. Musimy nauczyć się ze swojej niepełnosprawności żartować. Jeśli poznaję nowych ludzi i widzę, że dla nich to jest kłopotliwe, oswajam ich ze sobą. Staram się być delikatna. Jeśli ktoś chce rozmawiać o przyczynie czy skutkach niepełnosprawności - odpowiadam. Czasem nie trzeba mówić. Moi znajomi najważniejszych rzeczy o mojej chorobie dowiedzieli się poprzez wspólne przebywanie. Pamiętam ich olśnienia w rodzaju: 'O Boże, Ania, tobie jest trudno zamiatać!'.

Nie dość, że musisz sobie radzić z niepełnosprawnością, to jeszcze z oswajaniem pełnosprawnych. Nie wkurza cię to?

A.W.: Nie. Tylko w ten sposób można zmienić sposób myślenia. Osoby pełnosprawne boją się zadawać pytania, bo nie chcą zranić. Ja z kolei nie przewidzę wszystkich pytań, które chcieliby zadać. Wolę, żeby pytali. Ludzi pełnosprawnych trzeba oswajać z różnymi typami odmienności. Jeszcze w latach 80. o osobach niepełnosprawnych się nie mówiło. Niepełnosprawni nie pracowali, nie wchodzili w relacje społeczne, nie uczestniczyli w codziennym życiu. Byli niewidzialni. W szkole podstawowej byłam jedyną niepełnosprawną.

Wiele szkół dla niepełnosprawnych ma internaty. To tam powstają związki niepełnosprawnych?

A.D.: Przeciwnie. W internatach wielu marzy o Bóg wie kim i popada w przygnębienie, bo nie może znaleźć partnera. Niepełnosprawnych rówieśników pod bokiem nie do końca traktują jak potencjalnych partnerów.

A.W.: Czasami chcą mieć partnerów pełnosprawnych. Chcą się dowartościować, czując, że mogą zaimponować komuś zdrowemu, wejść z nim w bliską relację. Szukają kogoś, kto im będzie pomagał.

A.D.: Pełnosprawni też to mają: panowie wyrywają dziewczyny, żeby się pochwalić, dziewczyny podrywają przystojniaków, bo to będzie dowodem ich atrakcyjności.

Jak się ma niepełnosprawność do sprawności seksualnej?

A.D.: U mężczyzn niepełnosprawność ruchowa powoduje - w przypadku urazów rdzenia kręgowego - problemy z erekcją i wytryskiem. Dlatego rehabilitacja seksualna mężczyzny wbrew pozorom jest łatwiejsza: trzeba go dobrze zdiagnozować, dać pomoc medyczną i psychologiczną. Moi podopieczni mówią: 'Mam motywację do podrywania, bo wiem, że mam urządzenie lub tabletkę, która w razie czego pomoże mi w reaktywności na bodźce. Bez tego czuję się do niczego - jestem impotentem i mam depresję'.

W USA mężczyznom po wypadku lekarz puszcza film instruktażowy, który wygląda jak film pornograficzny, z tą różnicą, że ma medyczny komentarz, a bohaterem jest niepełnosprawny. Działa się szybko, jeszcze w fazie urazu, kiedy pacjent jest załamany. Trzeba mu szybko wpisać w podświadomość przekonanie, że niepełnosprawność nie oznacza braku życia seksualnego.

Są analogiczne filmy dla kobiet?

A.D.: Nie ma, a szkoda. U kobiet nie ma żadnych medycznych przeciwwskazań do uprawiania seksu, ale niepełnosprawność uderza najmocniej w ich poczucie atrakcyjności. A problemy seksualne wpływają na wszystkie aspekty życia, szczególnie na kontakty interpersonalne.

Dlaczego kobiety niepełnosprawne czują się mniej atrakcyjne niż niepełnosprawni mężczyźni?

A.W.: 'Pomaga' im w tym stereotyp. Dziewczyny na wózkach, które studiują, awansują, robią karierę, są 'dzielne'. A faceci na swojej dzielności ugrywają także męskość: co z tego, że nie potrafi grać w piłkę, skoro jest specem od komputerów? Świetna informatyczka nie będzie dzięki swojej pasji i zawodowi bardziej kobieca. Intelektualna praca mężczyźnie dodaje męskości, kobiecie kobiecości - nie.

A.D.: Jedna z moich magistrantek przebadała młodych rehabilitantów. Studenci dostawali zdjęcia różnych kobiet, do każdego przyporządkowywali emocje: pożądanie, kumplostwo, miłość, seksapil itd. Tylko dwa zdjęcia zebrały skojarzenia negatywne: całkiem atrakcyjnej kobiety, ale w średnim wieku, i kobiety na wózku. Pierwszej przypisano nudę i problemy, drugiej - smutek i samotność. Kobieta starsza jest nieinteresująca, a niepełnosprawna na pewno ma problemy i nie ma partnera - taki jest stereotyp.

W teście zdań niedokończonych: 'Kobieta jest jak...', z reguły ludzie kojarzą kobiety ze smakowitościami i kwiatami. Piszą: cukierek, kwiat, ciasteczko, róża itd. Zdanie: 'Kobieta na wózku jest...', najczęściej kończą: 'jak każda inna kobieta' albo 'niczym się nie różni'. Wszyscy jesteśmy w tej kwestii niewolnikami nijakiej poprawności, zarówno osoby pełno-, jak i niepełnosprawne.

Albo kobiecość, albo niepełnosprawność?

A.D.: Kiedy rodzi się dziecko niepełnosprawne, jego płeć schodzi na dalszy plan. Otoczenie ma podejście rehabilitacyjne - o wiele ważniejsze jest spotkanie z logopedą i masażystą niż seksuologiem.

A.W.: Osoby, które niepełnosprawność nabyły, mają inną sytuację. W samym środowisku jest podział na zdrowych, ale po wypadku, i na niepełnosprawnych.

A.D.: Ci, którzy stracili sprawność, mają z reguły o wiele wyższą motywację do jej poprawiania, są nastawieni na pełną rehabilitację, również seksualną. Niepełnosprawni od urodzenia częściej cierpią na niepełnosprawność wtórną, wywołaną sposobem wychowania.

A.W.: Jeżeli rodzice wyręczają dziecko we wszystkim, ograniczają jego kontakty z rówieśnikami, to przyczyniają się do jego niepełnosprawności.

A.D.: Takie dziecko nie przechodzi przez trening zachowań płciowych, który zaczyna się już w przedszkolu - chłopaki walczą z dziewczynami, zakochują się, podrywają, flirtują. Dzieciom niepełnosprawnym kupuje się zabawki edukacyjne i stymulujące rozwój, a nie te, które pokazują role płciowe: lalki, misie, samochodziki. To samo widać w sposobie ubierania - rodzice ubierają dzieci niepełnosprawne na sportowo, czyli apłciowo. Tymczasem 'małe kobietki i mężczyźni' wzbudzają inne reakcje otoczenia niż dziewczynki i chłopcy ubierani w wygodny dres. A reakcje otoczenia wzmacniają w dziecku poczucie własnej wartości. Szczególną rolą ojca jest dać dziewczynce poczucie, że jest ładną, atrakcyjną, wspaniałą kobietą. Tym bardziej należy to robić wobec dziewczynek niepełnosprawnych. One słyszą tylko: 'Jaka jesteś dzielna!', ale prawie nigdy nie słyszą: 'Jaka jesteś piękna!'.

A.W.: To samo dotyczy toalet: jest męska, żeńska i niepełnosprawna. Jakbyśmy należeli do trzeciej płci. Aseksualnej.

A.D.: Tymczasem w procesie integracji społecznej są dwa najważniejsze wymiary: praca zawodowa i wchodzenie w związki. Pierwszy daje niezależność. Drugi - poczucie szczęścia i spełnienia. Temat pracy zawodowej niepełnosprawnych zaistniał. O przystosowaniu do życia seksualnego i do bycia w związku w ogóle się u nas nie mówi.

Jeśli chodzi o relacje damsko-męskie, integracja to fikcja?

A.D.: Prawdziwy dramat zaczyna się w okresie dojrzewania. To 'ciężki' wiek. Dzieciaki nie interesują się walorami psychicznymi, tylko patrzą, komu pierwszemu rosną piersi, komu wąs się sypie, kto jest zgrabniejszy i kto ma lepsze ciuchy. W tym wyścigu niepełnosprawni odpadają. Wcześniej mogło być dobrze, ale w tym wieku następuje regres. Dziewczyny na wózkach mogą być koleżankami, ale nie 'laskami'. Szansa na polepszenie powraca dopiero w okresie studenckim.

Delikatne, aseksualne, głodne uczuć. Jakie są jeszcze stereotypy na temat niepełnosprawnych kobiet?

A.D.: Najbardziej popularny - niestety, nawet wśród lekarzy - to taki, że kobieta na wózku nie może mieć dzieci. A jeśli już może rodzić, to nie drogą naturalną. Tymczasem o ile dla niepełnosprawnych mężczyzn motywacją, żeby się zabrać do seksu, jest udowodnienie sprawności, o tyle dla kobiet - macierzyństwo. W przypadku dużych napięć spastycznych pacjentki lekarze zakładają kłopoty, więc mówią jej, że nie może mieć dzieci. To nie jest prawdziwa informacja. Sama znam takie matki. Ich największym kłopotem był nie poród, lecz znalezienie lekarza, który zgodziłby się poprowadzić ciążę.

W projekcie aktywizacji kobiet niepełnosprawnych, który przygotowujecie, namawiacie dziewczyny do pełnej diagnostyki ginekologicznej i seksuologicznej.

A.D.: Z tym jest fatalnie. Dziewczyny na wózkach mają typowe babskie problemy - np. grzybicę pochwy - częściej niż pełnosprawne, bo cały czas siedzą. Czasem w pieluchach. Znajoma na wózku poszła do ginekologa ze stanem zapalnym. Z historii choroby wynikało, że trzeba ją zbadać, ustalić antykoncepcję, wyleczyć. I że miała niejednego partnera. Tymczasem lekarz powiedział: 'Nie zbadam pani, bo pewnie pani jest dziewicą'. Zastrzelił ją tym. Wycofała się. Drugi raz poszła dopiero po latach.

Jaki powinien być standard?

A.D.: Poszłam z dziewczyną na wózku na wizytę. Pielęgniarki rozmawiały o nas w trzeciej osobie: 'Jak my ją posadzimy, jak my ją przeniesiemy?'. To niedopuszczalne. Personel powinien być przygotowany, że w odpowiednim momencie wchodzi, pomaga przenieść na fotel, wychodzi - a nie gapi się w trakcie badania, udając, że asystuje - i przychodzi znowu, jak badana się już ubierze.

Ginekolog - rozumiem. A seksuolog?

A.D.: Po pierwsze, to rodzice dzieci niepełnosprawnych powinni być szkoleni u seksuologów.

Jakie błędy popełniają rodzice?

A.D.: Zostałam zaproszona przez niepełnosprawnych ruchowo na warsztaty o seksualności. Średnia wieku wynosiła 30 lat. Okazało się, że oni nie mogą realizować swoich potrzeb seksualnych, bo rodzice traktują ich dalej jak dzieci. Po szkoleniu zaproponowałam tym rodzicom spotkanie. Odmówili, mówiąc, że oni seksualnych problemów nie mają.

A.W.: Rodzice niechętnie reagują na partnerów niepełnosprawnych dzieci. Zawsze podają w wątpliwość, czy będzie wystarczająco dobrym opiekunem, czy da sobie radę, nie zaniedba. A może powinien, bo zmobilizowałby samą niepełnosprawną do większej aktywności? Miłość to nie nadopiekuńczość.

A.D.: Kiedy robię szkolenia dla rodziców, zaczynam od strasznego pytania: 'Jak sobie państwo wyobrażają przyszłość swoich dorosłych niepełnosprawnych dzieci, kiedy was zabraknie?'. Płaczą. Boją się tego tematu jak ognia, a przecież ich dorosłe dzieci muszą żyć na własny rachunek, nawet jeśli to będzie w jakimś ośrodku.

Jak zachowywać się wobec niepełnosprawnych dzieci, by budować ich poczucie wartości i samodzielności?

A.W.: Traktować je w taki sam sposób jak osoby sprawne, jeśli rodzaj niepełnosprawności tego nie wymaga. Pamiętam, jak uczyłam się chodzić. To duży wysiłek, nie zawsze się chce. Kiedy marudziłam, tata zapytał: 'Ania, a jak dorośniesz, to na randki też ja cię będę prowadzał?'. Moi starsi bracia zabierali mnie na imprezy. A koleżanki z internatu opowiadały, że jak do ich braci przychodzą znajomi, one są zamykane w drugim pokoju. Dla nich to jest informacja, że są czymś wstydliwym.

A.D.: Wszyscy rodzice muszą uważać, co mówią i jak mówią. Zwłaszcza w okresie dojrzewania. Wystarczy, że matka raz powie córce: 'Nie zakładaj tej spódnicy, bo masz za grube łydki', i dziewczyna może być 'ugotowana' na całe życie. Jeśli ciało córki nie jest do końca takie samo jak innych, to tym bardziej trzeba ją z nim oswajać. Niech dziewczyna, mając cztery lata, chodzi na basen, bo jak będzie miała 15, nie poczuje wstydu na plaży. Niepełnosprawna powinna być wyedukowana seksualnie lepiej niż jej rówieśniczki, bo może jej być ciężej. Ważne, żeby nie miała negatywnego stosunku do masturbacji, bo trening masturbacyjny jest wstępem do seksu z drugą osobą.

Matki w ogóle rzadko rozmawiają z córkami o seksie.

A.D.: Matki postrzegają swoje niepełnosprawne córki jako osoby zupełnie nieporadne i nieasertywne, więc temat seksu pojawia się tylko w kontekście nadużyć. Często wręcz boją się atrakcyjności córek, bo to zwiększa ryzyko, że ktoś ich dziecko wykorzysta. W efekcie robią wszystko, by uchronić córkę przed wzrokiem mężczyzn.

Jeśli dziewczynka na wózku nie dostała informacji o swojej atrakcyjności, to jak jej pomóc, gdy jest już dorosła?

A.D.: Chcemy wyszkolić młode liderki, które będą niejako świecić przykładem. 'Lwice', które chcą czegoś więcej od życia, dobrze radzą sobie z niepełnosprawnością i zmianami społecznymi.

Uważam, że dla kobiet niepełnosprawnych jedyną drogą jest nonkonformizm, samoświadomość, wykształcenie. Uwolnienie samej siebie ze stereotypów, wychodzenie z szablonu, w który są wtłaczane - 'feministyczny duch'. Nasze dziewczyny mogą być liderkami także dla kobiet starszych.

A.W.: W moim życiu bardzo ważne były osoby, które pokazywały, że niepełnosprawność nie determinuje ich całego życia, nie zasłania horyzontu. Zawsze kiedy wchodzę do nowej grupy, staję przed zadaniem pokazania, że wózek jest tylko częścią mnie.

Część pierwsza waszego projektu to diagnoza. Alicjo, robisz badania naukowe na temat seksualności kobiet niepełnosprawnych: ich współżycia, samopoznania, masturbacji, fantazji seksualnych.

A.D.: Rezultatem badań ma być projekt praktyczny. Tworzymy model szkolenia rehabilitantów, seksuologów, ginekologów, psychologów. Specjalistów, do których będą się mogli zwrócić także rodzice niepełnosprawnego dziecka. Rodzice wzrastali w świecie, w którym był inny obraz niepełnosprawnych, więc inny do nich stosunek. Na szczęście standardy się zmieniają.

Z jakim obrazem niepełnosprawnych się konfrontujecie?

A.D.: Żałosnym.

A.W.: Ostatnio na ulicy zaczepiłam mężczyznę, aby pomógł mi w pokonaniu schodów. Powiedział: 'Nie mam pieniędzy'. Po chwili zmieszał się i przeprosił. Mnie ta sytuacja rozbawiła.

A.D.: W 2003 r. z okazji Roku Osób Niepełnosprawnych nakręcono w Polsce dwie reklamy społeczne. Pierwszy spot: jezdnia; facet niebezpiecznie zajeżdża drogę drugiemu. Oba wozy dojeżdżają do stacji benzynowej, żona kierowcy drugiego samochodu pokazuje mężowi, że tamten facet zaparkował obok. Mąż wybiega w wojennym nastroju. Zatrzymuje się w pół kroku, widząc, że mężczyzna, który przed chwilą omal nie spowodował wypadku, przesiada się właśnie z fotela na wózek inwalidzki. Na koniec hasło: 'Traktuj nas tak jak każdego'. Drugi spot: kobieta w biurze odbija coś na ksero. Kolega z pracy klepie ją w pupę. Ona zbulwersowana odwraca się, żeby dać mu w pysk. Zamiera, bo widzi faceta na wózku. I znowu komentarz: 'Dlaczego nie traktujesz nas normalnie?'. Pierwszą reklamę TVP zdjęło z anteny, drugiej nie pokazano w ogóle. Uznano, że reklamy przedstawiają niepełnosprawnych w negatywnym świetle! Tymczasem ich pomysłodawcami były osoby niepełnosprawne.

Niepełnosprawni muszą być łagodni i potulni?

A.W.: To następny stereotyp - dobrej i porządnej osoby. Wózek czy kule nie predestynują mnie do świętości. Niepełnosprawni bywają tak samo roszczeniowi, nieporadni, chamscy jak w każdej innej grupie społecznej. Wiesz, co mnie denerwuje najbardziej? W wielu tekstach dziennikarskich da się zauważyć taką tendencję: seks z osobą niepełnosprawną jest wspaniały nie przez to, że jest to przeżycie satysfakcjonujące, tylko że ma większą wartość ludzką. Tak jakby osoby niepełnosprawne uprawiały seks wyłącznie z wielkiej miłości, a osoby zdrowe bardzo się poświęcały.

A.D.: Jak zabierałam się do badań, też miałam ten stereotyp. Jedna z pierwszych dziewczyn, która do mnie przyszła, opowiedziała, że sypia z żonatym i dzieciatym sąsiadem, który wpada do niej, jak wypije. Mówiła, że dla niej to dość upokarzające, ale lepsze niż nic. Potem słyszałam to wielokrotnie. Dużo niepełnosprawnych dziewczyn decyduje się na seks, żeby w ogóle zobaczyć, co to jest. Chcą się przekonać, że druga osoba nie czuje do nich fizycznego obrzydzenia. A często się tego boją. Czasem godzą się na ryzykowne formy współżycia, żeby się dowartościować. Kolejność jest taka: mogę działać erotycznie na faceta, mogę odczuwać przyjemność seksualną, mogę wybrać partnera. To jest działanie instynktowne. A dla niektórych kobiet - droga wychodzenia z bardzo niskiej samooceny. Nie wolno nam tego oceniać.

Thursday, April 24, 2008

Manipulacja nie manipulacja ja wysiadam!

Niech tylko 1% tego bedzie prawdziwy, a i tak wstyd mi za cala zachodnia cywilizacje. jestesmy cyniczni i beznadziejni.

Gazeta wyborcza
Chińskie narzędzia tortur
es, relacje na podstawie materiałów Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka: www.hfhrpol.waw.pl/Tybet

Rząd Tybetu na wychodźstwie podaje, że od początku chińskiej okupacji Tybetu od tortur zmarło blisko 180 tysięcy Tybetańczyków. Do lat 70. na thamzingach, czyli "wiecach walki klas", które często kończyły się zatłuczeniem więźnia, zamęczono 93 tysiące osób, zaś samobójstwa (także w więzieniach i aresztach), nie wytrzymując tortur, popełniło 9 tysięcy.

Po wizycie w Chinach w 2005 roku specjalny sprawozdawca ONZ ds. tortur stwierdził, że praktyka stosowania tortur ma w Chinach "charakter powszechny".

Tortury i okrutne traktowanie stosowane są na wszystkich etapach uwięzienia. Na komisariatach policji rutynowo bije się w celu wymuszenia zeznań i zastraszenia. Policjanci przede wszystkim biją i rażą elektrycznymi pałkami. W aresztach śledczych funkcjonariusze są szkoleni, jak stosować tortury. Biją po nerkach, stawach, łokciach. Trzymają więźniów w nienaturalnych pozycjach, np. z rękami skutymi na plecach kajdankami zaciskającymi się przy każdym ruchu. Albo na klęczkach, z brodą opartą na poręczy krzesła.

Mniszki są gwałcone za pomocą elektrycznych pałek.

W więzieniach torturą jest przede wszystkim praca ponad siły przy skromnych racjach żywnościowych. Więźniowie polityczni są poniżani. Mnichów zmusza się do profanowania świętych przedmiotów (np. fekalia wydobywają z dołów kloacznych, zawijając je w thanki - święte obrazy). Wszelkie formy oporu kończą się wielogodzinnymi biciem i wtrącaniem do karceru.

Więźniów używa się też do celów pseudomedycznych. Pobiera się im - bez znieczulenia - płyny ustrojowe, np. płyn mózgowo-rdzeniowy, żółć i krew, w ilościach zagrażających życiu.

Relacje o torturach pochodzą przede wszystkim od więźniów, którym po zwolnieniu udało się wydostać Chin.

W Indiach, gdzie trafia najwięcej tybetańskich uchodźców, działa ośrodek dla ofiar tortur, w którym udziela się im pomocy medycznej, ale przede wszystkim psychologicznej. Niektórzy nie są w stanie żyć, mając w pamięci poniżenie, jakiego doznali. Szczególnie dotyczy to regularnie gwałconych mniszek, które nie czują się godne, by wrócić do zakonnego życia.

W 1992 roku Palden Gjaco, mnich, który w chińskich więzieniach spędził 33 lata, przemycił do Indii narzędzia tortur. Pokazano je na sesji Komitetu Praw Człowieka ONZ w Genewie.

Ngałang Sangdrol

mniszka, przesiedziała w więzieniach 12 lat. Pierwszy raz do aresztu trafiła, mając 13 lat. Wyrok za udział w niepodległościowej manifestacji był wielokrotnie podwyższany za akty nieposłuszeństwa w więzieniu - w sumie do 21,5 roku. Uwolniono ją w 2003 roku na skutek nacisku międzynarodowej opinii publicznej. Dostała azyl w USA:

W areszcie poddano nas wielogodzinnemu brutalnemu przesłuchaniu. Strażnicy powiedzieli, że jesteśmy "kontrrewolucjonistkami", które usiłują oderwać Tybet od Chin. Śledczy bili nas żelaznymi rurkami i pałkami elektrycznymi. Przyczepiali druty, pod prądem, do języków. Zawieszali za wykręcone, związane na plecach ramiona. Nazywają to samolotem. Bardzo boli. Miałam wrażenie, że wyrwą mi ręce.

Zawsze byłyśmy głodne, a w nocy zziębnięte.

Kazano nam stać bez ruchu w palących promieniach słońca lub na mrozie i bito, gdy upadałyśmy z gorąca lub wyczerpania. Kazano nam ścigać się dla rozrywki strażników; rzucano w nas kamieniami i bito, kiedy biegłyśmy zbyt wolno lub pomyliłyśmy słowa chińskich piosenek, do których śpiewania nas zmuszano. Tygodniami byłam więziona w karcerze, ponieważ nie godziłam się z kłamstwami i karami moich oprawców.

Tortury i maltretowanie zaczęły się, gdy byłam 13-letnim dzieckiem, i trwały przez większą część mego pobytu w więzieniu.

Najgorsze jest to, że nigdy nie wiesz, co się stanie - czy cię dziś będą bili, jak i kiedy. Nie wiadomo, co strażnikom przyjdzie do głowy. Tych pomysłów więźniowie boją się najbardziej. Poza tym - codzienna praca. Normy są tak wyśrubowane, że zaharowujesz się na śmierć. W Drapczi pracowałyśmy w szklarni. Jest tam tak koszmarnie gorąco, że pocisz się, zanim wejdziesz. Stosuje się środki owadobójcze. Wdychamy wszystkie te opary. Mamy je w gardle, w nosie, w oczach. Do tego koszmarny smród. Nawozi się ludzkim kałem, który trzeba wybierać z dołów kloacznych. Jedna więźniarka wchodzi do takiego dołu, wybiera kał rękami, napełnia wiadro i podaje drugiej. Ma go wszędzie: na twarzy, we włosach, w ustach.

Ama Adhi

28 lat w więzieniach i obozach pracy za organizowanie ruchu oporu. Niemal cała jej rodzina zginęła od tortur lub głodu. Jej kilkuletni synek popełnił samobójstwo:

Przesłuchiwano mnie co najmniej raz na tydzień. Najgorsze było wbijanie bambusowych drzazg pod paznokcie. Do końca, aż wyszły u nasady. Zawsze ranili ten sam palec, który zmienił się w otwartą, ropiejącą ranę. Na thamzingach obowiązywała prosta zasada: do bicia i lżenia ofiar zmuszano najbliższych - krewnych, przyjaciół. Do mnie "wydelegowano" Ugjena, naszego starego służącego, i pewną kobietę.

- Nie podoba ci się Komunistyczna Partia Chin! Jesteś kontrrewolucjonistką! Śmierdzącą szumowiną reakcji! Teraz, szmato, już wiesz, kto jest górą. Wy czy Komunistyczna Partia Chin. Wtrącili cię za kraty, ale nadal masz czelność podnosić głowę i gapić się na ludzi! Do tej pory patrzyłaś na świat dwojgiem oczu. Ale dziś jedno ci odbierzemy. Będziesz ślepa!

I zaczęła mnie bić w prawe oko. Nie wiem, czy miała w ręku kamień, ale po chwili byłam tak opuchnięta, że nie mogłam podnieść powieki.

Kilka dni później wywołano mnie z celi i położono na kark deskę z jakimś napisem po chińsku. Pomyślałam, że nadszedł mój czas. Byłam tak wycieńczona i obolała, że myśl o szybkiej śmierci nie budziła we mnie strachu. Nagle usłyszałam hałas, odwróciłam głowę i zobaczyłam mojego szwagra Pemę Gjalcena. On też miał deskę na szyi. Kiedy nasze oczy się spotkały, uśmiechnął się do mnie. Zauważyłam, że jego napis jest czerwony, podczas gdy mój był czarny. Wyprowadzono nas z więzienia do oddalonych o kilometr koszar. Żołnierze już czekali.

Pemie Gjalcenowi i mnie kazano uklęknąć. Był związany w ten straszny sposób - wyłamujący ręce ze stawów i niepozwalający oddychać. Rozległy się dwa wystrzały. Jego krew i mózg bryznęły na mnie.

- Patrz, patrz na niego! - wrzasnął Chińczyk.

Z głośników popłynęła wesoła muzyka.

Palden Gjaco

75-letni mnich, 33 lata w więzieniu. W 1992 roku, uciekając do Indii, przemycił narzędzia tortur, które pokazał, zeznając w 1995 roku przed Komisją Praw Człowieka ONZ w Genewie:

Zakuto mnie w kajdany; kopano i bito pałką nabijaną gwoździami. Kiedy śledztwo się skończyło, przewieziono mnie z powrotem do Panamu, gdzie miałem odsiedzieć siedmioletni wyrok. Przez pierwszych osiem miesięcy miałem skute ręce i nogi. Potem zapytano mnie, czy "zmieniłem już postawę" i jestem gotów do pracy. Odpowiedziałem, że mogę pracować. Zdjęto mi kajdany z rąk i przeniesiono do więziennego warsztatu, w którym wyrabialiśmy dywany. Kajdany z nóg zdjęto nam dopiero po dwóch latach.

Brakowało jedzenia. Moczyłem w wodzie swoje buty i zjadałem je po kawałku.

W dniu egzekucji na szyjach skazanych wieszano ciężkie drewniane tablice z napisami w języku chińskim. Potem wrzucano ich na ciężarówkę jak kamienie i wieziono do więzienia w Drapczi. Reszta więźniów jechała w innych ciężarówkach. Na miejscu skazanych zmuszano do uklęknięcia na krawędzi wykopanego dołu i wysłuchania listy popełnionych "zbrodni". A potem zabijano ich kolejno strzałem w plecy. My musieliśmy na to patrzeć. Po każdym strzale trzeba było klaskać, żeby pokazać, że cieszymy się z egzekucji.

18 moich przyjaciół popełniło samobójstwo. Większość wybiegała po prostu na szosę i rzucała się pod ciężarówki.

Najczęściej torturowano nas długimi elektrycznymi pałkami. Niektórzy oficerowie bili nas przeciwśnieżnymi łańcuchami na koła.

13 października 1990 roku zabrano mnie na przesłuchanie. Czekał na mnie Paldzior, słynący z okrucieństwa śledczy. Wstał i zapytał cicho: "Nadal chcesz niepodległości?". Milczałem. Chwycił elektryczną pałkę i wcisnął mi ją w usta. Odzyskałem przytomność po kilku godzinach. Leżałem w kałuży wymiocin i moczu. Straciłem 20 zębów. Te, które zostały, wypadły po kilku tygodniach.

Miesiąc przed zwolnieniem skontaktowałem się z tybetańskimi urzędnikami, którym mogłem zaufać, prosząc ich o kupienie od Chińczyków kilku narzędzi tortur używanych w więzieniu. Kiedy wyszedłem z więzienia, przedmioty te czekały na mnie w domu przyjaciela. Na ich zakup złożyło się kilkunastu Tybetańczyków, którzy wierzyli, że pokazanie ich światu jest ważne. Jedna pałka elektryczna kosztowała ok. 800 juanów - trzy średnie pensje.

Phuncog Łangczuk

5 lat w więzieniu, aresztowany w 1994 roku za wieszanie plakatów niepodległościowych:

Czasami strażnicy kazali nam skandować hasła - o walce z separatyzmem, wyznawaniu win, obietnicy "resocjalizacji". Bywało, że odmawialiśmy. W zimie zalewali wtedy plac wodą i kazali nam siedzieć w tej marznącej brei.

Oskarżyli mnie o zorganizowanie protestu i kazali przyznać się do winy. Związali mi nogi, a potem zacisnęli sznur na szyi tak mocno, że nie mogłem wykrztusić słowa. Odpowiadałem im, gdy luzowali pętlę.

Bili pasem po twarzy i głowie, kopali w plecy. Kazali mi podnieść ręce, które przywiązali do założonej za kark deski. Potem związali mi nogi na drugiej belce. Nie mogłem się poruszyć. Położono mnie na brzuchu; padły pierwsze pytania. Nagle któryś ze strażników trzy razy kopnął mnie głowę. Poczułem, że mogę tego nie przeżyć, krzyknąłem więc po chińsku: "Wolny Tybet!". W jednej chwili rzuciło się na mnie sześciu policjantów z pałkami. Straciłem przytomność.

Po ocuceniu zaczęli bić pałką elektryczną - w twarz, usta, członek. Gasili mi na dłoniach papierosy. Miałem już tak dosyć bólu i tortur, że próbowałem odebrać sobie życie, połykając cztery igły i dwa kawałki szkła. Napisałem list pożegnalny i położyłem go sobie na brzuchu: "Jestem pewien, że z pełnego krwi i łez morza historii wyrośnie lotos wolności".

Nadal nie mogę uwolnić się od Drapczi. Kuleję na prawą nogę. Ciągle bolą mnie plecy, choruję na serce. I noc w noc prześladują mnie koszmary. Jestem w maleńkiej celi i trzęsę się ze strachu, że zaraz po mnie przyjdą i znów zacznie się bicie.

Źródło: Duży Format

Tuesday, April 22, 2008

Najniższa półka

Gazeta wyborcza

Wojciech Staszewski

Czy to w ogóle ważne co się je? Trzeba jakoś wyżywić miliardy ludzi na świecie. Napisz co sądzisz o najtańszych produktach: listydogazety@gazeta.pl

Kupujemy tanio, najtaniej. Ale czy zastanawiamy się, jakim prawem te rzeczy tak mało kosztują? W imieniu nas, konsumentów, schylam się do najniższej półki.

Najtańszy chleb. Chleb Polskie Zboża - 1,29 zł

- To chyba najtańszy chleb półkilogramowy w Warszawie - przyznaje dyr. Maria Wieteska z warszawskiej Spółdzielni Piekarsko-Ciastkarskiej SPC. - Stworzyliśmy dla Biedronki tanią markę Polskie Zboża.

- Jakim cudem ten chleb jest taki tani?

- Pełna mechanizacja produkcji, to już przemysł, linia produkcyjna wypuszcza kilka tysięcy bochenków na godzinę.

- Czym różni się od waszego markowego chleba za 2,39?

- Nasz Chleb Baltonowski jest smakowo inny, mówią, że "prywaciarski". Tam stosujemy naturalne zakwaszanie, kwas mlekowy, bakterie, które pracują nad fermentacją. To wymaga pracy ludzi. Pracownicy pilnują, przekładają, przenoszą zakwas do kolejnych dzież.

- A Polskie Zboża?

- W 85 proc. jest produkowany z mąki pszennej. Od 2005 roku ona jest tańsza od żytniej. I nie jest potrzebna przedłużona fermentacja mąki żytniej. A czas to pieniądz.

Najtańsza szynka. Szynka ogonówka. 1 kg - 13,99 zł

"Extra nastrzyk 200 procent! Extra produkt! 160 procent sukcesu! Vitasol". Ewa Mrówka z PIH pokazuje mi kolorowe reklamy, jakich nie znajdziemy w prasie codziennej. Ta pochodzi z pisma "Gospodarka Mięsna". Kolejna z pisma "Mięso i Wędliny", dotyczy preparatu Vitacel: "Wyższa wydajność obróbki cieplnej! Lepsza tekstura i smak! Wyjątkowe wiązanie wody i tłuszczu! Błonnik pszenny - wyjątkowe połączenie zdrowia i funkcji! Bez pylenia na produkcji, bez kapania na ogniu".

- I co w tym złego? Może taki błonnik pszenny jest bardzo zdrowy.

- Nie mówię, że nie jest. Ale to w niczym nie przypomina prawdziwej szynki, jakiej smak pamiętamy sprzed lat. Do 2003 roku obowiązywały Polskie Normy, zgodnie z którymi wędlina przekraczająca masą 130 proc. surowca (czyli z kilograma mięsa uzyskiwano powyżej 1,3 kg szynki) była uznawana za produkt szynkopodobny. Teraz stosowanie tych norm to dobra wola producenta. Konsument powinien jednak wiedzieć, że kupuje wędlinę złożoną w połowie z szynki, a w połowie z roślinnych dodatków białkowych i wody.

- Naprawdę tylko w połowie z szynki?

- Fachowcy potrafią z kilograma mięsa uzyskać dwa kilo produktu. Nastrzykuje się je wodą, a potem dodaje substancje wiążące wodę i sól, dlatego wędliny są takie słone. Także kolagen (białko stosowane głównie w kosmetykach). I dodatki sojowe, które poprawiają strukturę i zwiększają zawartość białka tak, że w laboratorium nie da się wykryć fałszerstwa.

- Czy to naprawdę źle?

- Są różne mody. Mięsarze twierdzą, że Polacy lubią, kiedy szynka "płacze", wilgotne wędliny uważają za soczyste. I przekonują, że od kiedy pojawiły się nowoczesne wędliny z wodą i soją, które mają przez to mniej tłuszczu - to ludzie są zdrowsi.

Dr Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska z Instytutu Żywności i Żywienia oponuje: - Człowiek to nie tylko układ krwionośny. Soja nie jest źródłem żelaza, tylko prawdziwe mięso. A bardzo dużo jest w społeczeństwie niedokrwistości i żelazo jest potrzebne. Ponadto europejska soja jest bogata w fitoestrogeny. Ich nadmiar powoduje hamowanie wytwarzania hormonów własnych, zwłaszcza testosteronu. To dobre dla kobiet w menopauzie. Czy to nie przez tę soję mężczyźni robią się tacy zniewieściali, opóźnia się dojrzewanie płciowe u chłopców?

O najtańszą szynkę z Carrefoura pytam jej producenta Henryka Kanię, właściciela zakładów mięsnych w Pszczynie.

- Mamy wędliny z różnych półek: szynki dojrzewające, polędwice surowe. A szynka z łopatki jest tańsza.

- Ile wody jest w najtańszej szynce?

- Przecież samo mięso składa się w 70 procentach z wody. Wiedział pan?

- Spytam inaczej: ile wędliny uzyskuje pan z 1 kg szynki?

- 1,20-1,30 kg. To standard.

- Co pan dodaje, że ona się tak zwiększa? Soję?

- Jeśli ktoś dodaje soję, to musi to napisać na etykiecie.

- A pan dodaje czy nie?

- Są substancje białkowe, może niektóre na bazie soi. Uczciwie mówiąc, to nawet nie wiem.

- A kto ma wiedzieć jak nie pan?

- Mam czterech technologów, musiałbym ich spytać.

Najtańszy keczup. Keczup Tesco - 1,99 zł

Rekordowe przebicie - produkt Tesco jest ponad trzy razy tańszy od Hellmann'sa (6,23) - ale też rekordowe przegięcie.Trzy pierwsze składniki Hellmann'sa: koncentrat pomidorowy (63 proc.), cukier i woda. Keczup Tesco to właściwie sok: woda, przecier pomidorowy (19 proc.), cukier.

- Nie tyle sok, co napój, bo ilość pomidorów jest tu śladowa - prostuje dr Monika Hoffmann z Wydziału Technologii Żywienia SGGW. - Nie dość, że przecieru jest bardzo mało, to jest jeszcze trzy razy mniej stężony niż koncentrat. Coś musi zagęszczać ten produkt - woda związana za pomocą skrobi. Najbardziej przypomina mi to budyń o smaku pomidorowym.

Byłem pewien, że droższy keczup będzie "bez konserwantów" - ale nie, ma je tak jak tańszy. Dietetyk dr Kozłowska-Wojciechowska się nie dziwi: - Sztuczne konserwanty są przebadane, dopuszczone do użytku i nie szkodzą. A najstarszym konserwantem jest sól, tyle że produkty konserwowane w ten sposób wcale nie są zdrowe. Sól w nadmiarze przyczynia się do udarów mózgu, raka żołądka. Jemy 14 g soli dziennie, a powinniśmy jeść 5-6 g.

Najtańszy dżem

Dżem truskawkowy Sympathica. 0,5 litra - 2,39 zł

Najtańsze dżemy to sam ulepek. Bo bierze się do ich produkcji mało owoców, a dużo pektyny (roślinna żelatyna z wytłoków jabłkowych lub cytrusowych), wody i cukru. Powstaje dżemowa galaretka. Kremowe truskawki w słoiczku cuchną siarką. - To pulpa, czyli owoce utrwalone dwutlenkiem siarki - wyjaśnia doktor Monika Hoffmann ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Z pulpy robi się dżem, bo fabryka nie pracuje przecież tylko wtedy, kiedy owoce są świeże.

- Dwutlenek siarki odparowuje, ale czuć pozostałości. Mogą one być alergizujące - dodaje dr Hoffmann. - Lepszym sposobem przechowywania owoców jest mrożenie, bo zachowują wtedy wartości odżywcze, witaminy. Ale to jest droższe.

A może być jeszcze taniej - kiedy dżem zrobi się z przecieru. Owoce na przecier nie muszą ładnie wyglądać, więc trafiają tam nadpsute odrzuty.

Dżem trzeba czymś utrwalić. Nie trzeba bać się chemicznych konserwantów, wszystkie są przebadane i dopuszczone do użytku. Ale lepsza - i droższa - jest obróbka termiczna i szczelne zamknięcie. Tak jak nasze babcie gotowały na gazie słoiczki konfitur. Jeśli dżem jest w plastiku, to na pewno został utrwalony konserwantami.

Rekordowo tani dżem Sympathica z Lidla jest sprzedawany w bardzo ładnych kubeczkach z cienkiego plastiku.

W 100 g jest 47 g cukru i 36 g truskawek.

Dla porównania w dżemie z Łowicza jest odwrotnie: 40 g owoców i 36 g cukru.

- Tani dżem na kanapce w smaku będzie podobny - ocenia Marcin Wiliński, kucharz z warszawskiej knajpki Pod Lipą. - Ale jeśli weźmie się go do naleśników i podgrzeje, to on się roztopi i wypłynie.

Najtańszy napój. Grapcio z sokiem. Butelka - 1,39 zł

Dr Monika Hoffmann ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego trzyma w szafce napoje dla dzieci. Kolorowa woda z cukrem. Grapcio z sokiem zawiera 1 proc. soku.

- Spójnik "z" jest w tej sytuacji nieuczciwy - uważa pani doktor. - Bo na przykład Frutek O SMAKU marchwiowo-pomarańczowo--bananowym przynajmniej nie oszukuje, a ma 3 proc. soku. Jednak to nadal dramatycznie mało, bo nawet fanta - odsądzana od czci i wiary, że taka słodka i niezdrowa - ma aż 6 proc. soku.

- Jakim cudem napój Grapcio jest tak tani?

- Bo czynnikiem kosztotwórczym jest sok - wyjaśnia Dariusz Olczar, główny technolog Ustronianki. - A Grapcio jest zaliczany do grupy napojów bezalkoholowych. W tej kategorii tylko nieliczne produkty posiadają w składzie sok owocowy. Wśród nich nasz Grapcio.

- Czy to jest zdrowe dla dzieci?

- Nasze napoje są produkowane zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa żywnościowego i w myśl niego są produktami dopuszczonymi do spożycia - odpowiada technolog Ustronianki.

Dopuszczone nie znaczy zdrowe, jeśli napój to sam cukier - oprócz wody. Dr Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska z Instytutu Żywności i Żywienia oponuje: - Cukier to prosta droga do otyłości. Młodzi ludzie ok. 15 proc. spożywanych kalorii czerpią ze słodzonych napojów.

Najtańszy syrop malinowy

Syrop malinowy Tesco. Butelka - 1,05 zł

Często nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, wystarczy czytać etykiety. Trzeba tylko znać podstawową zasadę: składniki wypisuje się według objętości, to, czego jest najwięcej - na początku, czego najmniej - na końcu. Z czego jest zagęszczany syrop malinowy? Z malin?

Zaprawa do napojów o smaku malinowym Tesco kosztuje trzy razy taniej niż markowy syrop. Składa się kolejno z wody, syropu glukozowo-fruktozowego, kwasku cytrynowego, stabilizatora, aromatu, substancji słodzącej, barwnika oraz substancji konserwującej. Malin nie ma tu ani śladu, jest tylko chemiczny aromat. Syntetyczne aromaty robi się z estrów, aldehydów i ketonów, czyli z ropy naftowej.

- Niech pan nie przesadza - oponuje dietetyk dr Kozłowska-Wojciechowska. - To substancje dopuszczone do użytku. Syntetyczny aromat nie jest szkodliwy, a nadmiar cukru tak.

Wracam do półki z syropami owocowymi. Dla odmiany biorę pod lupę drogi produkt - syrop malinowy Herbapolu za 4,89 zł.

Czytam etykietę: cukier, syrop, woda i dopiero na czwartym miejscu zagęszczony sok. Ale jaki? Aroniowy! Dodatek zagęszczonego soku malinowego jest znikomy, bo został wymieniony nawet za aromatem.

Ściślej, taki sok Herbapol produkował na jesieni. Zimowa dostawa różni się składem: cukier, syrop, woda, zagęszczony sok aroniowy i... zagęszczony sok z czarnej marchwi. Jest też precyzyjna informacja, ile jest dwukrotnie zagęszczonego soku malinowego: 0,25 proc. To jedna malinka.

Jacek Sim z Herbapolu wyjaśnia: - Sok malinowy nie nadaje się do dłuższego przechowywania, gdyż nawet przygotowany metodą domową po pewnym czasie traci swój naturalny kolor i brązowieje. Odpowiednio dobrana kompozycja dodatkowych - poza zagęszczonym sokiem malinowym - składników zapewnia kolor, smak i zapach malinowy intensywniejszy i trwalszy niż sam sok malinowy. Wynika to z oczekiwań konsumentów. Ponadto zdrowotne walory produktu dzięki aronii są wyższe, niż zapewniałby sam syrop malinowy.

Najtańszy nektar. Garden. 2 litry - 3,69 zł

Nektar to napój bogów olimpijskich, wspaniały i delikatny. Ale to dotyczy mitologii, a nie sklepowych półek.

Bo na półkach najwyżej jest sok. W sezonie robi się go ze świeżych owoców, potem można rozcieńczyć uzyskany koncentrat. Ale obowiązuje zasada: sok nie może być jednocześnie dosładzany i zakwaszany. Albo się go nieznacznie dosładza (do 15 g cukru na litr, żeby skorygować smak, np. sok grejpfrutowy), albo zakwasza (np. sok gruszkowy, winogronowy).

Nektar zawiera 25-50 proc. soku. To średnia półka. W przypadku owoców, które można wycisnąć (np. pomarańcze, jabłka), obowiązująca ilość soku to 50 proc. A nektary z papkowatych i gęstych owoców jak banan oraz bardzo kwaśnych jak czarna porzeczka, aronia muszą mieć 25 proc. soku.

Najniżej są napoje owocowe, które muszą zwierać powyżej 20 proc. soku. Producenci starają się ukryć wstydliwe słowo "napój". "Garden prosto z sadu" to niezła ściema. Wbrew temu hasłu z tyłu znajdziemy małą czcionką, że został wyprodukowany bynajmniej nie ze świeżych jabłek, tylko z zagęszczonego soku owocowego. Zawiera 20 proc. owoców. W tej sytuacji wybite z przodu hasło "100 procent świeżego smaku" jest co najmniej wprowadzeniem klienta w błąd. A hasło "1+1 litr gratis" robi się zabawne. - Ten gratis to posłodzona woda - komentuje dr Monika Hoffmann z SGGW.

Dokładnie tak jest. Garden kosztuje 3,69 zł za dwa litry, gdy za litrowy sok jabłkowy Fortuny trzeba zapłacić 3,08. Czyli litr wody z cukrem (uwaga, jeszcze taniej jest ze słodzikiem!) kosztuje 61 groszy.

Najtańszy sos do pieczeni. Sos do pieczeni Tesco - 0,99 zł

Sosy do pieczeni, pięć pierwszych składników w dwóch markach. Marka Tesco: mąka pszenna, laktoza, skrobia ziemniaczana, sól, substancja wzmacniająca smak. Droższy Knorr, za 1,67 zł: skrobia modyfikowana, maltodekstryna, glukoza, mąka pszenna, tłuszcz roślinny. Sos Tesco potania mąka.

- Cenę droższego sosu podnosi skrobia chemicznie modyfikowana (jest w pełni bezpieczna i nie należy tego mylić z żywnością genetycznie modyfikowaną), która lepiej kleikuje - wyjaśnia dr Monika Hoffmann. - W drugim taką funkcję ma mąka, ale sos trzeba długo mieszać, a i tak nie uzyska się równie gładkiej konsystencji.

Najtańsza mielonka wieprzowa. Mielonka w puszce Tesco - 2,49 zł

Markowy luncheon meat z Sokołowa (za 4,29 zł puszka) to 53 proc. mięsa wieprzowego, dalej woda, tłuszcz wieprzowy, skrobia, białko sojowe itd. Natomiast marka Tesco (za 2,49 zł) składa się przede wszystkim z tzw. mięsa oddzielonego mechanicznie (MOM, inaczej spray mięsny), i to z kurcząt. Jest go w produkcie aż 33 proc. Dalej: woda, skórki wieprzowe (fu!), tłuszcz wieprzowy i dopiero na piątym miejscu mięso wieprzowe - zaledwie 6,6 proc. Czyli najtańsza mielonka wieprzowa jest z mięsa kurczaków.

- I bardzo dobrze, bo kurze jest zdrowsze od czerwonego - komentuje zaskakująco dietetyk dr Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska.

Jednak wieprzowina, którą udaje kurczak, sama potrafi udawać cielęcinę. Krystyna Gawkowska z Państwowej Inspekcji Handlowej do dziś nie może się nadziwić produktowi Parówki Cielęce, który kiedyś widziała. W składzie była sama wieprzowina, o jedną trzecią tańsza od cielęciny.

Najtańsze orzeszki w puszce

Orzeszki Carrefoura i Tesco - 1,50 zł

- Jakim prawem pana orzeszki są takie tanie?

Szef firmy produkującej orzeszki w puszkach, m.in. dla Carrefoura i Tesco, nie chce podawać w gazecie nazwiska ani swojej marki. W zamian będzie odpowiadał szczerze.

- Czasem sieć sprzedaje poniżej ceny zakupu. Mogę pokazać faktury. Sprzedajemy im puszkę po 1,30 zł, a oni wystawiają towar po 1,20. Przyciągają ludzi.

To 1,30 to i tak dwa razy taniej niż markowe orzechy, bo orzeszki Felix kosztują 3,50 zł.

- Większość producentów sypie śmieci. Orzeszki, które nie powinny iść do konfekcji, tylko na krajankę do cukiernictwa.

Skąd się bierze te śmieci?

- Z Hamburga. To orzechy z Chin, które przypłynęły do Niemiec i tam okazuje się, że są nieodpowiedniej jakości. Lekko zjełczałe, nadają się na paszę, a nie dla ludzi. Powinno się to odesłać do nadawcy na jego koszt. Więc Chińczyk woli spuścić cenę o połowę, ale pozbyć się kłopotu.

- Polska nie importuje takich orzechów?

- Nie przeszłyby badań aflotoksyn, to takie pleśni rakotwórcze. U nas te przepisy są zbyt surowe, u Niemców łagodniejsze. A jak sprowadzam te orzechy z Unii Europejskiej, to już nie muszę robić badań.

- Pan sprowadza?

- Przyznam, że zdarzyło mi się zakupić partię z Hamburga dla jednej z sieci. Bo dla supermarketów tylko cena się liczy.

Najtańsza pasta do zębów. Dentica - 2,69 zł. To prawie jedna trzecia ceny markowej pasty Blend A Med.

Prezydent Polskiego Towarzystwa Stomatologicznego Marek Ziętek wyjaśnia, że pasta do zębów służy do trzech rzeczy. Ma działać przeciwpróchnicowo, czyli powinna zawierać związki fluoru. Przeciwzapalnie - triclosan. I oczyszczająco - tlenek wapnia, związki cynku. Ziętek domyśla się recepty na tańszą pastę. Po pierwsze, stosuje się bardziej zanieczyszczony krajowy tlenek wapnia (zagraniczny jest bardziej miałki). Po drugie, nieorganiczne związki fluoru są tańsze od organicznych. A po trzecie, nie dodaje się tzw. kopolimerów (one powodują, że triclosan po nałożeniu na szkliwo będzie się powoli z niego uwalniał, nawet do 24 godzin - stąd slogany reklamowe o długotrwałej ochronie).

Katarzyna Jankowska z firmy Torf produkującej pastę Dentica: - Bywa, że pasty mają napisane, że super wzmacniają szkliwo, mają składnik wybielający i jeszcze wspomagają odchudzanie. Że jak pan umyje zęby, to w paście jest taka substancja, że nie będzie pan głodny. My nie składamy takich obietnic. Pasta ma się pienić, oczyścić zęby i odświeżyć oddech.

Najtańsze piwo. Piwo Tesco - 1,14 zł/puszka

W Tesco mówią, że ich piwo produkuje browar Van Pur. Mało alkoholu - tylko 4 proc. Dwa i pół razy taniej niż puszka piwa tego samego browaru, ale sprzedawana pod jego logo.

Jakim cudem to piwo jest takie tanie?

Po kilku tygodniach ustaleń otrzymałem odpowiedź prezesa Marka Krzystkiewicza, że to efekt niższych kosztów promocji i dystrybucji oraz zerowego kosztu reklamy. Zaś "w zakresie technologii produkcji, jakości surowców, jak i kontroli jakości brak jest istotnych różnic" między piwem Van Pur a marką supermarketową.

Ale skąd aż dwuipółkrotne przebicie?

Doktor inż. Elżbieta Baca z Zakładu Technologii Piwa i Słodu w Instytucie Biotechnologii Przemysłu Rolno-Spożywczego podsuwa taką hipotezę: - Jeżeli browar ma zalegające piwo, to woli się go pozbyć nawet po cenie produkcji. Produkcja piwa trwa trzy-cztery tygodnie, a potem towar ma pół roku-rok trwałości. Sprawdzam w sklepie: pudło. Piwo marki Tesco ma najdłuższy termin przydatności w całym dziale piwnym.

Paweł Kwiatkowski, rzecznik prasowy konkurencyjnej Kompanii Piwowarskiej, podsuwa inne tropy: - Można używać słodu jęczmiennego albo zamiast niego kukurydzy, to tańsze. Można kupić chmiel gorszej klasy, bez aromatu i dodać aromat syntetyczny. Można też dodać enzymy, żeby przyspieszyć proces fermentacji. Wtedy da się więcej wyprodukować w krótszym czasie.

Eliza Panek z Browaru Żywiec dodaje: - Jeśli się przerwie fermentację, wyjdzie piwo z mniejszą zawartością ekstraktu, czyli mówiąc w uproszczeniu - słabsze. A akcyzę płaci się od zawartości alkoholu. Ale i tak się nie da wyprodukować piwa w takiej cenie, bo nie da się tak zbić kosztów fiskalnych, pytałam w naszym dziale technologii. Nawet przy słabym piwie sama akcyza i VAT to razem 77 groszy. A produkcja?

Paweł Kwiatkowski: - W branży mówi się, że "piwo generuje traffic". Czyli ludzie przyjdą do sklepu po tanie piwo i coś przy okazji dokupią.

Najtańsza kawa rozpuszczalna. Tesco. 100 gramów - 5,99 zł

Kawa składa się w 100 proc. z kawy. Ale może być suszona rozpyłowo albo liofilizowana. Pierwsza obróbka powoduje utratę aromatu, gorszy smak, ale jest tańsza. Koncentrat kawy wpuszcza się w cylinder i suszy w strumieniu gorącego powietrza. Wychodzą z tego granulki kawowe. Kawa liofilizowana (koncentrat się mrozi) wygląda jak małe kryształki.

Jak to się dzieje, że marka supermarketowa jest prawie dwa razy tańsza od Nescafé (10,91 za taki sam słoiczek przy takiej samej obróbce)?

Producent marki własnej kawy rozpuszczalnej dla Carrefoura i Tesco: - Od 40 do 60 proc. ceny słoiczka to dystrybucja i marketing. Przy marce własnej nie trzeba tego doliczać.

Ten mechanizm potwierdza Marcin Ciecierski z FHU Excellence, firmy produkującej syropy - zarówno pod swoim logo, jak i tzw. marką własną - dopowiada: - Do ceny produktu z własnym logo trzeba doliczyć jeszcze 50 proc. kosztów na promocję. Dla merchandisera, żeby wyżej umieścił towar na półce, albo dla pani magazynierki. Nie pieniądze, bo za to się teraz idzie do więzienia. Ale długopis, szklanka, koszulka. Pan wie, ile te gadżety kosztują?

Krzysztof Szponder z Metra zarządzającego siecią Real dorzuca kilka liczb: - Koszty dobrej tygodniowej kampanii telewizyjnej to pół miliona złotych. Producent marki własnej ich nie ponosi. A druga rzecz to wolumen produkcji. Jak zagwarantujemy masarni zbyt 60 ton szynki tygodniowo, to ona może obniżyć koszty.

Policzmy. Jeśli 100-gramowy słoiczek kawy granulowanej w Tesco kosztuje 5,99 zł i doliczymy do niego 60 proc., wyjdzie nam 9,59 zł. Mniej więcej tyle samo, ile stojący obok słoiczek kawy Nescafé (10,91 zł).

W tej sytuacji rodzi się inne pytanie: dlaczego drogie produkty same w sobie nie są w zasadzie droższe od tanich?

Najtańsze prezerwatywy. Rosetex . 3 szt. - 2,99 zł

Poprosiłem żonę o pomoc. Wzięliśmy dwie prezerwatywy. Ja trzymałem, a żona półlitrowymi butelkami wlewała wodę. I liczyliśmy, która po ilu butelkach pęknie. Tańsza pękła dwie butelki wcześniej. Ale Andrzej Karczewicz z Urzędu Rejestracji Leków zapewnia, że każda sprzedawana w Unii Europejskiej prezerwatywa musi wytrzymać po napompowaniu 18 litrami powietrza przy ciśnieniu 2 atmosfer.

Tanich prezerwatyw szukałem w marketach. Marki własnej nie znalazłem nigdzie. Najtańsze były Roseteksy za 2,99 zł - połowa ceny markowych prezerwatyw na półce obok.

O kosztach decyduje element ludzki. - Przy sprawdzaniu jakości prezerwatyw w fabryce jest dużo ręcznej roboty - opowiada Andrzej Karczewicz. - Siedzą ludzie i naciągają prezerwatywy na metalowe fallusy, potem puszcza się prąd o wysokim napięciu i znów trzeba prezerwatywy ściągnąć i zrolować. Dlatego tańsze są prezerwatywy produkowane tam, gdzie są niższe koszty pracy.

- Cenę możemy obniżyć przez tańsze opakowanie - mówi Olgierd Wejner z Abpolu produkującego prezerwatywy Rosetex. - U nas to nieklejony kawałek kartonika. A są opakowania w formie pudełeczka, jeszcze z folią zewnętrzną.

Można też oszczędzić na dodatkach. Prezerwatywa jest nawilżana środkiem chemicznym. Tańszy będzie wysychał zaraz po odpakowaniu prezerwatywy, droższy utrzyma się przez wiele minut. Ale dyr. Lucjan Exner z Unimilu mówi, że nie opłaca się obniżać ceny prezerwatyw: - Generalnie kupuje się drogie. Są dwie takie kategorie produktów: prezerwatywy i przeciery dla dzieci w słoiczkach, w których konsument kieruje się ceną, aby była jak najwyższa.

Czy to w ogóle ważne co się je? Trzeba jakoś wyżywić miliardy ludzi na świecie. Napisz co sądzisz o najtańszych produktach: listydogazety@gazeta.pl

Źródło: Duży Format

Monday, April 21, 2008

Obywatelka żeglarka

Gazeta wyborcza
tekst Paweł Smoleński

O tym, że w Tybecie chińskie wojsko morduje bezbronnych, Katarzyna Szotyńska przeczytała na Nowej Zelandii. Ruszyło ją. Na Nowej Zelandii musiała myśleć przede wszystkim o rozkapryszonym, kręcącym wietrze, dziwnej wodzie zatoki Tahapuna, o przekładanych i odwoływanych wyścigach. Nie ścigała się tam o olimpijską nominację, tę ma w kieszeni już od roku, po czwartym miejscu w mistrzostwach świata w portugalskim Cascais. Ale regaty są regatami - nic innego nie powinno zaprzątać głowy. Teraz siedzimy w warszawskiej kawiarni, a Szotyńska: - Coś trzeba zrobić, trzeba.

Może myśleć o innych sprawach, w przygotowaniach do olimpiady ma kilka dni przerwy. Żeglarstwo to jej największa pasja, ale też zawód. Olimpiada - najpiękniejsza sportowa przygoda. Start i medal w chińskim Qingdao będzie postawieniem wykrzyknika po tym, co dotychczas osiągnęła. Ponadto - nie chce być sumieniem świata, bo nie ma do tego serca i kwalifikacji. Nie ma zamiaru wyręczać polityków i umoralniać szefów wielkich korporacji. Nikt jej nie pytał o zdanie, gdy MKOl wskazał Chiny na miejsce igrzysk. Słowem - nie bardzo ma ochotę przekopywać cudzy ogródek.

Ale że trzeba coś zrobić - wie z pewnością. Żeglarka w końcu też jest obywatelką. Co zrobi? Jeszcze nie wie. Jeśli czegoś się obawia, to tego, że nie wytrzyma presji. - Mogą kłaść mi do głowy, że liczy się tylko sport - wynik, wynik. Jeśli będą naciskać, przekonywać, wyśmiewać. Nie wiem - może wtedy się ugnę i nic nie zrobię. Często słyszę: 'Szotka, ty jakaś głupia idealistka jesteś. Co cię to w ogóle obchodzi? W pojedynkę świata nie zmienisz'. O rany, jeśli się ugnę, będzie tylko wstyd. A że w pojedynkę świata nie zmienię? Wiem bardzo dobrze.

Dwadzieścia lat temu

Ze dwadzieścia lat temu, pewnej wiosennej niedzieli, okazuje się, trochę znienacka, że kilkuletnia Kasia już nie musi walczyć ze starszym bratem Bartkiem o miejsce na kanapie, by jak najwygodniej obejrzeć 'Teleranek'. Bartka nie ma, pojechał z tatą na trening nad Zalew Zegrzyński. I tak już będzie przez wszystkie następne weekendy, wakacje. Kanapa przed telewizorem - pusta. Nie ma się z kim przepychać, kłócić i godzić. Co to w ogóle za wakacje bez starszego brata? Nuda.

Prosi rodziców: - Ja też chcę chodzić do klubu. Ośmioletnia Kasia wsiada na malutką łódkę klasy Optymist, dzielną nawet przy silnym wietrze i na wzburzonej wodzie, która laikowi musi jednak kojarzyć się z kanciastą, niezgrabną, plastikową mydelniczką z żagielkiem wielkości chustki do nosa. Na optymiście idzie jej, jak cię mogę. Puchar Polski klasy B, awans do grupy A i miejsce w połowie stawki na regatach w Niemczech, gdzie startowało kilkaset mydelniczek. O tak, miała wtedy poczucie, że coś osiągnęła. I że zabawa zamienia się w prawdziwy wyczynowy sport. Pewnego dnia mama zwalnia Kasię ze szkoły. Niespodziewane wagary - czysta frajda. Jadą do klubu, a tam czeka nowiutka otaklowana europa - olimpijski jednoosobowy jacht, na którym ścigają się dziewczyny. Lubi tę łódkę.

Europa według Kasi ma kobiecą duszę. Subtelna, nieco kapryśna, ślizga się po wodzie, jakby sama z siebie wiedziała, jak najwygodniej ułożyć się między wierzchołkiem a doliną fali. Kasia startuje w mistrzostwach i w pucharach świata, ma medale z najważniejszych międzynarodowych imprez. Ale zawsze jakaś dziewczyna jest lepsza. Tak jakby przy okazji wsiada na łódkę klasy Laser Radial. To w porównaniu z europą jacht toporny, wymagający siły i fizycznej sprawności, pozornie niezgrabny, choć dzielny. Laser polubił ją. Co start, to medal. Kasia zdobywa komplet medali ISAF - Międzynarodowej Federacji Żeglarskiej - od złota do brązu. Jest wielokrotną mistrzynią świata juniorek i seniorek, zwycięża w największych regatach. Od wielu lat nie wypada z dziesiątki najpewniejszych faworytek do największych żeglarskich sukcesów, choć to grono zmienia się z roku na rok. Jest tylko malutki problem - laser nie startuje na olimpiadzie. A Kasia bardzo chce na igrzyska.

Europa

Na europie przegrywa rywalizację o prawo startu w Atenach. Myśli - może czas skończyć z wyczynem i wreszcie zająć się wiedzą o kulturze na Uniwersytecie Warszawskim. Ale żeglarstwa sobie nie może odpuścić. Także dlatego, że w Polsce i w ISAF kobiecy wyczyn to taki kwiatek do kożucha; niby te baby ścigają się, niby rekord świata w opłynięciu globu przez wiele miesięcy należy do kobiety, ale obiegowa prawda brzmi: morze i żagle są dla mężczyzn, panie niech to upiększą i koniec. Szotka uważa, że dziewczyny na łódkach nie są tylko od upiększania. Akurat w Kopenhadze trwa konferencja ISAF; delegaci narodowych federacji żeglarskich debatują, na jakich klasach jachtów kobiety będą startować w Chinach.

Kasia zabiera głos i chwali europę: że taka wdzięczna, delikatna, lepsza od lasera. Jest przekonująca, bo niejako mówi przeciwko sobie. Zachwala jacht, który do końca nigdy nie odpowiedział na jej sympatię. Delegaci na chińską olimpiadę wybierają Lasera. A Kasię - do władz światowego żeglarstwa. - Wtedy pomyślałam, że jeszcze raz spróbuję - opowiada. - Jeszcze cztery lata: ponad 200 wyjazdowych dni w roku, codzienne treningi na wodzie i w siłowni, regularne chodzenie spać, dieta, zero życia prywatnego, studia wiszące na kołku. Nie mam zbyt wiele talentu, ale mam upór do pracy. Jeśli nie zrobię tego, co sobie postanowiłam, chodzę z kacem. W olimpijski start włożyłam wszystko, co mogłam. To mój najważniejszy cel.

Reprezentacja Polski

Polska reprezentacja żeglarska na chińskie igrzyska liczy raptem kilkunastu zawodników. Lecz niech nie zwiodą nas liczby. Co najmniej połowa z nich to elita elit, najlepsi na świecie, wielokrotni medaliści i mistrzowie. Ci niby słabsi jadą do Chin z realnymi szansami na znakomity wynik. Katarzyna Szotyńska jest w grupie mocniejszych. Gdyby sportem rządziła statystyka, miałaby medal bez wychodzenia na wodę. Ma 25 lat i worek trofeów z najważniejszych żeglarskich imprez. Po mieszkaniach jej warszawskiego bloku chodzi nastoletnia dziewczynka, która prosi lokatorów, by podpisali się pod protestem zakazującym nieludzkiego transportowania koni do włoskich rzeźni. Dziewczynka ma w sobie energię, która łatwo może się udzielić, jeśli ktoś jest choć trochę podatny. Pogadały sobie, ponarzekały i postanowiły coś zrobić.

Teraz to Szotka biega po piętrach i pyta: - Ma pani/pan psa? Bo ona akurat ma i wie, że po psach należy sprzątać. A jeśli nie samemu, to ugadany jest już pan Czesio, miejscowy bezdomny. Wystarczy kilka złotych od psa, a pan Czesio obiecał, że podwórko będzie czyste. Któryś z sąsiadów mówi, że jego pies załatwia się na sąsiednim podwórku. Inny: - Co to panią obchodzi? Pani jest głupia jak łoś. Kasia nie miała pojęcia, że łoś może być głupi. Pan Czesio gdzieś przepadł, a psy srają, jak srały. Wyszło, że w pojedynkę nie można zmienić nie tylko świata, ale nawet własnego podwórka. Gdy o tym opowiada znajomym, słyszy: 'Szotka, ty jakaś głupia idealistka jesteś. Co cię te psy obchodzą?'.

Dwa lata temu

Dwa lata temu Kasia jedzie pierwszy raz do Qingdao na regaty przedolimpijskie. Widzi ogromne miasto - pewnie z sześć milionów mieszkańców - egzotyczne, zakurzone i nędzne. Uliczne garkuchnie oblepione przez muchy, brud, śmieci. Na trawnikach kobiety zbierają do śmiesznych woreczków świeże pędy jakichś traw. Po co? Nie ma pojęcia. Bose, zasmarkane dzieciaki. Bezdomni. Chorzy. Rozpadające się rudery. Następnego roku też startuje w Qingdao. W dzielnicy, gdzie powstaje miasteczko olimpijczyków, już nikt nie zbiera zielska na trawnikach. Bezdomni? A czy kiedykolwiek tu byli? Nędza? Jeszcze jakoś przebija się z drugiego planu, ale rudery wyburzone albo odpicowane, że oczy bolą. Na drodze do portu znikły garkuchnie. W nowych restauracjach europejski design, Francja - elegancja. Czyściej, ładniej, choć na bazarze jeszcze można kupić podróbki najlepszych światowych marek. W sklepach z alkoholem króluje wyborowa.

Szotka myśli: - Gdzie podziali się ci wszyscy ludzie, gdzie ich wyrzucono? Wie, że również na jej potrzeby stworzono kolorowy, nierealny disneyland. Głupie uczucie: dostać coś nadzwyczajnego kosztem tych, którzy nie mieli prawie nic. Niefajnie, że będą ścigać się w specjalnie wypreparowanym świecie. Ląduje w szpitalu z rozstrojem żołądka. Dostaje salę dla VIP-ów, choć myśli, że wcale nie potrzebuje hospitalizacji. Wygląda na korytarz. Widzi umieralnię, nędznych ludzi pod kroplówkami, beznadzieję i totalny syf. A dla niej jest specjalnie oddelegowana opiekunka dostępna na każdy gwizdek. Pyta więc tę Chinkę, jakim cudem mówi tak wspaniale po angielsku. Chinka odpowiada, że uczy się nocami.

Kasia pyta: - Jakie masz marzenia? Chinka: że na południu jej kraju jest jakaś przepiękna wyspa i właśnie tam chciałaby kiedyś pojechać, choć to prawie niemożliwe, bo kosztuje, bo praca i szpital. A nie - pyta Szotka - na Nową Zelandię albo do Francji? Nie do RPA, USA, Portugalii, Hiszpanii, Turcji, Australii, czyli tam, gdzie Kasia zdobywała medale? Nie, ta wyspa na południu wystarczy. Po co marzyć o sprawach kompletnie nierealnych? Ten angielski bez najmniejszego obcego akcentu to coś na kształt ucieczki. A nocne wkuwanie języka podczas pustych dyżurów, gdy pielęgniarka opiekuje się obcokrajowcami, którym nic nie jest - to lekarstwo, kiedy z braku marzeń nie można zasnąć.

Streśćmy poglądy Kasi na olimpiadę w Pekinie.

Po pierwsze - nie powinna odbywać się w Chinach ani w Rosji, ani w USA, czyli w krajach, które na świecie rozdają karty i lekceważą sobie swoje sobiepaństwo i brutalność. W tych krajach - myśli - każda impreza jest po to, by podkreślić własne znaczenie, potęgę i siłę. W tych krajach nawet olimpiada staje się polityką, a przecież właśnie polityka powinna być poza sportem. Po drugie - na pewno pojedzie do Qingdao, bo przecież nie wyrzuci do kosza wielu lat ciężkiej harówki, nie zrezygnuje z przygody. Poza tym nieobecni w Chinach nie będą mieli głosu. Po trzecie - będzie w Qingdao kilka tygodni przed regatami i zapewne spotka tam Barry'ego, jednego z chińskich opiekunów polskiej reprezentacji. Znają się z poprzednich pobytów; cała ekipa wie, że Barry to spoko gość, a na dodatek podkochuje się w Szotce.

A Szotka nie wie, czy będzie umiała rozmawiać z Barrym tak jak w ubiegłym roku. Czuje, że to głupie: przecież ten Chińczyk nie jest winien, że jego państwo strzela w Tybecie. Ale czytała również, że Chińczycy nie rozumieją tybetańskich aspiracji, że myślą, iż przynieśli Tybetowi rozwój, choć zostawiają za sobą spaloną ziemię. Może więc Barry też nie rozumie? Krótko mówiąc - ma trochę pietra przed tym spotkaniem. Po czwarte - ani myśli być prowodyrką, organizatorką jakichś sprzeciwów. Za nikogo, a zwłaszcza za tych w garniturach - polityków, biznesmenów, działaczy - nic nie będzie załatwiać. Podzieli się własną opinią, nawet jeśli znów usłyszy, że jest głupia jak łoś.

Ale nie będzie też gladiatorką; nie jedzie tam tylko po to, żeby wygrać, publice przed telewizorami dostarczyć rozrywki, a kibicom - dumy, że wygrała Polka. Nie jedzie po premię za medal. Fakt - skupi się przede wszystkim na żeglowaniu, bo medal zdaje się w zasięgu ręki. Lecz nie zamierza zamykać oczu. I musi to jakoś ze sobą powiązać. Po piąte wreszcie - nie podoba się jej, kiedy symbol olimpijskich kółek zamieniany jest przez ludzi wspierających Tybetańczyków w kajdanki albo w białe okręgi położone na rozlanej plamie krwi. Rozumie intencje, lecz sądzi, że za tymi znakami kryje się nadużycie. Co zawiniła olimpiada, że w Tybecie tyle podłości?

W końcu sportowców nikt nie pytał, czy chcą jechać do Chin. A kiedy okazało się, że ukłony i umizgi słane zewsząd w stronę Pekinu, że przymilne miny i przymykanie oczu na naturę chińskiego reżimu zaowocowały masakrą buddyjskich mnichów, cały świat patrzy na sportowców (a więc i na Katarzynę Szotyńską) i nawołuje: zróbcie coś w naszym imieniu. A jakim prawem nawołuje?

Inni

A co Szotka może usłyszeć od innych olimpijczyków, niekoniecznie żeglarzy? Że zaprotestują, bo przecież tak postępuje człowiek uczciwy. Że sportowcy na olimpiadzie są jak żołnierze w koszarach: tyle wolności, na ile pozwala regulamin, zadanie do wykonania, wypięta pierś i okrzyk: 'Ku chwale ojczyzny'. Że jeśli podczas zawodów pomyślą o niezałatwionym przelewie albo kłopotach w domu, szlag trafi całe skupienie i medal zawiśnie na innej szyi.

Że wiedzą, co dzieje się w Tybecie, współczują, solidaryzują się. Ale przyjechali tu po coś innego. Że będzie ich w Chinach z dziesięć tysięcy, a dziennikarzy - trzy razy tyle. Niech więc dziennikarze coś pokażą, a oni jakoś się podłączą. Że mają do wykonania pracę. Jak murarz na budowie, tokarz w fabryce, polityk w parlamencie i lekarz w szpitalu. Czy ktoś żąda od tokarza, by prezentował światu, jakie ma zdanie na ten czy inny temat? Słowem - nie usłyszy jednobrzmiącego chóru, choć bardzo by chciała. Lecz nikomu nie zamierza wystawiać cenzurki. Wścieknie się tylko, kiedy powiedzą jej: 'Tybet - straszne. Ale to samo dzieje się w Birmie, w Afryce, właściwie na całym świecie.

My - sportowcy - nie protestowaliśmy przeciwko wojnie w Iraku. Nie bądźmy hipokrytami. Albo sprzeciwiamy się od A do Z, albo nie. Bądźmy konsekwentni, nie szukajmy jakichś szczególnych okazji'. Takie myślenie to dla niej hipokryzja, szukanie dziury w całym i wygodnictwo: nie sprzątnę po psie, bo przecież sika na innym podwórku. A poza tym inne psy też brudzą. I co mnie to obchodzi. Bo co Szotka może zrobić przeciwko wojnie w Iraku? Wpłacić pieniądze na fundację opiekującą się irackimi sierotami. Nikt tego nie zauważy. W Chinach akurat może więcej. I dlatego więcej powinna.

Co może zrobić w Qingdao żeglarka Katarzyna Szotyńska?

Może założyć na uroczystość otwarcia igrzysk pomarańczową bransoletkę lub wstążkę (- Chciałabym, żeby tak zrobiło wielu sportowców, nie tylko z Polski). Wyjść na podium w koszulce z napisem 'Wolny Tybet' (- Dalajlama mówi o autonomii, ale hasło: 'Przestrzegajcie praw człowieka w Tybecie' nie zmieści się). Mieć na sztormiaku pomarańczową opaskę (- Może czarną, a może w kolorze mnisiego habitu?).

Przyszyć gdzieś tybetańskie słońce. Albo może chodzić po mieście i po porcie w białym cienkim szaliku, takim samym, jaki w podarku dają sobie Tybetańczycy. Nie ogoli głowy na łyso, by upodobnić się do buddyjskich mniszek. W końcu ma tyle innych możliwości. Jeśli ktoś powie, że Szotka to głupia idealistka? Może nie powie. Jeśli postraszy odebraniem medalu? Może nie postraszy. Jeśli zabierze? To niech go sobie, cholera jasna, powiesi na ścianie.