Za 25 lat czeka nas wielki, niespotykany w historii konflikt pokoleniowy. Młodzi zbuntują się przeciwko starym. Ale starych będzie większość, więc wybiorą partie chroniące ich interesy. O skutkach zadłużania państwa opowiada Jan Rutkowski z Banku Światowego
Jan Rutkowski*: Obecny kryzys nakłada się na dramatyczną zmianę, która w Polsce będzie szczególnie silna, silniejsza niż w wielu innych krajach Unii Europejskiej. Chodzi o zmiany związane z demografią.
W ciągu jednego pokolenia - 25 lat - liczba ludzi w wieku produkcyjnym w Polsce spadnie o 15 proc. z 27 mln do 23 mln w 2035 r. Co ważne, liczba osób w wieku poprodukcyjnym wzrośnie o 65 proc.! To jest rewolucja demograficzna, która niesie bardzo poważne konsekwencje ekonomiczne. Obecnie stu pracowników utrzymuje 19 ludzi starszych, za 25 lat będzie utrzymywało 36 osób starszych. To ogromna zmiana, której konsekwencji sobie jeszcze nie uświadamiamy.
To wywróci do góry nogami nasze społeczeństwo?
- Nastąpi dramatyczna międzypokoleniowa walka o podział dochodu. To, że będzie mniej osób pracujących, spowoduje spadek tempa wzrostu dochodu narodowego. Wzrost dochodu na osobę będzie się dokonywał tylko poprzez większą wydajność pracy.
Mniej osób osób będzie pracować, więc mniejsze będą wpływy z podatków, co spowoduje, że dochody budżetu zaczną się kurczyć. Jednocześnie potrzeby wydatkowe budżetu będą stale rosły - na ochronę zdrowia oraz na emerytury. Do tego trzeba pamiętać, że wydłuża się czas życia człowieka i gwałtownie zacznie rosnąć liczba osób, które nie będą same w stanie samodzielnie funkcjonować. Będą potrzebowały opieki, a to jest kosztowne i oznacza dodatkowe wydatki państwa.
- Będzie coraz mniej ludzi młodych i coraz więcej ludzi starszych, często mających ponad 80 lat. To może wywołać konflikt pokoleniowy. Ludzie młodzi będą musieli płacić coraz wyższe podatki i coraz więcej dochodów przeznaczać na utrzymanie swoich rodziców i dziadków.
Partie, które będą obiecywać podwyżki emerytur, będą zdobywać głosy coraz liczniejszej grupy osób starszych. Ludzie pracujący będą się buntować: dlaczego mają się zmniejszać nasze dochody?
Komisja Europejska ostrzega, że jeśli nic nie zrobimy, dług publiczny w Polsce może w 2060 r. przekroczyć 300 proc. PKB, w Wielkiej Brytanii - niewyobrażalny poziom 750 proc. PKB
- To ostrzeżenie, czym teoretycznie mogłoby grozić zaniechanie reform finansów publicznych.
Można tutaj przytoczyć analogię maratończyka, który musi przebiec określony dystans. Jeśli na początku przyspieszy, to później nie ma już siły i musi gwałtownie zwolnić. Podobnie jest w gospodarce. Pakiety stymulacyjne początkowo przyspieszają wzrost gospodarczy, ale powodują wzrost deficytu budżetowego i długu publicznego. Więc później kończy się to podniesieniem podatków w celu spłaty długów, spadkiem oszczędności i inwestycji, a co za tym idzie, niższym wzrostem gospodarczym.
A na to wszystko nakładają się problemy demograficzne...
- Tak. W Europie i w Polsce wkrótce zaczniemy odnotowywać postępujący i coraz szybszy spadek liczby ludności w wieku produkcyjnym. Przez długie lata w Polsce mieliśmy wskaźnik dzietności powyżej 2, teraz wynosi on około 1,3. Co ciekawe, wyrównał się poziom dzietności pomiędzy wsią i miastem. Tymczasem wiadomo, że by się populacja reprodukowała, kobieta musi mieć przeciętnie 2,1 dziecka.
Kiedy to się zaczęło?
- Proces rozpoczął się w drugiej połowie lat 80., ale dramatycznie przyspieszył w momencie rozpoczęcia transformacji gospodarczej na początku lat 90.
Kapitalizm nam zaszkodził?
- Nie nazwałbym tego szkodzeniem. To była naturalna reakcja związana z tym, że ostatnie lata komunizmu były okresem ogromnego postu konsumpcyjnego. W momencie transformacji pojawiły się nowe możliwości karier zawodowych, których wcześniej nie było. Ludzie mogli nagle zarabiać więcej pieniędzy i wszystko za nie kupić. Polacy gwałtownie chcieli nadrobić dystans w poziomie życia w stosunku do krajów bardziej rozwiniętych.
Posiadanie dziecka stało się więc kosztowne. Chodzi tutaj o tzw. koszt utraconych możliwości, tj. rezygnację z kariery zawodowej i zarobków związaną z wychowaniem dziecka.
Można jeszcze wyjść z tej matni? Nie jest za późno?
- Żeby nie obniżać poziomu życia, musimy zwiększyć aktywność zawodową ludności. Można to osiągnąć poprzez podniesienie wieku emerytalnego. Ale wiek emerytalny został wyznaczony wiele lat temu, a w międzyczasie wydłużył się czas życia ludności. Obecnie ludzie żyją znacznie dłużej po przejściu na emeryturę niż wówczas, kiedy wprowadzono emerytury. Na przykład kobieta przechodząca teraz na emeryturę w wieku 60 lat ma przed sobą średnio jeszcze 23 lata życia.
W Polsce musimy, po pierwsze, wyrównać wiek emerytalny kobiet i mężczyzn, po drugie stopniowo wydłużać go. Tak zrobili Niemcy. Zrównali i wydłużyli wiek emerytalny do 67 lat.
Ale zaraz zaczną się lamenty poszczególnych grup zawodowych...
- U nas to wymaga diametralnej zmiany mentalności. W Polsce utarło się, że wczesne przejście na emeryturę to przywilej, który każdemu ciężko pracującemu się należy. Ta mentalność musi się zmienić. Jeśli nie, to Polska stanie się krajem po prostu biedniejszym. Kiedyś władza ludowa łatwo rozdawała przywileje w imię zachowania spokoju społecznego. Ale taka sytuacja jest nie do utrzymania.
Nie może być nastawienia typu: za 50 lat i tak mnie nie będzie, to co mnie to obchodzi. Każdy myśli: jeśli ja pójdę na emeryturę, to przecież od tego państwo nie zbiednieje. To prawda. Ale jeśli na emeryturę pójdą wszyscy, to oczywiście Polska zbiednieje. Dlaczego jak idę do kina, mając 55 lat, dostaję propozycję biletu dla seniora? Uznawanie za seniorów ludzi 55-letnich, a więc często u szczytu kariery zawodowej, jest kosztownym absurdem.
W krajach rozwiniętych widać wyraźny trend: przedłużać aktywność zawodową. Ale od ludzi to wymaga zmiany modelu kariery zawodowej. Na Zachodzie Europy rośnie mobilność zawodowa, ludzie w ciągu swojego życia mają wiele miejsc pracy, wiele zawodów. Ale by zwiększała się mobilność, musi zmienić się nastawienie, ludzie muszą cały czas podnosić swoje kwalifikacje, uczyć się. Muszą dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości ekonomicznej.
- Jeśli nie możemy korzystać z tego, że rośnie zatrudnienie, to musi rosnąć wydajność pracy. A wydajność zależy od tego, ile inwestujemy i jak innowacyjną gospodarkę mamy. Ale tu powstaje błędne koło. Bo by inwestycje rosły, musi być do nich odpowiedni klimat, czyli np. niskie podatki. Ale to stoi w sprzeczności z większymi wydatkami na świadczenia socjalne, które będą rosły z powodów demograficznych.
Z innowacjami w Polsce też na razie nie jest najlepiej. We wszystkich porównaniach międzynarodowych Polska wypada słabo. A popatrzmy na Finów. Ich system szkolnictwa, badań i rozwoju sprawia, że Finlandia jest krajem bardzo nowoczesnym. A co za tym idzie, ich wydajność pracy jest bardzo wysoka.
Jak innowacyjność bezpośrednio może się przełożyć na zniwelowanie problemów społecznych?
- Jeśli ludzie są bardziej wydajni, to nawet jeśli jest ich mniej, wytwarzają więcej. Tylko większa innowacyjność technologiczna i wyższa wydajność pracy może zrekompensować mniej rąk do pracy w przyszłości. I tym samym umożliwić dalszy wzrost poziomu życia.
Polaków w Polsce będzie coraz mniej. Ale przecież pracować u nas mogą też obcokrajowcy. Czemu nie otworzyć granic dla migracji, czy to nie rozwiązałoby problemów demograficznych?
- Do tej pory to głównie Polska wysyłała ludzi na emigrację. Chociaż mamy już mniejszość wietnamską czy ukraińską. Ale ten potencjał powoli się kończy. Ukraina pod względem demograficznym będzie jeszcze bardziej dotknięta niż Polska. Trudno więc oczekiwać, że będzie to nieskończone źródło tańszej siły roboczej.
Dużo młodych ludzi jest np. w Afryce. Ale to już region zupełnie inny kulturowo. Powstaje pytanie, na ile społeczeństwo polskie - do tej pory homogeniczne - jest w stanie przyjąć pracowników z innych kręgów kulturowych bez utraty spójności społecznej i bez towarzyszących temu napięć.
Podniesienie wieku emerytalnego czy wydajności pracy to recepty na katastrofę w przyszłości. A może po prostu rządy powinny zacząć myśleć długoterminowo i prowadzić już teraz rozsądną politykę budżetową?
- W Polsce mamy problem z myśleniem długookresowym. Bo my łatwo wpadamy w euforię, że jesteśmy jednym z najszybciej rosnących krajów. I od razu zaczyna się konsumowanie owoców wzrostu. Racjonalna polityka polega natomiast na oszczędzaniu w okresie dobrej koniunktury i na korzystaniu z oszczędności, kiedy gospodarka zwalnia.
Niestety, presja na to, żeby w okresie szybkiego wzrostu podnosić płace i świadczenia społeczne, jest bardzo duża i politykom trudno się jest jej oprzeć. Skutkiem tego jest jednak olbrzymi deficyt budżetowy i rosnący dług publiczny w okresie spowolnienia gospodarczego, które zawsze prędzej czy później następuje po okresie wzrostu. Dług publiczny, tak jak każdy dług, nie może rosnąć w nieskończoność i w jakimś momencie trzeba zacząć go spłacać. A to oznacza wzrost podatków lub zmniejszenie wydatków publicznych. W obu przypadkach tracą na tym ludzie.
Nadmierna konsumpcja obecnie dokonuje się zatem kosztem mniejszej konsumpcji w przyszłości. Za nasz rozbudzony apetyt konsumpcyjny zapłacą nasze dzieci i wnuki. To kolejny przykład międzypokoleniowej walki o podział dochodu. Z tym że w tym przypadku nie jest to prawdziwa walka, bo przyszłe pokolenia nie mają tu nic do powiedzenia. A zatem zbilansowany budżet i dług publiczny na niskim poziomie to właśnie przejaw myślenia długookresowego, takiego, które bierze pod uwagę dobrobyt naszych dzieci i wnuków.
*Jan Rutkowski - główny ekonomista Banku Światowego ds. społecznych w regionie Europy Środkowo-Wschodniej
Wednesday, November 11, 2009
Monday, September 28, 2009
Idę, będąc nieco grub
Gazeta Wyborcza (wywiad z Andrzejem Stasiukiem)
Dorota Wodecka: Ale ma pan tu trawę!
Andrzej Stasiuk: Że niby zapuszczone obejście? Przestało mi się chcieć kosić w tym roku. Bo widzę, że wszyscy faceci na kuli ziemskiej odpalają kosiarki i koszą tę trawę po to, żeby ona była krótka jak w Austrii. W przyszłym roku kupię sobie dwie owce. Owce w odróżnieniu od kóz nie niszczą krzewów, tylko strzygą trawę. A jesienią po prostu je zjem, bo lubię baraninę. I tak co roku. Mam taką ideę powrotu - będę miał kosiarkę owczą i będę ją zjadał jesienią.
A z sąsiadami jak pan żyje?
- Mamy wokół 17 hektarów, więc nie mamy sąsiadów. Ale we wsi to za wiejskiego matołka mnie mają. Co to nie sieje i nie zbiera, tylko książki pisze. Niepotrzebne rzeczy robi. Wyzwalam raczej czułość, może politowanie niż jakieś gorsze uczucia. Tak sobie wyobrażam. Nigdy mnie to zresztą nie interesowało specjalnie.
- Nie.
To skąd?
- Znikąd. Z przeszłości. Ze wszystkich jej składników. Ze wsi, podróży, rodziny, ludzi, kobiet. Nie jestem z miejsca. Tutaj tylko mieszkam, świat zza kuchennego stołu oglądam. Ale nie ukrywam swojej wielkiej, młodzieńczej miłości do tych stron.
A co znaczy, że jest pan wieśniakiem?
- Myślę poprzez wieś. Widzę poprzez wieś. Przez ten pejzaż. Miasto mi się wydaje w Polsce czymś umownym, wtórnym. Takim parkiem tematycznym pt. "Cywilizacja Europy Zachodniej". Nie mogę się pozbyć tego wrażenia. Z wyjątkiem Przemyśla, gdzie czas roztapia się i miesza ze światłem. Ostatnio wsiadłem w samochód i pojechałem tam. Myślałem o Schulzu. W tym świetle, w złuszczeniu murów, w meandrujących uliczkach jakby żywcem wlała się jego proza i tam zastygła.
Mówią w okolicy, że do ludzi to pan nie jest.
- Nie jestem fanem spotykania ludzi, nie czuję takiego zobowiązania. Filozofia spotkania nigdy do mnie nie przemawiała. Czasami przez tygodnie nie spotykam nikogo poza Moniką i Tośką.
Nie na darmo wyprowadziłem się tutaj. To nie jest fiu-bździu, że sobie chciałem pokowboić w Bieszczadach, tylko potrzebowałem samotności, żeby nie być rozpraszanym. Prawdziwa wolność jest samotnością. Bez poglądów, bez niczego. Pustka. I definiujesz swoją samotność wobec świata, wobec śmierci.
Ja to lubię, tak jak niektórzy spełniają się w nieustannym kontakcie, w życiu w centrum, w rozmowie. Rozumiem ich, ale wolę spotykać myśl drugiego człowieka w jego dziele niż osobiście, że się tak wyrażę. Znam więcej książek niż ludzi i jest mi z tym dobrze.
Ale pani tu o miłości przyjechała rozmawiać. I o kobietach. Ja nie wiem, czy jestem dobrym rozmówcą. Co to za facet?! 20 lat z jedną żoną, nie zdradza, nie pije tyle co kiedyś, nie ucieka z domu.
Przyznaję, dla niektórych dość niepopularne.
- Na ogół rzeczy popularne są do dupy. Z wyjątkiem samochodów.
Skąd pan wiedział, że ona jest tą właśnie?
- Tego się nigdy nie wie. To się okazuje. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ja mam duży niedowład autorefleksji, ale też nie spędza mi on snu z powiek.
Samotnik może dać szczęście kobiecie?
- Nie wiem. Jej trzeba pytać.
Nie wie pan, czy kobieta, z którą pan jest od 20 lat, jest szczęśliwa?!
- No, czasami mówi, że mnie kocha (śmiech). I uśmiecha się do mnie.
- Nie za często. Nie lubię ostentacji. Uczucia są po to, żeby je przeżywać, a nie gadać o nich.
Ale bardzo dużo rozmawiamy, choć kiedy milkniemy na pół godziny, Monika uważa, że rozmawiamy za mało. Z przerażeniem patrzę na ludzi, którzy żyją razem i nudzą się, i nie rozmawiają ze sobą całymi latami.
My z ulgą wracamy do swego towarzystwa, kiedy się gdzieś wynudzimy. Ani sekundy w życiu nie nudziłem się z Moniką. Jest we mnie ciekawość jej myśli, tego, co powie, ciekawość jej uczuć, jej życia. Jak gdzieś jadę i jej nie ma obok w samochodzie, to się czuję niepełny. Nie mam komu powiedzieć o tym, jak jest, co widzę. Bez niej jestem jak czegoś ćwierć albo pół.
Wszędzie razem w podróż?
- Zawsze! Pani myśli, że ja bym do Albanii pojechał? Ja?! Po co?! To ona to wymyśliła!
A pan podjął wyzwanie, by jej zaimponować?
- Prawie wszystko, co robię w życiu, robię ze świadomością, że ona będzie miała z tym kontakt, że będzie musiała się z tym zetknąć. Opanowałem trudną sztukę eseju. Ja, prostaczek z Beskidu Niskiego, napisałem "Tekturowy samolot", stricte intelektualną rzecz, po to, by zaimponować Monice. Pisałem w okresie wyjątkowego ożywienia intelektualnego. Monika pracowała wtedy nad doktoratem z tej swojej antropologii. Mieszkaliśmy w Czarnem, w chałupie bez prądu i całymi dniami, tygodniami mówiliśmy tylko o eseistyce antropologicznej. Nie miała z kim gadać, była skazana na moje partnerstwo intelektualne. I gdzieś na poboczu jej "Błazna, masek i metafor" powstawały moje eseje. Ale takie są przecież kulisy literatury (śmiech). Jak nie pieniądze, to miłość.
A przecież "forsa to gówno".
- Cofam to "gówno". Forsa to żywioł, nie ma się co oszukiwać. Tylko pięknoduchy mówią, że nie jest ważna, bo nie potrafią jej zarobić albo jej nie mają. Ale jak już mają, to zaczynają mówić, że jest fajna.
Fajna jest?
- Nigdy nie miałem pomysłu, żeby ją zarabiać. To się stało przy okazji.
Długie lata żyliśmy z Moniką w dość malowniczej nędzy. Przez całe miesiące nie oglądaliśmy gotówki. We wszystkich okolicznych sklepach mieliśmy pozaciągane długi na jedzenie. Raz na miesiąc listonosz przynosił przekaz z "Tygodnika Powszechnego" albo z "Gazety Wyborczej" i wtedy się je spłacało.
To była jednak malownicza nędza, którą romantycznie można wspominać. Nie miała wiele wspólnego z dotkliwością prawdziwej. Może czasami tylko, jak musieliśmy dzieci do szkoły wyprawić albo kiedy nie było na buty, a trzeba było jechać do większego miasta. Bo do Gorlic to się w gumofilcach jechało.
Byliśmy młodzi, mieliśmy mnóstwo zajęć, pisaliśmy książki, i ta nędza była niewygodą, ale też smakiem życia. Nigdy nie przyszedł Monice do głowy pomysł, że mam pójść do pracy i zarabiać pieniądze. Masz pisać - powtarzała. Nasza nędza była ceną wolności. Nie byliśmy w nią uwikłani, osadzeni, bez wyjścia. Nie wstawaliśmy, myśląc, że jesteśmy nędzarzami, i nie kładliśmy się spać z taką myślą. Ta bieda nie była też tak dotkliwa, bo świat nie atakował nas bogactwem i pokusą materialną.
Teraz ta dotkliwość jest większa?
- Tak, bo teraz część nie ma tej kasy, a kiedyś wszyscy nie mieli. Ale dziś w jej braku najbardziej boli, że nie można mieć tego całego gówna, którego ludzie tak naprawdę nie potrzebują. Że nie mogą mieć tej przysłowiowej plazmy.
W tym kraju nikt z głodu nie umiera, w jakichś Biedronkach żarcie jest tanie i tak naprawdę cierpienie nędzy czy biedy jest skłamane. Nie mówię o skrajnych przypadkach bezrobotnych, niezaradnych, wyrzuconych na margines, ale o powszechnym jej odczuwaniu.
Pan ma na zbytki?
- Przyznam, że z tą kasą jest kłopot. W kulturalnych rozmowach nie istnieje. Nawet ja się na tym łapię, że jak dupek się czuję, pytając, ile mi zapłacą za przyjazd na jakąś literacką imprezę. No ale to mi mija powoli.
Ja nie wiem, ile, gdzie i co mamy ani gdzie i ile zarabiam. Monika zajmuje się finansami. Nie mam nawyku myślenia o tym. Nigdy nie myślałem, a teraz jest na to za późno. Gdyby mi zabrakło kasy, to pewnie byłbym poirytowany, zacząłbym kombinować.
Na pewno jest lepiej, niż było. Mogę sobie do Stambułu pojechać samochodem. Ale poza podróżami na nic sobie nie pozwalam. I poza postawieniem szałasu ze starej chałupy, w którym pracuję. Mam też fioła na punkcie samochodów. Na szczęście w granicach rozsądku, chociaż czasami mnie ponosi.
Co takiego jest w prowadzeniu auta?
- Doświadczenie dotykalności fizycznej przestrzeni. Wrażenie, że można ją przechytrzyć, wyprzedzić.
A prędkość?
- Nie demonizujmy. Czasami jest fajnie szybko pojechać, ale w Polsce nie ma ani gdzie, ani nie ma partnerów do prędkości, bo wszyscy jeżdżą agresywnie. Ja chciałbym, żeby nikogo nie było na szosie poza mną. Prowadzenie auta daje głęboki kontakt z przestrzenią, to jest, że tak powiem, erotyczne doznanie obcowania z pejzażem.
Co innego jest spacerować po górach, a co innego pokonywać 300 km i widzieć jego zmienność. Jedziesz przez Nizinę Tracką i nagle Stambuł wyrasta jak z podziemi. Jak z tysiąca i jednej nocy. To daje samochód! To jedna z niewielu męskich rzeczy na tym świecie. Przyjemnie żyć w schyłku męskich wartości. Czas mężczyzn się kończy.
Smutno zabrzmiało.
- A dlaczego ma się nie skończyć? Z jakiego to powodu? Fajnie jest patrzeć, jak kobiety zajmują niezajmowane do tej pory rejony męskości. Mnie to ciekawi i bawi, bo jest to czasami śmieszne. Niech pani tak nie patrzy, nie bądźmy tacy poważni. Śmieszna jest kobieta w roli męskiej i mężczyzna w roli kobiecej. Z tą kobiecością jest teraz tak, że ona nie potrzebuje radykalnie odmiennych zachowań, ale próbuje udoskonalać albo modyfikować te męskie. Przyswajając je, odbierając je mężczyznom. Ograniczanie męskiej płci bardzo mnie ciekawi. A jeśli już coś mnie martwi naprawdę, to schyłek silnika benzynowego oraz wysokoprężnego (śmiech).
Gromadzi pan zużyte przedmioty?
- Gromadzę. Otaczam się śmieciami. Nigdy nie chciałem zbierać jakichś rzeczy wartościowych, tylko duperele. Mam 20 martwych myszek komputerowych i kilkanaście starych telefonów komórkowych. I całe mnóstwo biletów z różnych podróży. I pieniądze, z 40 kg bilonu z Europy Środkowo-Wschodniej. Może jestem śmieciarzem. Lubię mieć śmieci zamiast ludzi (śmiech).
No i jeszcze ciuchy z lumpeksów.
- Kupuję, bo są tanie. Kupujesz z dziesięć koszul, pierzesz raz na dwa tygodnie i możesz codziennie latem w białej koszuli chodzić. "Taksim" jest o handlowaniu używanymi rzeczami. To opowieść o przemianach cywilizacyjnych, o tym, że w tej jednorazowości niektóre rzeczy trwają dłużej. Komuś się jeszcze przydadzą. I po nas jeszcze można te szmaty używane wysłać do Afryki i tam też jeszcze są do noszenia. Szmateksy to wyłom w kulturze jednorazowej, gdzie trzeba użyć i wyrzucić.
Wzrusza mnie, kiedy kobiety biedne, ubogie mogą sobie kupić ciuch francuski. Patrzą pod światło, przymierzają, dotykają innego świata. Jak się kupuje skórę, to czuć jeszcze zapach perfum. Ubrania są wyprane, a w skórze część tej innej rzeczywistości przywędrowuje. Chciałem bohaterom dać jakieś zajęcie właściwe tej okolicy. A w Gorlicach, jak na całej prowincji, takich lumpeksów jest mnóstwo. W każdym mieście ze wszystkich rodzajów handlu najwięcej jest lumpeksów.
Ale w galeriach handlowych też by pan bohaterów znalazł.
- Rzeczywiście, oglądanie tych, którzy w tych galeriach żyją, jest niesamowite. Świat zawarty w blichtrze, w błyskotliwości, w zrobionym z dykty naśladownictwie luksusu. A na twarzach fajna wiejskość, chłopskość. I ręce spracowane. To spotkanie dwóch epok. Postmodernizmu i społeczeństwa przedprzemysłowego.
Ale chłopaki są najfajniejsze. Piętnasto-, szesnastoletnie z tymi biednymi, bladymi twarzami, z odstającymi uszami tak są na ciuchy napaleni! Już nie na samochody, tylko na ciuchy! I przymierzają jakąś fajansiarską bluzę, na którą człowiek by w życiu nie spojrzał, i okręcają się jak dziewczyny na wybiegu. To jest niesamowite. Pożądanie gówniażerii, takiego gówna, przedmiotów, no szmat. Facet nie może pożądać ubrania na miłość Pana Boga! Facet może pożądać kobiety i samochodu. I nie kosmetyków!
Ma pachnieć męskim potem?
- No powinien się kurwa mać myć, ale bez przesady. Są tacy, co mają 40 buteleczek na każdą godzinę dnia! No ludzie! Facet powinien się niszczyć, powinien się zużywać, ale to jest odbicie głębszego zjawiska, czyli obsesji nieśmiertelności. A facet akurat powinien być śmiertelny. Podejmować wyzwanie! Dlatego te Bałkany są takie pociągające, bo tam jeszcze nie jest wszystko na głowie postawione. Świat przypomina dawny świat, który był, jaki był, ale była w nim większa godność.
Ten dawny świat aż nadto pana otacza. W okolicy same cmentarze.
- Tylko w najbliższej okolicy z dziesięć ich będzie. Nie tylko łemkowskie, na pustkowiach, w dolinach, które kiedyś były wsiami. Jeszcze wojenne, austro-węgierskie z pierwszej wojny światowej, w sąsiedztwie cywilnych prawosławnych czy unickich.
Najbardziej lubię wojskowe. W końcu jestem chłopcem. Samochody i wojsko. Rzeź i szyk. Lubię sobie wyobrażać, jak było. Życie tych chłopaków mnie trochę ominęło. Na Bałkanach patrzę na ruiny. Tam krew jeszcze nie wyschła do końca. Nie ma się co oszukiwać. Jestem reprezentantem swojego gatunku płciowego.
A tutaj jeszcze te nazwiska: Antoni Nemec, Gottlieb Kyselka, Sandor Szasl, Petro Santoni, Tadeusz Michalski, Batto Delazer, Karel Swoboda, Alojz Nahaczek Unia Europejska.
Wszystkich staram się w okolicach Zaduszek odwiedzać. Zapalam lampki i odczytuję nazwiska. To taki mój prywatny obrządek, cicha msza i pogański zwyczaj palenia ognia zmarłym na początku listopada.
- Jest pan strażnikiem ich pamięci?
Nie chciałbym popaść w patos. Ale kiedy wymawiam ich imiona, to sprawiam, że nie umierają na zawsze. Tylko to mogę zrobić. Głośno wypowiedzieć dźwięki na zawsze powiązane z czyimś życiem.
A ile kosztuje miejsce na cmentarzu w Wołowcu?
- Za darmo mnie pochowają! Chodzimy z Moniką. Oglądamy. Jest takie piękne miejsce koło cerkwi, z szerokim widokiem, pod starymi drzewami. Tam chcę leżeć, w Wołowcu. Tam mi się bardziej podoba niż na wszystkich innych, które są w okolicy. Chyba można sobie wybrać cmentarz?
Nie przygnębia pana wpisana w pejzaż nieobecność?
- Nie. Wiedziałem, dokąd się sprowadzam. Ale, wie pani, nieobecność, pustka to jest szansa dla potencjalności. To trzeba nieustannie wypełniać wyobraźnią, myślą, własną obecnością. Literacko to jest niezłe miejsce. Poza tym pani zdaje się nie dostrzegać niezwykle intensywnej obecności natury, krajobrazu. To jest tak samo ważne jak ludzka obecność. Tutaj wszystko mam w odpowiednich dla siebie proporcjach. Obecność, nieobecność i pejzaż.
- Pan ma dość mówienia o podróżach.
Bo i też tak wiele ich nie było! "Jadąc do Babadag", która jest książką drogi, pisałem przez dziesięć lat. To, że o tym ględzę, że umiem zrobić z tego książkę, nie znaczy, że tak dużo podróżuję. To są po prostu wakacje z Moniką.
Spotkał pan na nich jakieś wyjątkowe kobiety?
- Mówiłem, nie szukam ludzi. Ani mężczyzn, ani kobiet. Ale pamiętam fascynujące spotkanie. W Albanii. Tamtejsze kobiety wyglądają bardzo wschodnio. Makijaż, biżuteria, obcasy, suknie. I nagle ona: jak wyzwolona kobieta Zachodu. Krótko ostrzyżona, w spodniach, w kamizelce z wieloma kieszeniami. To było niesamowite w kraju, gdzie kobieta jest kobietą z całym takim zamierzchłym sztafażem. Ona była zaprzysiężoną dziewicą, co pozwoliło jej być głową rodziny, żyć bez facetów i mieć prawo do wendety.
Była ładna?
- W kobiecy sposób nie, ale była bardzo interesująca. Miała taką albańską, wysmaganą, surową twarz.
A jakie kobiety są ładne?
- Kobiece. Duże. Nie znoszę chudych bab. Przecież cielesność nas w nich pociąga, ciepło, dotyk, a jak tu przytulić się do szkieletu?! Przepraszam, że tak mówię, ale współczesna kultura hodowli takich samych egzemplarzy to coś strasznego. Kobieta ma pierdolca, bo parę kilogramów więcej waży! To jest morderstwo na człowieku! Ludzie! Obsesja zdrowia i chudości! W Hamburgu poszedłem po południu na spacer do parku i myślałem, że mnie kurwa stratują. Nie było ani jednego spacerującego! Wszyscy w tych strojach, wszyscy chudzi jak kościotrupy i myślę: gdzie ja jestem!? Atak szkieletorów! A ja chciałem się przejść niespiesznie, wypiwszy piwo, będąc nieco grubym. Czułem się dyskryminowany. Poszedłem stamtąd. Dlaczego pani się śmieje?
Bo pan się naprawdę denerwuje.
- Bo to nie jest anegdota. To nieznośne uczucie, kiedy biegnie na ciebie tłum obsesjonatów, że będą nieśmiertelni! Że śmierć zabiegają. Ohydne. Gatunek ludzki całkiem stracił godność. Z własną śmiercią sobie nie potrafi poradzić. Zabiegać ją chce. Koniec człowieczeństwa! Ta cywilizacja zdrowia oraz nieśmiertelności jest cywilizacją śmierci. Bo nie potrafi podjąć wyzwania, nie potrafi podjąć tego ludzkiego wysiłku i spotkać się z prawdziwym przeznaczeniem. Zabiegamy się. A potem botoks sobie wstrzykniemy, kupimy nerkę od rozstrzelanego Chińczyka i wszczepimy. Nie ma heroizmu, nie ma ludzkiego losu, wszystko jest skłamane. Brniemy w totalne zafałszowanie.
Cała kultura współczesna, popkultura też jest falsyfikowana, zbudowana na wartościach nieistniejących. Nie ma pomagać w egzystencji, nie ma nas określać, tylko jest wampiryczną instytucją, która wysysa z nas energię, by sama mogła zarabiać, powielać się, regenerować. Żeby istniała jako zombi.
Nie znoszę nieautentyczności. I udawactwa, zwłaszcza kogoś mądrzejszego. To w dzisiejszych czasach staroświeckie podejście, bo udajemy bez przerwy. Ale stoi za nim niechęć do współczesności, która jest cywilizacją podróbek. I do kłamstwa, którego tyle jest w języku, w mowie, które nie jest lingwistycznym kłamstwem, tylko kłamstwem istnienia.
Są zjawiska kompletnie skłamane, co do których mam pewność, że mogłoby ich nie być i światu by się nic nie stało.
Kim pan pogardza?
- Ludźmi głupimi i pewnymi siebie, bo czasami nie ma na nich innego sposobu niż pogarda. Zwłaszcza na głupich, pewnych siebie i posiadających coś w rodzaju władzy. Politykami najczęściej zdarza mi się gardzić. Nie potrafię się oprzeć temu niechrześcijańskiemu uczuciu, wiem, że jest paskudne i brzydkie. Przepraszam. Poprawię się. Od pół roku nie kupuję gazet, więc problem umrze wkrótce śmiercią naturalną. W realu raczej nie spotykam podobnych okazów.
Co jest w życiu ważne?
- Szczegóły. Detale. Prostota. Ta uczuć, krajobrazu, czynności. Spokój.
No i żeby ze stosunkowo niskim poziomem żalu odchodzić. Wiadomo, że zawsze będziemy odchodzili niepogodzeni, ale chciałbym powiedzieć: no, okejos, Panie Boże, w miarę było. Chodźmy.
Ważne jest, żeby wykorzystać, co się dostało, nie przepieprzyć tego. Nic więcej nie dostaniemy. A w ogóle, o co pani mnie pyta?! Ja muszę rynny kupić! Tata mnie odwiedził i muszę z nim pojechać na Słowację! Chcę mu pokazać Spiski Hrad, największe ruiny w tej części Europy.
A co ważniejsze? Rozum czy intuicja?
- Intuicja. Jest ważniejsza niż racjonalizm, namysł, rozsądek. Od tego to Monika jest. Chociaż też ma wyostrzoną intuicję, ale znacznie lepiej myśli ode mnie. Pogodziłem się z tym i cała rodzina też, że jak idzie o myślenie, o dyskurs to do Moniki z tym. Intuicja jest dla mnie ważniejsza w pisaniu i w życiu. Nie zacznę działać racjonalnie, w jakimś kartezjańskim rozumieniu. Mam niedowład prawej półkuli związanej z racjonalnym myśleniem. Gubię się po prostu, jestem bezradny. W tym względzie również nasze małżeństwo jest dosyć udane.
Bez względu na niedowład te pana dziewczyny podziwiają pana.
- Wyobraża sobie pani faceta bez podziwu kobiet?! On z nimi przebywa po to, by go podziwiały, co one robią świadomie, z rozmysłem i wyrachowaniem (śmiech). Mam nadzieję, że mnie podziwiają. Ale ja też mam permanentny podziw do ich obecności.
Czasami serce mnie boli, że Tośka już się oddala. Za jakiś czas będzie przez ramię zerkała, jak się starzeję i gdzieś znikam.
Boi się pan o nią?
- Pewnie, że się boję, ale nie mogę ochronić jej ani przed bólem, ani przed smutkiem.
Chciałbym, by nie spotkało jej czyjeś wyrafinowane, świadome okrucieństwo, bo może go nie rozpoznać. I żeby była szczęśliwa, i żyła mocno.
Boję się, ale mówię sobie: tak ma być. Trzeba ją w to życie wyekspediować i gdzieś z daleka czuwać. Musi stwardnieć, nabrać siły. Kiedy Tośka prowadzi samochód, Monika napomina ją, by jechała wolniej. Ja odwrotnie: jest długa prosta, jedziesz! Ach, zresztą Tośka ma waleczne serce
Co to znaczy żyć mocno?
- Doświadczyć całego swojego potencjału: duchowego, intelektualnego, uczuciowego. I spotkać kogoś, kto to jeszcze potrafi uwolnić. I nie przegapić.
Pamięta pan, jak się urodziła?
- Pamiętam. Monika była w szpitalu, a ja trochę świętowałem awansem i gdy wróciłem, sąsiad mi powiedział. Nie było wtedy rozbudowanej sieci telekomunikacyjnej.
Czułem i grozę, i szczęście, i dramat. Czy to już koniec wakacji? Już nie będzie tak, jak było kiedyś? A potem świat zmienił się radykalnie. Zrobił się i ciaśniejszy, bo nie było w nim już takiej swobody dzikiej, a jednocześnie większy. Bo patrzyłem, a przynajmniej próbowałem patrzeć na ten świat oczami dziecka.
Pan się wzrusza.
- Przypominam sobie to wszystko. To małe zwierzątko, pełzające, które niemal nie wiadomo czym było przez pierwszy miesiąc. Facet nie jest matką, nie nosił tego, nie przyzwyczaił się, musi się nauczyć.
A kiedy już się pan nauczył, to ona się oddala. Wzruszający tekst pan o tym w "Fado" napisał.
- Może jej się kiedyś spodoba? Dla ojca córka to jest szczęście. Podejrzewam, że chłopak zawsze będzie chłopakiem, zawsze będzie facetem, a córka kwitnie, zmienia się. Chłopak to tylko chłopak, a córka poza wszystkim jest jeszcze piękna. Ale nie będę więcej o tym mówił, bo pewnie przeczyta.
Ma pan w sobie ojcowską zaborczość?
- Bardzo się przed tym pilnowałem. Nie lubię, gdy ktoś wchodzi nieproszony w moje życie, więc starałem się tego nie robić komuś bliskiemu. Po prostu.
Zabieraliście ją w podróże?
- Gdy była mniejsza, to się oczywiście nudziła z nami, jak ten pakunek wrzucony na tył auta. Ciągle pytała: Kiedy dojedziemy? Potem miała swoje intensywne życie, ale ostatnio napomyka, że by z nami pojechała. Może na Ukrainę? Otwarta sprawa. A ona ma tyle spraw, tylu przyjaciół, z którymi gdzieś coś trzeba, że starzy są na dalszym planie. Była ostatnio z kumplem w Rumunii i po tygodniu wróciła zrumunizowana. Byłem właściwie szczęśliwy, kiedy powiedziała z zachwytem: Tata, jaki kraj!
Dlatego, że czuje jak pan?
- Tak. Rumunia to wspaniały kraj. Jego powierzchnia, skóra, jego postać są przecudownie ukształtowane. To bajka pejzażowo-geograficzna. Poza tym jest hiperpopierdolona w zagubieniu między barbarią a zakorzenionym mitem rzymskości. Jak się tam wjeżdża, widać takie przemieszanie materii, takie wysokie z niskim się miesza, przekleństwo ze świętością, czarny industrial z taką przyrodą, że łeb urywa. To jest cudowny kraj do medytacji o narodach z niewyraźną tożsamością. Cieszę się, że moja córka załapuje się na to. Że ma podobną wrażliwość. Fajnie, że czuje podobnie.
Była pani w Rumunii?
Jako dziecko. Pamiętam pola kukurydzy i smak mocnej czarnej kawy.
- To proszę brać furę i jechać. Cztery godziny stąd i Rumunia. Czemu nie?
Tak po prostu, nagle?
- A, co? Przez Serbię na przykład.
28 września nakładem wydawnictwa Czarne ukaże się nowa powieść Andrzeja Stasiuka "Taksim"
Dorota Wodecka: Ale ma pan tu trawę!
Andrzej Stasiuk: Że niby zapuszczone obejście? Przestało mi się chcieć kosić w tym roku. Bo widzę, że wszyscy faceci na kuli ziemskiej odpalają kosiarki i koszą tę trawę po to, żeby ona była krótka jak w Austrii. W przyszłym roku kupię sobie dwie owce. Owce w odróżnieniu od kóz nie niszczą krzewów, tylko strzygą trawę. A jesienią po prostu je zjem, bo lubię baraninę. I tak co roku. Mam taką ideę powrotu - będę miał kosiarkę owczą i będę ją zjadał jesienią.
A z sąsiadami jak pan żyje?
- Mamy wokół 17 hektarów, więc nie mamy sąsiadów. Ale we wsi to za wiejskiego matołka mnie mają. Co to nie sieje i nie zbiera, tylko książki pisze. Niepotrzebne rzeczy robi. Wyzwalam raczej czułość, może politowanie niż jakieś gorsze uczucia. Tak sobie wyobrażam. Nigdy mnie to zresztą nie interesowało specjalnie.
- Nie.
To skąd?
- Znikąd. Z przeszłości. Ze wszystkich jej składników. Ze wsi, podróży, rodziny, ludzi, kobiet. Nie jestem z miejsca. Tutaj tylko mieszkam, świat zza kuchennego stołu oglądam. Ale nie ukrywam swojej wielkiej, młodzieńczej miłości do tych stron.
A co znaczy, że jest pan wieśniakiem?
- Myślę poprzez wieś. Widzę poprzez wieś. Przez ten pejzaż. Miasto mi się wydaje w Polsce czymś umownym, wtórnym. Takim parkiem tematycznym pt. "Cywilizacja Europy Zachodniej". Nie mogę się pozbyć tego wrażenia. Z wyjątkiem Przemyśla, gdzie czas roztapia się i miesza ze światłem. Ostatnio wsiadłem w samochód i pojechałem tam. Myślałem o Schulzu. W tym świetle, w złuszczeniu murów, w meandrujących uliczkach jakby żywcem wlała się jego proza i tam zastygła.
Mówią w okolicy, że do ludzi to pan nie jest.
- Nie jestem fanem spotykania ludzi, nie czuję takiego zobowiązania. Filozofia spotkania nigdy do mnie nie przemawiała. Czasami przez tygodnie nie spotykam nikogo poza Moniką i Tośką.
Nie na darmo wyprowadziłem się tutaj. To nie jest fiu-bździu, że sobie chciałem pokowboić w Bieszczadach, tylko potrzebowałem samotności, żeby nie być rozpraszanym. Prawdziwa wolność jest samotnością. Bez poglądów, bez niczego. Pustka. I definiujesz swoją samotność wobec świata, wobec śmierci.
Ja to lubię, tak jak niektórzy spełniają się w nieustannym kontakcie, w życiu w centrum, w rozmowie. Rozumiem ich, ale wolę spotykać myśl drugiego człowieka w jego dziele niż osobiście, że się tak wyrażę. Znam więcej książek niż ludzi i jest mi z tym dobrze.
Ale pani tu o miłości przyjechała rozmawiać. I o kobietach. Ja nie wiem, czy jestem dobrym rozmówcą. Co to za facet?! 20 lat z jedną żoną, nie zdradza, nie pije tyle co kiedyś, nie ucieka z domu.
Przyznaję, dla niektórych dość niepopularne.
- Na ogół rzeczy popularne są do dupy. Z wyjątkiem samochodów.
Skąd pan wiedział, że ona jest tą właśnie?
- Tego się nigdy nie wie. To się okazuje. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ja mam duży niedowład autorefleksji, ale też nie spędza mi on snu z powiek.
Samotnik może dać szczęście kobiecie?
- Nie wiem. Jej trzeba pytać.
Nie wie pan, czy kobieta, z którą pan jest od 20 lat, jest szczęśliwa?!
- No, czasami mówi, że mnie kocha (śmiech). I uśmiecha się do mnie.
- Nie za często. Nie lubię ostentacji. Uczucia są po to, żeby je przeżywać, a nie gadać o nich.
Ale bardzo dużo rozmawiamy, choć kiedy milkniemy na pół godziny, Monika uważa, że rozmawiamy za mało. Z przerażeniem patrzę na ludzi, którzy żyją razem i nudzą się, i nie rozmawiają ze sobą całymi latami.
My z ulgą wracamy do swego towarzystwa, kiedy się gdzieś wynudzimy. Ani sekundy w życiu nie nudziłem się z Moniką. Jest we mnie ciekawość jej myśli, tego, co powie, ciekawość jej uczuć, jej życia. Jak gdzieś jadę i jej nie ma obok w samochodzie, to się czuję niepełny. Nie mam komu powiedzieć o tym, jak jest, co widzę. Bez niej jestem jak czegoś ćwierć albo pół.
Wszędzie razem w podróż?
- Zawsze! Pani myśli, że ja bym do Albanii pojechał? Ja?! Po co?! To ona to wymyśliła!
A pan podjął wyzwanie, by jej zaimponować?
- Prawie wszystko, co robię w życiu, robię ze świadomością, że ona będzie miała z tym kontakt, że będzie musiała się z tym zetknąć. Opanowałem trudną sztukę eseju. Ja, prostaczek z Beskidu Niskiego, napisałem "Tekturowy samolot", stricte intelektualną rzecz, po to, by zaimponować Monice. Pisałem w okresie wyjątkowego ożywienia intelektualnego. Monika pracowała wtedy nad doktoratem z tej swojej antropologii. Mieszkaliśmy w Czarnem, w chałupie bez prądu i całymi dniami, tygodniami mówiliśmy tylko o eseistyce antropologicznej. Nie miała z kim gadać, była skazana na moje partnerstwo intelektualne. I gdzieś na poboczu jej "Błazna, masek i metafor" powstawały moje eseje. Ale takie są przecież kulisy literatury (śmiech). Jak nie pieniądze, to miłość.
A przecież "forsa to gówno".
- Cofam to "gówno". Forsa to żywioł, nie ma się co oszukiwać. Tylko pięknoduchy mówią, że nie jest ważna, bo nie potrafią jej zarobić albo jej nie mają. Ale jak już mają, to zaczynają mówić, że jest fajna.
Fajna jest?
- Nigdy nie miałem pomysłu, żeby ją zarabiać. To się stało przy okazji.
Długie lata żyliśmy z Moniką w dość malowniczej nędzy. Przez całe miesiące nie oglądaliśmy gotówki. We wszystkich okolicznych sklepach mieliśmy pozaciągane długi na jedzenie. Raz na miesiąc listonosz przynosił przekaz z "Tygodnika Powszechnego" albo z "Gazety Wyborczej" i wtedy się je spłacało.
To była jednak malownicza nędza, którą romantycznie można wspominać. Nie miała wiele wspólnego z dotkliwością prawdziwej. Może czasami tylko, jak musieliśmy dzieci do szkoły wyprawić albo kiedy nie było na buty, a trzeba było jechać do większego miasta. Bo do Gorlic to się w gumofilcach jechało.
Byliśmy młodzi, mieliśmy mnóstwo zajęć, pisaliśmy książki, i ta nędza była niewygodą, ale też smakiem życia. Nigdy nie przyszedł Monice do głowy pomysł, że mam pójść do pracy i zarabiać pieniądze. Masz pisać - powtarzała. Nasza nędza była ceną wolności. Nie byliśmy w nią uwikłani, osadzeni, bez wyjścia. Nie wstawaliśmy, myśląc, że jesteśmy nędzarzami, i nie kładliśmy się spać z taką myślą. Ta bieda nie była też tak dotkliwa, bo świat nie atakował nas bogactwem i pokusą materialną.
Teraz ta dotkliwość jest większa?
- Tak, bo teraz część nie ma tej kasy, a kiedyś wszyscy nie mieli. Ale dziś w jej braku najbardziej boli, że nie można mieć tego całego gówna, którego ludzie tak naprawdę nie potrzebują. Że nie mogą mieć tej przysłowiowej plazmy.
W tym kraju nikt z głodu nie umiera, w jakichś Biedronkach żarcie jest tanie i tak naprawdę cierpienie nędzy czy biedy jest skłamane. Nie mówię o skrajnych przypadkach bezrobotnych, niezaradnych, wyrzuconych na margines, ale o powszechnym jej odczuwaniu.
Pan ma na zbytki?
- Przyznam, że z tą kasą jest kłopot. W kulturalnych rozmowach nie istnieje. Nawet ja się na tym łapię, że jak dupek się czuję, pytając, ile mi zapłacą za przyjazd na jakąś literacką imprezę. No ale to mi mija powoli.
Ja nie wiem, ile, gdzie i co mamy ani gdzie i ile zarabiam. Monika zajmuje się finansami. Nie mam nawyku myślenia o tym. Nigdy nie myślałem, a teraz jest na to za późno. Gdyby mi zabrakło kasy, to pewnie byłbym poirytowany, zacząłbym kombinować.
Na pewno jest lepiej, niż było. Mogę sobie do Stambułu pojechać samochodem. Ale poza podróżami na nic sobie nie pozwalam. I poza postawieniem szałasu ze starej chałupy, w którym pracuję. Mam też fioła na punkcie samochodów. Na szczęście w granicach rozsądku, chociaż czasami mnie ponosi.
Co takiego jest w prowadzeniu auta?
- Doświadczenie dotykalności fizycznej przestrzeni. Wrażenie, że można ją przechytrzyć, wyprzedzić.
A prędkość?
- Nie demonizujmy. Czasami jest fajnie szybko pojechać, ale w Polsce nie ma ani gdzie, ani nie ma partnerów do prędkości, bo wszyscy jeżdżą agresywnie. Ja chciałbym, żeby nikogo nie było na szosie poza mną. Prowadzenie auta daje głęboki kontakt z przestrzenią, to jest, że tak powiem, erotyczne doznanie obcowania z pejzażem.
Co innego jest spacerować po górach, a co innego pokonywać 300 km i widzieć jego zmienność. Jedziesz przez Nizinę Tracką i nagle Stambuł wyrasta jak z podziemi. Jak z tysiąca i jednej nocy. To daje samochód! To jedna z niewielu męskich rzeczy na tym świecie. Przyjemnie żyć w schyłku męskich wartości. Czas mężczyzn się kończy.
Smutno zabrzmiało.
- A dlaczego ma się nie skończyć? Z jakiego to powodu? Fajnie jest patrzeć, jak kobiety zajmują niezajmowane do tej pory rejony męskości. Mnie to ciekawi i bawi, bo jest to czasami śmieszne. Niech pani tak nie patrzy, nie bądźmy tacy poważni. Śmieszna jest kobieta w roli męskiej i mężczyzna w roli kobiecej. Z tą kobiecością jest teraz tak, że ona nie potrzebuje radykalnie odmiennych zachowań, ale próbuje udoskonalać albo modyfikować te męskie. Przyswajając je, odbierając je mężczyznom. Ograniczanie męskiej płci bardzo mnie ciekawi. A jeśli już coś mnie martwi naprawdę, to schyłek silnika benzynowego oraz wysokoprężnego (śmiech).
Gromadzi pan zużyte przedmioty?
- Gromadzę. Otaczam się śmieciami. Nigdy nie chciałem zbierać jakichś rzeczy wartościowych, tylko duperele. Mam 20 martwych myszek komputerowych i kilkanaście starych telefonów komórkowych. I całe mnóstwo biletów z różnych podróży. I pieniądze, z 40 kg bilonu z Europy Środkowo-Wschodniej. Może jestem śmieciarzem. Lubię mieć śmieci zamiast ludzi (śmiech).
No i jeszcze ciuchy z lumpeksów.
- Kupuję, bo są tanie. Kupujesz z dziesięć koszul, pierzesz raz na dwa tygodnie i możesz codziennie latem w białej koszuli chodzić. "Taksim" jest o handlowaniu używanymi rzeczami. To opowieść o przemianach cywilizacyjnych, o tym, że w tej jednorazowości niektóre rzeczy trwają dłużej. Komuś się jeszcze przydadzą. I po nas jeszcze można te szmaty używane wysłać do Afryki i tam też jeszcze są do noszenia. Szmateksy to wyłom w kulturze jednorazowej, gdzie trzeba użyć i wyrzucić.
Wzrusza mnie, kiedy kobiety biedne, ubogie mogą sobie kupić ciuch francuski. Patrzą pod światło, przymierzają, dotykają innego świata. Jak się kupuje skórę, to czuć jeszcze zapach perfum. Ubrania są wyprane, a w skórze część tej innej rzeczywistości przywędrowuje. Chciałem bohaterom dać jakieś zajęcie właściwe tej okolicy. A w Gorlicach, jak na całej prowincji, takich lumpeksów jest mnóstwo. W każdym mieście ze wszystkich rodzajów handlu najwięcej jest lumpeksów.
Ale w galeriach handlowych też by pan bohaterów znalazł.
- Rzeczywiście, oglądanie tych, którzy w tych galeriach żyją, jest niesamowite. Świat zawarty w blichtrze, w błyskotliwości, w zrobionym z dykty naśladownictwie luksusu. A na twarzach fajna wiejskość, chłopskość. I ręce spracowane. To spotkanie dwóch epok. Postmodernizmu i społeczeństwa przedprzemysłowego.
Ale chłopaki są najfajniejsze. Piętnasto-, szesnastoletnie z tymi biednymi, bladymi twarzami, z odstającymi uszami tak są na ciuchy napaleni! Już nie na samochody, tylko na ciuchy! I przymierzają jakąś fajansiarską bluzę, na którą człowiek by w życiu nie spojrzał, i okręcają się jak dziewczyny na wybiegu. To jest niesamowite. Pożądanie gówniażerii, takiego gówna, przedmiotów, no szmat. Facet nie może pożądać ubrania na miłość Pana Boga! Facet może pożądać kobiety i samochodu. I nie kosmetyków!
Ma pachnieć męskim potem?
- No powinien się kurwa mać myć, ale bez przesady. Są tacy, co mają 40 buteleczek na każdą godzinę dnia! No ludzie! Facet powinien się niszczyć, powinien się zużywać, ale to jest odbicie głębszego zjawiska, czyli obsesji nieśmiertelności. A facet akurat powinien być śmiertelny. Podejmować wyzwanie! Dlatego te Bałkany są takie pociągające, bo tam jeszcze nie jest wszystko na głowie postawione. Świat przypomina dawny świat, który był, jaki był, ale była w nim większa godność.
Ten dawny świat aż nadto pana otacza. W okolicy same cmentarze.
- Tylko w najbliższej okolicy z dziesięć ich będzie. Nie tylko łemkowskie, na pustkowiach, w dolinach, które kiedyś były wsiami. Jeszcze wojenne, austro-węgierskie z pierwszej wojny światowej, w sąsiedztwie cywilnych prawosławnych czy unickich.
Najbardziej lubię wojskowe. W końcu jestem chłopcem. Samochody i wojsko. Rzeź i szyk. Lubię sobie wyobrażać, jak było. Życie tych chłopaków mnie trochę ominęło. Na Bałkanach patrzę na ruiny. Tam krew jeszcze nie wyschła do końca. Nie ma się co oszukiwać. Jestem reprezentantem swojego gatunku płciowego.
A tutaj jeszcze te nazwiska: Antoni Nemec, Gottlieb Kyselka, Sandor Szasl, Petro Santoni, Tadeusz Michalski, Batto Delazer, Karel Swoboda, Alojz Nahaczek Unia Europejska.
Wszystkich staram się w okolicach Zaduszek odwiedzać. Zapalam lampki i odczytuję nazwiska. To taki mój prywatny obrządek, cicha msza i pogański zwyczaj palenia ognia zmarłym na początku listopada.
- Jest pan strażnikiem ich pamięci?
Nie chciałbym popaść w patos. Ale kiedy wymawiam ich imiona, to sprawiam, że nie umierają na zawsze. Tylko to mogę zrobić. Głośno wypowiedzieć dźwięki na zawsze powiązane z czyimś życiem.
A ile kosztuje miejsce na cmentarzu w Wołowcu?
- Za darmo mnie pochowają! Chodzimy z Moniką. Oglądamy. Jest takie piękne miejsce koło cerkwi, z szerokim widokiem, pod starymi drzewami. Tam chcę leżeć, w Wołowcu. Tam mi się bardziej podoba niż na wszystkich innych, które są w okolicy. Chyba można sobie wybrać cmentarz?
Nie przygnębia pana wpisana w pejzaż nieobecność?
- Nie. Wiedziałem, dokąd się sprowadzam. Ale, wie pani, nieobecność, pustka to jest szansa dla potencjalności. To trzeba nieustannie wypełniać wyobraźnią, myślą, własną obecnością. Literacko to jest niezłe miejsce. Poza tym pani zdaje się nie dostrzegać niezwykle intensywnej obecności natury, krajobrazu. To jest tak samo ważne jak ludzka obecność. Tutaj wszystko mam w odpowiednich dla siebie proporcjach. Obecność, nieobecność i pejzaż.
- Pan ma dość mówienia o podróżach.
Bo i też tak wiele ich nie było! "Jadąc do Babadag", która jest książką drogi, pisałem przez dziesięć lat. To, że o tym ględzę, że umiem zrobić z tego książkę, nie znaczy, że tak dużo podróżuję. To są po prostu wakacje z Moniką.
Spotkał pan na nich jakieś wyjątkowe kobiety?
- Mówiłem, nie szukam ludzi. Ani mężczyzn, ani kobiet. Ale pamiętam fascynujące spotkanie. W Albanii. Tamtejsze kobiety wyglądają bardzo wschodnio. Makijaż, biżuteria, obcasy, suknie. I nagle ona: jak wyzwolona kobieta Zachodu. Krótko ostrzyżona, w spodniach, w kamizelce z wieloma kieszeniami. To było niesamowite w kraju, gdzie kobieta jest kobietą z całym takim zamierzchłym sztafażem. Ona była zaprzysiężoną dziewicą, co pozwoliło jej być głową rodziny, żyć bez facetów i mieć prawo do wendety.
Była ładna?
- W kobiecy sposób nie, ale była bardzo interesująca. Miała taką albańską, wysmaganą, surową twarz.
A jakie kobiety są ładne?
- Kobiece. Duże. Nie znoszę chudych bab. Przecież cielesność nas w nich pociąga, ciepło, dotyk, a jak tu przytulić się do szkieletu?! Przepraszam, że tak mówię, ale współczesna kultura hodowli takich samych egzemplarzy to coś strasznego. Kobieta ma pierdolca, bo parę kilogramów więcej waży! To jest morderstwo na człowieku! Ludzie! Obsesja zdrowia i chudości! W Hamburgu poszedłem po południu na spacer do parku i myślałem, że mnie kurwa stratują. Nie było ani jednego spacerującego! Wszyscy w tych strojach, wszyscy chudzi jak kościotrupy i myślę: gdzie ja jestem!? Atak szkieletorów! A ja chciałem się przejść niespiesznie, wypiwszy piwo, będąc nieco grubym. Czułem się dyskryminowany. Poszedłem stamtąd. Dlaczego pani się śmieje?
Bo pan się naprawdę denerwuje.
- Bo to nie jest anegdota. To nieznośne uczucie, kiedy biegnie na ciebie tłum obsesjonatów, że będą nieśmiertelni! Że śmierć zabiegają. Ohydne. Gatunek ludzki całkiem stracił godność. Z własną śmiercią sobie nie potrafi poradzić. Zabiegać ją chce. Koniec człowieczeństwa! Ta cywilizacja zdrowia oraz nieśmiertelności jest cywilizacją śmierci. Bo nie potrafi podjąć wyzwania, nie potrafi podjąć tego ludzkiego wysiłku i spotkać się z prawdziwym przeznaczeniem. Zabiegamy się. A potem botoks sobie wstrzykniemy, kupimy nerkę od rozstrzelanego Chińczyka i wszczepimy. Nie ma heroizmu, nie ma ludzkiego losu, wszystko jest skłamane. Brniemy w totalne zafałszowanie.
Cała kultura współczesna, popkultura też jest falsyfikowana, zbudowana na wartościach nieistniejących. Nie ma pomagać w egzystencji, nie ma nas określać, tylko jest wampiryczną instytucją, która wysysa z nas energię, by sama mogła zarabiać, powielać się, regenerować. Żeby istniała jako zombi.
Nie znoszę nieautentyczności. I udawactwa, zwłaszcza kogoś mądrzejszego. To w dzisiejszych czasach staroświeckie podejście, bo udajemy bez przerwy. Ale stoi za nim niechęć do współczesności, która jest cywilizacją podróbek. I do kłamstwa, którego tyle jest w języku, w mowie, które nie jest lingwistycznym kłamstwem, tylko kłamstwem istnienia.
Są zjawiska kompletnie skłamane, co do których mam pewność, że mogłoby ich nie być i światu by się nic nie stało.
Kim pan pogardza?
- Ludźmi głupimi i pewnymi siebie, bo czasami nie ma na nich innego sposobu niż pogarda. Zwłaszcza na głupich, pewnych siebie i posiadających coś w rodzaju władzy. Politykami najczęściej zdarza mi się gardzić. Nie potrafię się oprzeć temu niechrześcijańskiemu uczuciu, wiem, że jest paskudne i brzydkie. Przepraszam. Poprawię się. Od pół roku nie kupuję gazet, więc problem umrze wkrótce śmiercią naturalną. W realu raczej nie spotykam podobnych okazów.
Co jest w życiu ważne?
- Szczegóły. Detale. Prostota. Ta uczuć, krajobrazu, czynności. Spokój.
No i żeby ze stosunkowo niskim poziomem żalu odchodzić. Wiadomo, że zawsze będziemy odchodzili niepogodzeni, ale chciałbym powiedzieć: no, okejos, Panie Boże, w miarę było. Chodźmy.
Ważne jest, żeby wykorzystać, co się dostało, nie przepieprzyć tego. Nic więcej nie dostaniemy. A w ogóle, o co pani mnie pyta?! Ja muszę rynny kupić! Tata mnie odwiedził i muszę z nim pojechać na Słowację! Chcę mu pokazać Spiski Hrad, największe ruiny w tej części Europy.
A co ważniejsze? Rozum czy intuicja?
- Intuicja. Jest ważniejsza niż racjonalizm, namysł, rozsądek. Od tego to Monika jest. Chociaż też ma wyostrzoną intuicję, ale znacznie lepiej myśli ode mnie. Pogodziłem się z tym i cała rodzina też, że jak idzie o myślenie, o dyskurs to do Moniki z tym. Intuicja jest dla mnie ważniejsza w pisaniu i w życiu. Nie zacznę działać racjonalnie, w jakimś kartezjańskim rozumieniu. Mam niedowład prawej półkuli związanej z racjonalnym myśleniem. Gubię się po prostu, jestem bezradny. W tym względzie również nasze małżeństwo jest dosyć udane.
Bez względu na niedowład te pana dziewczyny podziwiają pana.
- Wyobraża sobie pani faceta bez podziwu kobiet?! On z nimi przebywa po to, by go podziwiały, co one robią świadomie, z rozmysłem i wyrachowaniem (śmiech). Mam nadzieję, że mnie podziwiają. Ale ja też mam permanentny podziw do ich obecności.
Czasami serce mnie boli, że Tośka już się oddala. Za jakiś czas będzie przez ramię zerkała, jak się starzeję i gdzieś znikam.
Boi się pan o nią?
- Pewnie, że się boję, ale nie mogę ochronić jej ani przed bólem, ani przed smutkiem.
Chciałbym, by nie spotkało jej czyjeś wyrafinowane, świadome okrucieństwo, bo może go nie rozpoznać. I żeby była szczęśliwa, i żyła mocno.
Boję się, ale mówię sobie: tak ma być. Trzeba ją w to życie wyekspediować i gdzieś z daleka czuwać. Musi stwardnieć, nabrać siły. Kiedy Tośka prowadzi samochód, Monika napomina ją, by jechała wolniej. Ja odwrotnie: jest długa prosta, jedziesz! Ach, zresztą Tośka ma waleczne serce
Co to znaczy żyć mocno?
- Doświadczyć całego swojego potencjału: duchowego, intelektualnego, uczuciowego. I spotkać kogoś, kto to jeszcze potrafi uwolnić. I nie przegapić.
Pamięta pan, jak się urodziła?
- Pamiętam. Monika była w szpitalu, a ja trochę świętowałem awansem i gdy wróciłem, sąsiad mi powiedział. Nie było wtedy rozbudowanej sieci telekomunikacyjnej.
Czułem i grozę, i szczęście, i dramat. Czy to już koniec wakacji? Już nie będzie tak, jak było kiedyś? A potem świat zmienił się radykalnie. Zrobił się i ciaśniejszy, bo nie było w nim już takiej swobody dzikiej, a jednocześnie większy. Bo patrzyłem, a przynajmniej próbowałem patrzeć na ten świat oczami dziecka.
Pan się wzrusza.
- Przypominam sobie to wszystko. To małe zwierzątko, pełzające, które niemal nie wiadomo czym było przez pierwszy miesiąc. Facet nie jest matką, nie nosił tego, nie przyzwyczaił się, musi się nauczyć.
A kiedy już się pan nauczył, to ona się oddala. Wzruszający tekst pan o tym w "Fado" napisał.
- Może jej się kiedyś spodoba? Dla ojca córka to jest szczęście. Podejrzewam, że chłopak zawsze będzie chłopakiem, zawsze będzie facetem, a córka kwitnie, zmienia się. Chłopak to tylko chłopak, a córka poza wszystkim jest jeszcze piękna. Ale nie będę więcej o tym mówił, bo pewnie przeczyta.
Ma pan w sobie ojcowską zaborczość?
- Bardzo się przed tym pilnowałem. Nie lubię, gdy ktoś wchodzi nieproszony w moje życie, więc starałem się tego nie robić komuś bliskiemu. Po prostu.
Zabieraliście ją w podróże?
- Gdy była mniejsza, to się oczywiście nudziła z nami, jak ten pakunek wrzucony na tył auta. Ciągle pytała: Kiedy dojedziemy? Potem miała swoje intensywne życie, ale ostatnio napomyka, że by z nami pojechała. Może na Ukrainę? Otwarta sprawa. A ona ma tyle spraw, tylu przyjaciół, z którymi gdzieś coś trzeba, że starzy są na dalszym planie. Była ostatnio z kumplem w Rumunii i po tygodniu wróciła zrumunizowana. Byłem właściwie szczęśliwy, kiedy powiedziała z zachwytem: Tata, jaki kraj!
Dlatego, że czuje jak pan?
- Tak. Rumunia to wspaniały kraj. Jego powierzchnia, skóra, jego postać są przecudownie ukształtowane. To bajka pejzażowo-geograficzna. Poza tym jest hiperpopierdolona w zagubieniu między barbarią a zakorzenionym mitem rzymskości. Jak się tam wjeżdża, widać takie przemieszanie materii, takie wysokie z niskim się miesza, przekleństwo ze świętością, czarny industrial z taką przyrodą, że łeb urywa. To jest cudowny kraj do medytacji o narodach z niewyraźną tożsamością. Cieszę się, że moja córka załapuje się na to. Że ma podobną wrażliwość. Fajnie, że czuje podobnie.
Była pani w Rumunii?
Jako dziecko. Pamiętam pola kukurydzy i smak mocnej czarnej kawy.
- To proszę brać furę i jechać. Cztery godziny stąd i Rumunia. Czemu nie?
Tak po prostu, nagle?
- A, co? Przez Serbię na przykład.
28 września nakładem wydawnictwa Czarne ukaże się nowa powieść Andrzeja Stasiuka "Taksim"
Wednesday, July 23, 2008
Albańskie kobiety, które postanowiły zostać mężczyznami
Zrodlo: Gazeta wyborcza (z New York Times)
Pashe Keqi przypomina sobie dzień sprzed blisko 60 lat, w którym zdecydowała, że zostanie mężczyzną. Odcięła swoje długie czarne loki, zamieniła sukienkę na workowate spodnie ojca, uzbroiła się w myśliwską strzelbę i złożyła ślubowanie, że nigdy w jej życiu nie będzie żadnego małżeństwa, dzieci ani seksu.
W zamkniętej i konserwatywnej społeczności północnej, rolniczej części Albanii, zamiana płci była od wieków uważana za praktyczne rozwiązanie dla rodzin, którym brakowało mężczyzn. Ojciec Keqi został zabity w wyniku waśni rodowych nie zostawiwszy męskiego potomka. Zgodnie z obyczajem, Keqi, mająca obecnie 78 lat, złożyła śluby dożywotniego dziewictwa. Żyła jak mężczyzna, nowy pan domu, z całą dumą i wszystkimi atrybutami męskiej władzy - z obowiązkiem pomszczenia śmierci ojca włącznie.
Mówi, że teraz by tego nie zrobiła - nie dzisiaj, kiedy równouprawnienie płci i nowoczesność zawitały nawet do Albanii, razem z internetowymi serwisami randkowymi i inwazją MTV. Tutejsze dziewczyny nie chcą już być chłopcami. Oprócz Keqi pozostało jeszcze tylko 40 kobiet, które złożyły śluby dziewictwa - obyczaj ten zanika.
- W tamtych czasach lepiej było być mężczyzną. Kobiety traktowano na równi ze zwierzętami - opowiada Keqi. Mówi grzmiącym barytonem, siedzi z szeroko rozstawionymi nogami, jak mężczyzna, i lubi wychylić kieliszek rakii. - Teraz albańskie kobiety mają równe prawa z mężczyznami, a nawet są bardziej wpływowe. Myślę, że dzisiaj zabawnie byłoby być kobietą.
Wzmianki o tradycje przysięgi dziewictwa już w Kanunie księcia Leke Dukagjini, czyli kodeksie postępowania przekazywanym ustnie wśród klanów północnej Albanii od ponad 500 lat. Kanun ściśle ogranicza rolę kobiety do zajmowania się dziećmi i prowadzenia domu. O ile, według jego przepisów, życie kobiety warte jest połowie życia mężczyzny, o tyle wartość dziewicy jest taka sama: 12 wołów.
Kiedy w domu nie ma mężczyzny...
Istnienie zaprzysięgłych dziewic zostało wymuszone warunkami socjalnymi panującymi w rolniczym regionie, dotkniętym plagą wojen i śmierci. W przypadku gdy ojciec rodziny umierał nie zostawiwszy po sobie męskich potomków, należące do rodziny niezamężne kobiety mogły stać się samotne i bezbronne. Dzięki złożeniu ślubów dziewictwa, kobiety mogły przejąć rolę mężczyzn jako głowa rodziny oraz zyskać prawo do noszenia broni, posiadania własności i swobodnego poruszania się.
Chociaż większość z nich pozostała przy swoich kobiecych imionach, to ubierały się jak mężczyźni i spędzały życie w towarzystwie innych mężczyzn. Nie wyśmiewano ich. Zyskiwały akceptację w życiu publicznym, a nawet schlebiano im. Dla niektórych dokonanie takiego wyboru było sposobem na zdobycie autonomii lub uniknięcie zaaranżowanego przez innych małżeństwa.
- Pozbawienie się seksualności przez ślubowanie dziewictwa było dla tych kobiet sposobem na zaistnienie w życiu publicznym, w zdominowanej przez mężczyzn, odznaczającej się segregacją społeczności - mówi Linda Gusia, profesor Gender Studies na Uniwersytecie w Prisztinie, w Kosowie. - Chodziło o przeżycie w świecie rządzonym przez mężczyzn.
Według socjologów, złożenie ślubów dziewictwa nie należy traktować na równi z homoseksualnością, która od zamierzchłych czasów stanowi w rolniczych regionach Albanii tabu. Ani z operacjami zmiany płci.
Keqi, nazywana przez członków rodziny "baszą", mówi, że zdecydowała się zostać ojcem rodziny w wieku 20 lat, po tym, jak zamordowano jej ojca. Jej czterech braci walczyło z komunistycznym rządem Enwera Hodży, który rządził krajem przez 40 lat, aż do swojej śmierci w roku 1985, przez co albo trafili do więzienia, albo zostali zabici. Według niej, zostanie mężczyzną było jedynym sposobem utrzymania jej matki, czterech bratowych i pięciorga ich dzieci.
Keqi sprawowała rządy nad swoją dużą rodziną ze skromnego domu w Tiranie, gdzie przy podawanej przez bratanice brandy wyszczekiwała rozkazy. Według niej, życie jako mężczyzna dało jej swobodę nieosiągalną dla innych kobiet. Pracowała na budowach i modliła się w meczecie razem z mężczyznami. Nawet dzisiaj, jej bratankowie i bratanice mówią, że nie śmieliby wziąć ślubu bez zgody "wuja".
Podobało jej się, kiedy wychodziła ze wsi i wszyscy brali ją za mężczyznę. - Byłam całkowicie wolna jako mężczyzna, bo nikt nie wiedział, że jestem kobietą - mówi Keqi. - Mogłam pójść, gdziekolwiek chciałam i nikt nie mógł powiedzieć złego słowa, bo mogłam go zbić. Przebywałam wyłącznie z mężczyznami. Nawet nie wiem, jak mówić jak kobieta. Nigdy się nie boję.
Kiedy ostatnio poszła do szpitala na operację, kobieta dzieląca z nią salę była przerażona perspektywą przebywania tak blisko kogoś, kogo brała za mężczyznę.
Jak mówi Keqi, bycie głową rodziny uczyniło ją odpowiedzialną za pomszczenie śmierci ojca. Kiedy zabójca jej ojca wyszedł z więzienia 5 lat temu, już jako 80-letni człowiek, zastrzelił go jej 15-letni bratanek. Rodzina zabójcy zemściła się zabijając bratanka. - Zawsze marzyłam o pomszczeniu śmierci ojca - mówi. - Oczywiście, żałuję pewnych rzeczy, w końcu zabito mojego bratanka. Ale tak już jest - ty zabijesz mnie, ja muszę zabić ciebie.
Zanikająca tradycja
W Albanii, zachodniobałkańskim kraju zamieszkałym w większości przez muzułmanów, przepisów Kanunu przestrzegają zarówno muzułmanie, jak i chrześcijanie. Według albańskich historyków kultury, przestrzeganie średniowiecznych obyczajów, gdzie indziej zarzucone, jest ubocznym efektem wcześniejszej izolacji tego kraju. Jednocześnie podkreślają oni, że tradycyjna rola albańskiej kobiety zaczyna się zmieniać.
- Dzisiaj, albańska kobieta jest kimś w rodzaju ministra gospodarki, ministra do spraw uczuć i ministra spraw wewnętrznych, który kontroluje poczynania innych - mówi Ilir Yzeiri, piszący książkę o albańskim folklorze. - Dzisiaj w Albanii za wszystkim stoją kobiety.
Niektóre z zaprzysięgłych dziewic żałują tych zmian. Diana Rakipi, lat 54, pracownik ochrony w położonej w zachodniej Albanii nadmorskiej miejscowości Durres, która złożyła śluby dziewictwa, żeby zadbać o swoje dziewięć sióstr, z nostalgią wspomina czasy Hodży. Za komunizmu, była w wojsku wysokim stopniem oficerem odpowiedzialnym za szkolenie bojowe innych kobiet. Teraz, skarży się, kobiety nie wiedzą, gdzie ich miejsce.
- Dzisiaj kobiety chodzą na dyskoteki na wpół rozebrane - mówi Rakipi, z wojskowym beretem na głowie. - Przez całe życie byłam traktowana jak mężczyzna, zawsze z szacunkiem. Nie potrafię sprzątać, prasować, gotować. To zajęcia dla kobiet.
Jednak obecnie, nawet mieszkańcy niedostępnego górskiego regionu Kruje, położonego około 50 km na północ od Tirany, mówią, że wpływ przepisów Kanunu na role płci zanika. Według nich, rozkład tradycyjnego modelu rodziny, według którego kiedyś wszyscy żyli pod jednym dachem, zmienił pozycję kobiety w społeczeństwie.
- Teraz kobieta i mężczyzna to niemal to samo - mówi Caca Fiqiri, którego ciotka, 88-letnia Qamile Stema, jest ostatnią zaprzysięgłą dziewicą w wiosce. - Bardzo szanujemy zaprzysięgłe dziewice i z powodu ich poświęcenia uważamy je za mężczyzn. Ale stygmatu braku mężczyzny w rodzinie już nie ma.
Mimo to, nikt nie ma wątpliwości, kto nosi spodnie w jednopokojowym, zbudowanym z kamieni domu w Barganesh, rodowej wiosce jej rodziny. To w nim, ostatnio, "wujek" Qamile siedziała otoczona członkami swojego klanu, ubrana w qeleshe, tradycyjne białe nakrycie głowy noszone przez albańskich mężczyzn. Jedynym ustępstwem na rzecz kobiecości były różowe klapki.
Od momentu, w którym w wieku 20 lat została mężczyzną, Stema nosi broń. Podczas wesel, siedzi z mężczyznami. Odkąd pamięta, kiedy odzywa się do kobiet, odwracają nieśmiało oczy.
Została zaprzysięgłą dziewicą, bo było to konieczne i stanowiło ofiarę. - Czasem czuję się samotna, wszystkie moje siostry umarły i żyję sama - mówi. - Ale nigdy nie chciałam wyjść za mąż. Niektórzy z moich krewnych próbowali mnie nakłonić do noszenia sukienek, ale kiedy zobaczyli, że stałam się mężczyzną, dali spokój.
Stema twierdzi, że umrze jako dziewica. Żartuje, że gdyby w ogóle miała kogoś poślubić, to tylko tradycyjną albańską kobietę. - Chyba można powiedzieć, że jestem trochę kobietą, trochę mężczyzną - mówi. - Podoba mi się moje życie jako mężczyzna. Niczego nie żałuję.
Pashe Keqi przypomina sobie dzień sprzed blisko 60 lat, w którym zdecydowała, że zostanie mężczyzną. Odcięła swoje długie czarne loki, zamieniła sukienkę na workowate spodnie ojca, uzbroiła się w myśliwską strzelbę i złożyła ślubowanie, że nigdy w jej życiu nie będzie żadnego małżeństwa, dzieci ani seksu.
W zamkniętej i konserwatywnej społeczności północnej, rolniczej części Albanii, zamiana płci była od wieków uważana za praktyczne rozwiązanie dla rodzin, którym brakowało mężczyzn. Ojciec Keqi został zabity w wyniku waśni rodowych nie zostawiwszy męskiego potomka. Zgodnie z obyczajem, Keqi, mająca obecnie 78 lat, złożyła śluby dożywotniego dziewictwa. Żyła jak mężczyzna, nowy pan domu, z całą dumą i wszystkimi atrybutami męskiej władzy - z obowiązkiem pomszczenia śmierci ojca włącznie.
Mówi, że teraz by tego nie zrobiła - nie dzisiaj, kiedy równouprawnienie płci i nowoczesność zawitały nawet do Albanii, razem z internetowymi serwisami randkowymi i inwazją MTV. Tutejsze dziewczyny nie chcą już być chłopcami. Oprócz Keqi pozostało jeszcze tylko 40 kobiet, które złożyły śluby dziewictwa - obyczaj ten zanika.
- W tamtych czasach lepiej było być mężczyzną. Kobiety traktowano na równi ze zwierzętami - opowiada Keqi. Mówi grzmiącym barytonem, siedzi z szeroko rozstawionymi nogami, jak mężczyzna, i lubi wychylić kieliszek rakii. - Teraz albańskie kobiety mają równe prawa z mężczyznami, a nawet są bardziej wpływowe. Myślę, że dzisiaj zabawnie byłoby być kobietą.
Wzmianki o tradycje przysięgi dziewictwa już w Kanunie księcia Leke Dukagjini, czyli kodeksie postępowania przekazywanym ustnie wśród klanów północnej Albanii od ponad 500 lat. Kanun ściśle ogranicza rolę kobiety do zajmowania się dziećmi i prowadzenia domu. O ile, według jego przepisów, życie kobiety warte jest połowie życia mężczyzny, o tyle wartość dziewicy jest taka sama: 12 wołów.
Kiedy w domu nie ma mężczyzny...
Istnienie zaprzysięgłych dziewic zostało wymuszone warunkami socjalnymi panującymi w rolniczym regionie, dotkniętym plagą wojen i śmierci. W przypadku gdy ojciec rodziny umierał nie zostawiwszy po sobie męskich potomków, należące do rodziny niezamężne kobiety mogły stać się samotne i bezbronne. Dzięki złożeniu ślubów dziewictwa, kobiety mogły przejąć rolę mężczyzn jako głowa rodziny oraz zyskać prawo do noszenia broni, posiadania własności i swobodnego poruszania się.
Chociaż większość z nich pozostała przy swoich kobiecych imionach, to ubierały się jak mężczyźni i spędzały życie w towarzystwie innych mężczyzn. Nie wyśmiewano ich. Zyskiwały akceptację w życiu publicznym, a nawet schlebiano im. Dla niektórych dokonanie takiego wyboru było sposobem na zdobycie autonomii lub uniknięcie zaaranżowanego przez innych małżeństwa.
- Pozbawienie się seksualności przez ślubowanie dziewictwa było dla tych kobiet sposobem na zaistnienie w życiu publicznym, w zdominowanej przez mężczyzn, odznaczającej się segregacją społeczności - mówi Linda Gusia, profesor Gender Studies na Uniwersytecie w Prisztinie, w Kosowie. - Chodziło o przeżycie w świecie rządzonym przez mężczyzn.
Według socjologów, złożenie ślubów dziewictwa nie należy traktować na równi z homoseksualnością, która od zamierzchłych czasów stanowi w rolniczych regionach Albanii tabu. Ani z operacjami zmiany płci.
Keqi, nazywana przez członków rodziny "baszą", mówi, że zdecydowała się zostać ojcem rodziny w wieku 20 lat, po tym, jak zamordowano jej ojca. Jej czterech braci walczyło z komunistycznym rządem Enwera Hodży, który rządził krajem przez 40 lat, aż do swojej śmierci w roku 1985, przez co albo trafili do więzienia, albo zostali zabici. Według niej, zostanie mężczyzną było jedynym sposobem utrzymania jej matki, czterech bratowych i pięciorga ich dzieci.
Keqi sprawowała rządy nad swoją dużą rodziną ze skromnego domu w Tiranie, gdzie przy podawanej przez bratanice brandy wyszczekiwała rozkazy. Według niej, życie jako mężczyzna dało jej swobodę nieosiągalną dla innych kobiet. Pracowała na budowach i modliła się w meczecie razem z mężczyznami. Nawet dzisiaj, jej bratankowie i bratanice mówią, że nie śmieliby wziąć ślubu bez zgody "wuja".
Podobało jej się, kiedy wychodziła ze wsi i wszyscy brali ją za mężczyznę. - Byłam całkowicie wolna jako mężczyzna, bo nikt nie wiedział, że jestem kobietą - mówi Keqi. - Mogłam pójść, gdziekolwiek chciałam i nikt nie mógł powiedzieć złego słowa, bo mogłam go zbić. Przebywałam wyłącznie z mężczyznami. Nawet nie wiem, jak mówić jak kobieta. Nigdy się nie boję.
Kiedy ostatnio poszła do szpitala na operację, kobieta dzieląca z nią salę była przerażona perspektywą przebywania tak blisko kogoś, kogo brała za mężczyznę.
Jak mówi Keqi, bycie głową rodziny uczyniło ją odpowiedzialną za pomszczenie śmierci ojca. Kiedy zabójca jej ojca wyszedł z więzienia 5 lat temu, już jako 80-letni człowiek, zastrzelił go jej 15-letni bratanek. Rodzina zabójcy zemściła się zabijając bratanka. - Zawsze marzyłam o pomszczeniu śmierci ojca - mówi. - Oczywiście, żałuję pewnych rzeczy, w końcu zabito mojego bratanka. Ale tak już jest - ty zabijesz mnie, ja muszę zabić ciebie.
Zanikająca tradycja
W Albanii, zachodniobałkańskim kraju zamieszkałym w większości przez muzułmanów, przepisów Kanunu przestrzegają zarówno muzułmanie, jak i chrześcijanie. Według albańskich historyków kultury, przestrzeganie średniowiecznych obyczajów, gdzie indziej zarzucone, jest ubocznym efektem wcześniejszej izolacji tego kraju. Jednocześnie podkreślają oni, że tradycyjna rola albańskiej kobiety zaczyna się zmieniać.
- Dzisiaj, albańska kobieta jest kimś w rodzaju ministra gospodarki, ministra do spraw uczuć i ministra spraw wewnętrznych, który kontroluje poczynania innych - mówi Ilir Yzeiri, piszący książkę o albańskim folklorze. - Dzisiaj w Albanii za wszystkim stoją kobiety.
Niektóre z zaprzysięgłych dziewic żałują tych zmian. Diana Rakipi, lat 54, pracownik ochrony w położonej w zachodniej Albanii nadmorskiej miejscowości Durres, która złożyła śluby dziewictwa, żeby zadbać o swoje dziewięć sióstr, z nostalgią wspomina czasy Hodży. Za komunizmu, była w wojsku wysokim stopniem oficerem odpowiedzialnym za szkolenie bojowe innych kobiet. Teraz, skarży się, kobiety nie wiedzą, gdzie ich miejsce.
- Dzisiaj kobiety chodzą na dyskoteki na wpół rozebrane - mówi Rakipi, z wojskowym beretem na głowie. - Przez całe życie byłam traktowana jak mężczyzna, zawsze z szacunkiem. Nie potrafię sprzątać, prasować, gotować. To zajęcia dla kobiet.
Jednak obecnie, nawet mieszkańcy niedostępnego górskiego regionu Kruje, położonego około 50 km na północ od Tirany, mówią, że wpływ przepisów Kanunu na role płci zanika. Według nich, rozkład tradycyjnego modelu rodziny, według którego kiedyś wszyscy żyli pod jednym dachem, zmienił pozycję kobiety w społeczeństwie.
- Teraz kobieta i mężczyzna to niemal to samo - mówi Caca Fiqiri, którego ciotka, 88-letnia Qamile Stema, jest ostatnią zaprzysięgłą dziewicą w wiosce. - Bardzo szanujemy zaprzysięgłe dziewice i z powodu ich poświęcenia uważamy je za mężczyzn. Ale stygmatu braku mężczyzny w rodzinie już nie ma.
Mimo to, nikt nie ma wątpliwości, kto nosi spodnie w jednopokojowym, zbudowanym z kamieni domu w Barganesh, rodowej wiosce jej rodziny. To w nim, ostatnio, "wujek" Qamile siedziała otoczona członkami swojego klanu, ubrana w qeleshe, tradycyjne białe nakrycie głowy noszone przez albańskich mężczyzn. Jedynym ustępstwem na rzecz kobiecości były różowe klapki.
Od momentu, w którym w wieku 20 lat została mężczyzną, Stema nosi broń. Podczas wesel, siedzi z mężczyznami. Odkąd pamięta, kiedy odzywa się do kobiet, odwracają nieśmiało oczy.
Została zaprzysięgłą dziewicą, bo było to konieczne i stanowiło ofiarę. - Czasem czuję się samotna, wszystkie moje siostry umarły i żyję sama - mówi. - Ale nigdy nie chciałam wyjść za mąż. Niektórzy z moich krewnych próbowali mnie nakłonić do noszenia sukienek, ale kiedy zobaczyli, że stałam się mężczyzną, dali spokój.
Stema twierdzi, że umrze jako dziewica. Żartuje, że gdyby w ogóle miała kogoś poślubić, to tylko tradycyjną albańską kobietę. - Chyba można powiedzieć, że jestem trochę kobietą, trochę mężczyzną - mówi. - Podoba mi się moje życie jako mężczyzna. Niczego nie żałuję.
Albańskie kobiety, które postanowiły zostać mężczyznami
Zrodlo: Gazeta wyborcza (z New York Times)
Pashe Keqi przypomina sobie dzień sprzed blisko 60 lat, w którym zdecydowała, że zostanie mężczyzną. Odcięła swoje długie czarne loki, zamieniła sukienkę na workowate spodnie ojca, uzbroiła się w myśliwską strzelbę i złożyła ślubowanie, że nigdy w jej życiu nie będzie żadnego małżeństwa, dzieci ani seksu.
W zamkniętej i konserwatywnej społeczności północnej, rolniczej części Albanii, zamiana płci była od wieków uważana za praktyczne rozwiązanie dla rodzin, którym brakowało mężczyzn. Ojciec Keqi został zabity w wyniku waśni rodowych nie zostawiwszy męskiego potomka. Zgodnie z obyczajem, Keqi, mająca obecnie 78 lat, złożyła śluby dożywotniego dziewictwa. Żyła jak mężczyzna, nowy pan domu, z całą dumą i wszystkimi atrybutami męskiej władzy - z obowiązkiem pomszczenia śmierci ojca włącznie.
Mówi, że teraz by tego nie zrobiła - nie dzisiaj, kiedy równouprawnienie płci i nowoczesność zawitały nawet do Albanii, razem z internetowymi serwisami randkowymi i inwazją MTV. Tutejsze dziewczyny nie chcą już być chłopcami. Oprócz Keqi pozostało jeszcze tylko 40 kobiet, które złożyły śluby dziewictwa - obyczaj ten zanika.
- W tamtych czasach lepiej było być mężczyzną. Kobiety traktowano na równi ze zwierzętami - opowiada Keqi. Mówi grzmiącym barytonem, siedzi z szeroko rozstawionymi nogami, jak mężczyzna, i lubi wychylić kieliszek rakii. - Teraz albańskie kobiety mają równe prawa z mężczyznami, a nawet są bardziej wpływowe. Myślę, że dzisiaj zabawnie byłoby być kobietą.
Wzmianki o tradycje przysięgi dziewictwa już w Kanunie księcia Leke Dukagjini, czyli kodeksie postępowania przekazywanym ustnie wśród klanów północnej Albanii od ponad 500 lat. Kanun ściśle ogranicza rolę kobiety do zajmowania się dziećmi i prowadzenia domu. O ile, według jego przepisów, życie kobiety warte jest połowie życia mężczyzny, o tyle wartość dziewicy jest taka sama: 12 wołów.
Kiedy w domu nie ma mężczyzny...
Istnienie zaprzysięgłych dziewic zostało wymuszone warunkami socjalnymi panującymi w rolniczym regionie, dotkniętym plagą wojen i śmierci. W przypadku gdy ojciec rodziny umierał nie zostawiwszy po sobie męskich potomków, należące do rodziny niezamężne kobiety mogły stać się samotne i bezbronne. Dzięki złożeniu ślubów dziewictwa, kobiety mogły przejąć rolę mężczyzn jako głowa rodziny oraz zyskać prawo do noszenia broni, posiadania własności i swobodnego poruszania się.
Chociaż większość z nich pozostała przy swoich kobiecych imionach, to ubierały się jak mężczyźni i spędzały życie w towarzystwie innych mężczyzn. Nie wyśmiewano ich. Zyskiwały akceptację w życiu publicznym, a nawet schlebiano im. Dla niektórych dokonanie takiego wyboru było sposobem na zdobycie autonomii lub uniknięcie zaaranżowanego przez innych małżeństwa.
- Pozbawienie się seksualności przez ślubowanie dziewictwa było dla tych kobiet sposobem na zaistnienie w życiu publicznym, w zdominowanej przez mężczyzn, odznaczającej się segregacją społeczności - mówi Linda Gusia, profesor Gender Studies na Uniwersytecie w Prisztinie, w Kosowie. - Chodziło o przeżycie w świecie rządzonym przez mężczyzn.
Według socjologów, złożenie ślubów dziewictwa nie należy traktować na równi z homoseksualnością, która od zamierzchłych czasów stanowi w rolniczych regionach Albanii tabu. Ani z operacjami zmiany płci.
Keqi, nazywana przez członków rodziny "baszą", mówi, że zdecydowała się zostać ojcem rodziny w wieku 20 lat, po tym, jak zamordowano jej ojca. Jej czterech braci walczyło z komunistycznym rządem Enwera Hodży, który rządził krajem przez 40 lat, aż do swojej śmierci w roku 1985, przez co albo trafili do więzienia, albo zostali zabici. Według niej, zostanie mężczyzną było jedynym sposobem utrzymania jej matki, czterech bratowych i pięciorga ich dzieci.
Keqi sprawowała rządy nad swoją dużą rodziną ze skromnego domu w Tiranie, gdzie przy podawanej przez bratanice brandy wyszczekiwała rozkazy. Według niej, życie jako mężczyzna dało jej swobodę nieosiągalną dla innych kobiet. Pracowała na budowach i modliła się w meczecie razem z mężczyznami. Nawet dzisiaj, jej bratankowie i bratanice mówią, że nie śmieliby wziąć ślubu bez zgody "wuja".
Podobało jej się, kiedy wychodziła ze wsi i wszyscy brali ją za mężczyznę. - Byłam całkowicie wolna jako mężczyzna, bo nikt nie wiedział, że jestem kobietą - mówi Keqi. - Mogłam pójść, gdziekolwiek chciałam i nikt nie mógł powiedzieć złego słowa, bo mogłam go zbić. Przebywałam wyłącznie z mężczyznami. Nawet nie wiem, jak mówić jak kobieta. Nigdy się nie boję.
Kiedy ostatnio poszła do szpitala na operację, kobieta dzieląca z nią salę była przerażona perspektywą przebywania tak blisko kogoś, kogo brała za mężczyznę.
Jak mówi Keqi, bycie głową rodziny uczyniło ją odpowiedzialną za pomszczenie śmierci ojca. Kiedy zabójca jej ojca wyszedł z więzienia 5 lat temu, już jako 80-letni człowiek, zastrzelił go jej 15-letni bratanek. Rodzina zabójcy zemściła się zabijając bratanka. - Zawsze marzyłam o pomszczeniu śmierci ojca - mówi. - Oczywiście, żałuję pewnych rzeczy, w końcu zabito mojego bratanka. Ale tak już jest - ty zabijesz mnie, ja muszę zabić ciebie.
Zanikająca tradycja
W Albanii, zachodniobałkańskim kraju zamieszkałym w większości przez muzułmanów, przepisów Kanunu przestrzegają zarówno muzułmanie, jak i chrześcijanie. Według albańskich historyków kultury, przestrzeganie średniowiecznych obyczajów, gdzie indziej zarzucone, jest ubocznym efektem wcześniejszej izolacji tego kraju. Jednocześnie podkreślają oni, że tradycyjna rola albańskiej kobiety zaczyna się zmieniać.
- Dzisiaj, albańska kobieta jest kimś w rodzaju ministra gospodarki, ministra do spraw uczuć i ministra spraw wewnętrznych, który kontroluje poczynania innych - mówi Ilir Yzeiri, piszący książkę o albańskim folklorze. - Dzisiaj w Albanii za wszystkim stoją kobiety.
Niektóre z zaprzysięgłych dziewic żałują tych zmian. Diana Rakipi, lat 54, pracownik ochrony w położonej w zachodniej Albanii nadmorskiej miejscowości Durres, która złożyła śluby dziewictwa, żeby zadbać o swoje dziewięć sióstr, z nostalgią wspomina czasy Hodży. Za komunizmu, była w wojsku wysokim stopniem oficerem odpowiedzialnym za szkolenie bojowe innych kobiet. Teraz, skarży się, kobiety nie wiedzą, gdzie ich miejsce.
- Dzisiaj kobiety chodzą na dyskoteki na wpół rozebrane - mówi Rakipi, z wojskowym beretem na głowie. - Przez całe życie byłam traktowana jak mężczyzna, zawsze z szacunkiem. Nie potrafię sprzątać, prasować, gotować. To zajęcia dla kobiet.
Jednak obecnie, nawet mieszkańcy niedostępnego górskiego regionu Kruje, położonego około 50 km na północ od Tirany, mówią, że wpływ przepisów Kanunu na role płci zanika. Według nich, rozkład tradycyjnego modelu rodziny, według którego kiedyś wszyscy żyli pod jednym dachem, zmienił pozycję kobiety w społeczeństwie.
- Teraz kobieta i mężczyzna to niemal to samo - mówi Caca Fiqiri, którego ciotka, 88-letnia Qamile Stema, jest ostatnią zaprzysięgłą dziewicą w wiosce. - Bardzo szanujemy zaprzysięgłe dziewice i z powodu ich poświęcenia uważamy je za mężczyzn. Ale stygmatu braku mężczyzny w rodzinie już nie ma.
Mimo to, nikt nie ma wątpliwości, kto nosi spodnie w jednopokojowym, zbudowanym z kamieni domu w Barganesh, rodowej wiosce jej rodziny. To w nim, ostatnio, "wujek" Qamile siedziała otoczona członkami swojego klanu, ubrana w qeleshe, tradycyjne białe nakrycie głowy noszone przez albańskich mężczyzn. Jedynym ustępstwem na rzecz kobiecości były różowe klapki.
Od momentu, w którym w wieku 20 lat została mężczyzną, Stema nosi broń. Podczas wesel, siedzi z mężczyznami. Odkąd pamięta, kiedy odzywa się do kobiet, odwracają nieśmiało oczy.
Została zaprzysięgłą dziewicą, bo było to konieczne i stanowiło ofiarę. - Czasem czuję się samotna, wszystkie moje siostry umarły i żyję sama - mówi. - Ale nigdy nie chciałam wyjść za mąż. Niektórzy z moich krewnych próbowali mnie nakłonić do noszenia sukienek, ale kiedy zobaczyli, że stałam się mężczyzną, dali spokój.
Stema twierdzi, że umrze jako dziewica. Żartuje, że gdyby w ogóle miała kogoś poślubić, to tylko tradycyjną albańską kobietę. - Chyba można powiedzieć, że jestem trochę kobietą, trochę mężczyzną - mówi. - Podoba mi się moje życie jako mężczyzna. Niczego nie żałuję.
Pashe Keqi przypomina sobie dzień sprzed blisko 60 lat, w którym zdecydowała, że zostanie mężczyzną. Odcięła swoje długie czarne loki, zamieniła sukienkę na workowate spodnie ojca, uzbroiła się w myśliwską strzelbę i złożyła ślubowanie, że nigdy w jej życiu nie będzie żadnego małżeństwa, dzieci ani seksu.
W zamkniętej i konserwatywnej społeczności północnej, rolniczej części Albanii, zamiana płci była od wieków uważana za praktyczne rozwiązanie dla rodzin, którym brakowało mężczyzn. Ojciec Keqi został zabity w wyniku waśni rodowych nie zostawiwszy męskiego potomka. Zgodnie z obyczajem, Keqi, mająca obecnie 78 lat, złożyła śluby dożywotniego dziewictwa. Żyła jak mężczyzna, nowy pan domu, z całą dumą i wszystkimi atrybutami męskiej władzy - z obowiązkiem pomszczenia śmierci ojca włącznie.
Mówi, że teraz by tego nie zrobiła - nie dzisiaj, kiedy równouprawnienie płci i nowoczesność zawitały nawet do Albanii, razem z internetowymi serwisami randkowymi i inwazją MTV. Tutejsze dziewczyny nie chcą już być chłopcami. Oprócz Keqi pozostało jeszcze tylko 40 kobiet, które złożyły śluby dziewictwa - obyczaj ten zanika.
- W tamtych czasach lepiej było być mężczyzną. Kobiety traktowano na równi ze zwierzętami - opowiada Keqi. Mówi grzmiącym barytonem, siedzi z szeroko rozstawionymi nogami, jak mężczyzna, i lubi wychylić kieliszek rakii. - Teraz albańskie kobiety mają równe prawa z mężczyznami, a nawet są bardziej wpływowe. Myślę, że dzisiaj zabawnie byłoby być kobietą.
Wzmianki o tradycje przysięgi dziewictwa już w Kanunie księcia Leke Dukagjini, czyli kodeksie postępowania przekazywanym ustnie wśród klanów północnej Albanii od ponad 500 lat. Kanun ściśle ogranicza rolę kobiety do zajmowania się dziećmi i prowadzenia domu. O ile, według jego przepisów, życie kobiety warte jest połowie życia mężczyzny, o tyle wartość dziewicy jest taka sama: 12 wołów.
Kiedy w domu nie ma mężczyzny...
Istnienie zaprzysięgłych dziewic zostało wymuszone warunkami socjalnymi panującymi w rolniczym regionie, dotkniętym plagą wojen i śmierci. W przypadku gdy ojciec rodziny umierał nie zostawiwszy po sobie męskich potomków, należące do rodziny niezamężne kobiety mogły stać się samotne i bezbronne. Dzięki złożeniu ślubów dziewictwa, kobiety mogły przejąć rolę mężczyzn jako głowa rodziny oraz zyskać prawo do noszenia broni, posiadania własności i swobodnego poruszania się.
Chociaż większość z nich pozostała przy swoich kobiecych imionach, to ubierały się jak mężczyźni i spędzały życie w towarzystwie innych mężczyzn. Nie wyśmiewano ich. Zyskiwały akceptację w życiu publicznym, a nawet schlebiano im. Dla niektórych dokonanie takiego wyboru było sposobem na zdobycie autonomii lub uniknięcie zaaranżowanego przez innych małżeństwa.
- Pozbawienie się seksualności przez ślubowanie dziewictwa było dla tych kobiet sposobem na zaistnienie w życiu publicznym, w zdominowanej przez mężczyzn, odznaczającej się segregacją społeczności - mówi Linda Gusia, profesor Gender Studies na Uniwersytecie w Prisztinie, w Kosowie. - Chodziło o przeżycie w świecie rządzonym przez mężczyzn.
Według socjologów, złożenie ślubów dziewictwa nie należy traktować na równi z homoseksualnością, która od zamierzchłych czasów stanowi w rolniczych regionach Albanii tabu. Ani z operacjami zmiany płci.
Keqi, nazywana przez członków rodziny "baszą", mówi, że zdecydowała się zostać ojcem rodziny w wieku 20 lat, po tym, jak zamordowano jej ojca. Jej czterech braci walczyło z komunistycznym rządem Enwera Hodży, który rządził krajem przez 40 lat, aż do swojej śmierci w roku 1985, przez co albo trafili do więzienia, albo zostali zabici. Według niej, zostanie mężczyzną było jedynym sposobem utrzymania jej matki, czterech bratowych i pięciorga ich dzieci.
Keqi sprawowała rządy nad swoją dużą rodziną ze skromnego domu w Tiranie, gdzie przy podawanej przez bratanice brandy wyszczekiwała rozkazy. Według niej, życie jako mężczyzna dało jej swobodę nieosiągalną dla innych kobiet. Pracowała na budowach i modliła się w meczecie razem z mężczyznami. Nawet dzisiaj, jej bratankowie i bratanice mówią, że nie śmieliby wziąć ślubu bez zgody "wuja".
Podobało jej się, kiedy wychodziła ze wsi i wszyscy brali ją za mężczyznę. - Byłam całkowicie wolna jako mężczyzna, bo nikt nie wiedział, że jestem kobietą - mówi Keqi. - Mogłam pójść, gdziekolwiek chciałam i nikt nie mógł powiedzieć złego słowa, bo mogłam go zbić. Przebywałam wyłącznie z mężczyznami. Nawet nie wiem, jak mówić jak kobieta. Nigdy się nie boję.
Kiedy ostatnio poszła do szpitala na operację, kobieta dzieląca z nią salę była przerażona perspektywą przebywania tak blisko kogoś, kogo brała za mężczyznę.
Jak mówi Keqi, bycie głową rodziny uczyniło ją odpowiedzialną za pomszczenie śmierci ojca. Kiedy zabójca jej ojca wyszedł z więzienia 5 lat temu, już jako 80-letni człowiek, zastrzelił go jej 15-letni bratanek. Rodzina zabójcy zemściła się zabijając bratanka. - Zawsze marzyłam o pomszczeniu śmierci ojca - mówi. - Oczywiście, żałuję pewnych rzeczy, w końcu zabito mojego bratanka. Ale tak już jest - ty zabijesz mnie, ja muszę zabić ciebie.
Zanikająca tradycja
W Albanii, zachodniobałkańskim kraju zamieszkałym w większości przez muzułmanów, przepisów Kanunu przestrzegają zarówno muzułmanie, jak i chrześcijanie. Według albańskich historyków kultury, przestrzeganie średniowiecznych obyczajów, gdzie indziej zarzucone, jest ubocznym efektem wcześniejszej izolacji tego kraju. Jednocześnie podkreślają oni, że tradycyjna rola albańskiej kobiety zaczyna się zmieniać.
- Dzisiaj, albańska kobieta jest kimś w rodzaju ministra gospodarki, ministra do spraw uczuć i ministra spraw wewnętrznych, który kontroluje poczynania innych - mówi Ilir Yzeiri, piszący książkę o albańskim folklorze. - Dzisiaj w Albanii za wszystkim stoją kobiety.
Niektóre z zaprzysięgłych dziewic żałują tych zmian. Diana Rakipi, lat 54, pracownik ochrony w położonej w zachodniej Albanii nadmorskiej miejscowości Durres, która złożyła śluby dziewictwa, żeby zadbać o swoje dziewięć sióstr, z nostalgią wspomina czasy Hodży. Za komunizmu, była w wojsku wysokim stopniem oficerem odpowiedzialnym za szkolenie bojowe innych kobiet. Teraz, skarży się, kobiety nie wiedzą, gdzie ich miejsce.
- Dzisiaj kobiety chodzą na dyskoteki na wpół rozebrane - mówi Rakipi, z wojskowym beretem na głowie. - Przez całe życie byłam traktowana jak mężczyzna, zawsze z szacunkiem. Nie potrafię sprzątać, prasować, gotować. To zajęcia dla kobiet.
Jednak obecnie, nawet mieszkańcy niedostępnego górskiego regionu Kruje, położonego około 50 km na północ od Tirany, mówią, że wpływ przepisów Kanunu na role płci zanika. Według nich, rozkład tradycyjnego modelu rodziny, według którego kiedyś wszyscy żyli pod jednym dachem, zmienił pozycję kobiety w społeczeństwie.
- Teraz kobieta i mężczyzna to niemal to samo - mówi Caca Fiqiri, którego ciotka, 88-letnia Qamile Stema, jest ostatnią zaprzysięgłą dziewicą w wiosce. - Bardzo szanujemy zaprzysięgłe dziewice i z powodu ich poświęcenia uważamy je za mężczyzn. Ale stygmatu braku mężczyzny w rodzinie już nie ma.
Mimo to, nikt nie ma wątpliwości, kto nosi spodnie w jednopokojowym, zbudowanym z kamieni domu w Barganesh, rodowej wiosce jej rodziny. To w nim, ostatnio, "wujek" Qamile siedziała otoczona członkami swojego klanu, ubrana w qeleshe, tradycyjne białe nakrycie głowy noszone przez albańskich mężczyzn. Jedynym ustępstwem na rzecz kobiecości były różowe klapki.
Od momentu, w którym w wieku 20 lat została mężczyzną, Stema nosi broń. Podczas wesel, siedzi z mężczyznami. Odkąd pamięta, kiedy odzywa się do kobiet, odwracają nieśmiało oczy.
Została zaprzysięgłą dziewicą, bo było to konieczne i stanowiło ofiarę. - Czasem czuję się samotna, wszystkie moje siostry umarły i żyję sama - mówi. - Ale nigdy nie chciałam wyjść za mąż. Niektórzy z moich krewnych próbowali mnie nakłonić do noszenia sukienek, ale kiedy zobaczyli, że stałam się mężczyzną, dali spokój.
Stema twierdzi, że umrze jako dziewica. Żartuje, że gdyby w ogóle miała kogoś poślubić, to tylko tradycyjną albańską kobietę. - Chyba można powiedzieć, że jestem trochę kobietą, trochę mężczyzną - mówi. - Podoba mi się moje życie jako mężczyzna. Niczego nie żałuję.
Tuesday, May 27, 2008
Gazprom i kreml
Gazeta Wyborcza
Z całą pewnością Gazprom miał powody do świętowania. Jego prezes Dymitrij A. Miedwiediew, daleko popłynął na politycznej fali, zostając własnoręcznie naznaczonym następcą Putina. Choć Gazprom nie wahał się wydać znacznych kwot by zarezerwować występ Purpli i Tiny Turner - ulubionych muzyków Miedwiediewa - to możliwości jakie daje największej na świecie firmie wydobywającej gaz ziemny, posiadanie własnego człowieka na Kremlu, są bezcenne.
Kto jest kim?
-Koncert na Kremlu, był w porządku, ale nie był super - Ian Gillan, frontman Deep Purple, napisał w artykule dla Times of London. -Młodzi ludzie i większość młodszych dyrektorów byli gotowi, choć wciąż nerwowo spoglądali na swoich szefów, żeby ocenić, czy wolno im już poluzować krawaty. Tak jakby pytali: "Na ile możemy się bawić?"
Miedwiediew został zaprzysiężony na prezydenta w środę, po wygranych wyborach w na początku marca, a jego triumf potwierdza, że w dzisiejszej Rosji linia dzieląca wielki biznes i wielka politykę jest tak cienka, że w zasadzie nie istnieje.
Gazprom od zawsze miał bliskie związki z rządem, ale obrotowe drzwi między nimi ostatnio kręcą się bez przerwy: Miedwiediew, lat 42, zastępuje prezydenta Putina; Putin obejmuje stanowisko premiera, zastępując Wiktora Zubkowa, a ten ostatni prawdopodobnie obejmie stanowisko prezesa Gazpromu, zwalniane przez Miedwiediewa już na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy w czerwcu.
Bardziej wpływowy niż kiedykolwiek
- [Miedwiediew i Putin] są tak blisko wymarzonego przez Gazprom zespołu, jak to tylko możliwe - mówi Jonathan P. Stern, brytyjski analityk energetyczny i autor pracy "Przyszłość rosyjskiego gazu i Gazpromu".
Ciężko jest nie docenić roli Gazpromu w rosyjskiej ekonomii. Ta przerośnięta superfirma, która w zeszłym roku wyszarpała aż 91 miliardów dolarów, zatrudnia 432 tys. ludzi, płaci podatki równe 20 proc. budżetu Rosji i posiada swoje firmy córki w tak odległych od siebie branżach jak rolnictwo i lotnictwo.
Firma jest głównym dostawcą gazu ziemnego do Europy oraz staje się coraz ważniejszym źródłem gazu dla szybko rozwijających się rynków azjatyckich - Chin i Korei Południowej. W 2005 roku na żądanie Kremla kupiła piątą co do wielkości rosyjską firmę naftową od Romana Abramowicza. Jeśli wziąć pod uwagę produkcje ropy i gazu ziemnego razem, to Gazprom produkuje dziennie więcej energii niż Arabia Saudyjska.
Dzięki rekordowo wysokim cenom ropy Gazprom jest dziś bardziej wpływowy niż kiedykolwiek wcześniej, zarówno w kraju jak i za granicą. Przedstawiciele Gazpromu twierdzą, ze w 2014 roku ich firma prześcignie Exxon Mobil, i zostanie największa na świecie firmą w otwartym dostępie - to cel popierany przez Miedwiediewa, zanim jeszcze został on prezydentem.
Zamiast pocisków nuklearnych
Jeszcze podczas prezydentury Putina, pieniądze i ekonomiczna potęga Gazpromu były wykorzystywane w politycznych bojach prezydenta wewnątrz Rosji, by umocnić wpływy w byłych republikach radzieckich, oraz by zyskać stosowną dźwignię w kontaktach z krajami Europy zachodniej, zwiększając stopniowo ich zależność od rosyjskiego gazu, i krok po kroku odzyskując rosyjskie aktywa z rąk zachodnich spółek.
Teraz, gdy Rosja stara się odzyskać swoją pozycję geopolityczną, i siłę przebicia, którą miała w epoce ZSRR. Wykorzystuje w tym celu swoje ogromne zasoby energetyczne zamiast pocisków nuklearnych. Całkiem często sam Gazprom jest jedną z najpotężniejszych broni w rosyjskim arsenale.
W zeszłym roku, podczas konferencji prasowej Putin zaprzeczył, jakoby Rosja wykorzystywała swą potęgę ekonomiczną do realizacji celów politycznych. Jednak wiele osób się z nim nie zgadza. -Energia nie powinna być wykorzystywana jako narzędzie polityki, ale tak się dzieje - mówi Władimir Miłow , prezes Instytutu Polityki Energetycznej, niezależnej organizacji badawczej w Moskwie i były wiceminister energii. - Gazprom - dodaje - jest od czasu do czasu wykorzystywany jak bat, by karcić sąsiednie kraje.
Zimny gaz ziemny
Na syberyjskim polu naftowym Jużno - Ruskoje - należącym do Gazpromu, pod koniec zimy było tak lodowato, że kilkadziesiąt silników diesla musiało pracować 24 godziny na dobę, bo inaczej zamarzłyby i nie dałoby się ich uruchomić aż do wiosny. Każdej zimy kilku pracowników nabawia się poważnych odmrożeń.
- Po prostu trochę ci schodzi skóra - mówi Sergiej Koszel, specjalista od odwiertów, bagatelizując zagrożenie. Inny zwalisty mężczyzna, odrywa się na moment od pracy i przedstawia małą pantomimę obrazując problem. Sięga do ucha, odskubuje z niego nieistniejący płatek skóry i pstryka nim w śnieg, jakby był to niedopałek.
Rezerwy samego pola Jużno - Ruskoje sięgają 800 miliardów metrów sześciennych gazu ziemnego, czyli tyle, ile potrzeba, by sprostać zapotrzebowaniu USA przez ponad rok. To tylko pierwsze z pół tuzina ogromnych pól naftowych, planowanych na północy.
W ciągu najbliższych dwóch lat Gazprom zamierza potroić swoje nakłady w kluczowej dla firmy sferze eksploracji, wydobycia i transportu gazu - to wszystko wyłącznie po to, by utrzymać produkcję na obecnym poziomie. Inwestycje wzrosną do 969 miliardów rubli, czyli 45 miliardów dolarów w 2010 roku. W zeszłym roku wyniosły 330 miliardów rubli, czyli 14 miliardów dolarów.
By sfinansować swoją ekspansję w Arktyce, Gazprom stara się podnieść ceny gazu ziemnego na rynku krajowym i zagranicznym
W zeszłym roku wysunął pomysł stworzenia kartelu gazowego, podobnego do naftowego kartelu OPEC. Iran popiera tą ideę, ale Algieria, Katar i inni nie są przekonani. Kartel gazowy pozwoliłby Rosji zwiększyć wpływ na globalne rynki energetyczne, ale póki co nie wiadomo, jak mocno Rosjanie będą starali się przeforsować ten pomysł.
Obywatele nas nie obchodzą
Związki Gazpromu z rządem już w tej chwili zaczynają przynosić wymierne korzyści na rynku wewnętrznym. Dzięki polityce, której czempionem był Miedwiediew, gdy pełnił funkcję wicepremiera, rosyjscy konsumenci będą już wkrótce musieli za gaz ziemny płacić znacznie więcej niż dotychczas. Ceny maja się podnosić o 25 proc. rocznie, począwszy od tego roku, by osiągnąć stan równowagi ze światowymi cenami energii w 2011 roku.
Tego rodzaju inicjatywy polityczne oznaczają, ze zwykły Rosjanin już niedługo cieszyć się będzie tradycyjnym dostępem do taniej energii, i jasno pokazują, że rząd jest skłonny w znaczny sposób ułatwić Gazpromowi życie- niezależnie od społecznych konsekwencji tych działań.
Bogactwo Gazpromu czyni go niejako symbolem nowej Rosyjskiej potęgi i prestiżu na świecie, ale firma jest również doskonałym przykładem ryzyka państwowego kapitalizmu - marnotrawstwa i niskiej efektywności.
W latach dziewięćdziesiątych, Gazprom był archetypem niezreformowanego przedsiębiorstwa państwowego rodem z ZSRR. W czasie gdy firmy naftowe były prywatyzowane i sprzedawane rosyjskim, a nawet zagranicznym inwestorom, Gazprom pozostał pod kontrolą państwa. Sfinansował wiele projektów Kremla, oraz zapewnił wystawne życie całej rzeszy dyrektorów firmy.
Gazprom twierdzi, ze wiele inwestycji, którym przypięto łatkę politycznych - takich jak zakup stacji telewizyjnych czy gazet, w efekcie okazało się bardzo dochodowymi.
Tu rządzi Kreml
Obecnie rosyjscy przywódcy uważają Gazprom za wzór nowej polityki przemysłowej. Jej podstawowe założenia to to, by w zglobalizowanym świecie, strategiczne rosyjskie firmy pozostały pod kontrolą rządu, jednocześnie pozostając otwarte na kapitał i talenty inwestorów z Zachodu - dokładanie tak, jak Gazprom. To krok wstecz w kierunku sowieckiego modelu ekonomicznego, gdzie główny nacisk kładzie się na wielkość firm i projektów ekonomicznych, oraz gdzie wielką wiarę pokłada się w potędze kształtowania cen przez monopol.
Pod rządami Putina firmy naftowe wróciły pod kontrolę Kremla, dodatkowo powstało kilkadziesiąt korporacji giełdowych, które pozostają pod kontrolą państwa. Powstały w takich branżach jak energetyka, przemysł ciężki, lotnictwo i przemysł motoryzacyjny. To wcale nie koniec. Były wicepremier, Sergiej Iwanow, który jest teraz prezesem państwowego koncernu Unified Aircraft Corp., zaproponował stworzenie podobnych korporacji w branży radioelektronicznej, optycznej i podboju kosmosu.
Mimo swego bogactwa Gazprom musi zmierzyć się też z licznymi wyzwaniami ery Miedwiediewa.
Rosnące ceny stali, sprzętu i rosnące koszty zatrudnienia, zastały firmę na początku jej największego projektu kapitałowego od 20 lat. Tak jak inne rosyjskie firmy, Gazprom niewiele inwestował w utrzymanie i usprawnianie sprzętu w latach dziewięćdziesiątych. Ale czas wykorzystywania postsowieckiej infrastruktury dobiega końca, ponieważ spada wydobycie z pól naftowych, które zaczęto eksploatować w latach siedemdziesiątych.
By sprostać zamówieniom europejskim, jak i zapotrzebowaniu krajowemu, Gazprom będzie musiał wyłożyć przynajmniej 75 miliardów dolarów na uruchomienie wydobycia w swoich największych dwóch polach naftowych w Arktyce w ciągu najbliższej dekady, jak twierdza analitycy z Cambridge Energy Research Associates.
Umowy z Gazpromem nie są wiążące
Jednak eksploracja i wydobycie gazu ziemnego w regionach, gdzie temperatura potrafi spaść poniżej 50 stopni Celsjusza poniżej zera, jest wyzwaniem pod względem technologicznym, i jest nad wyraz kosztowne. Gazprom musi zbudować rurociągi, rafinerie, fabryki w których gaz będzie skraplany i całą infrastrukturę towarzyszącą - drogi, linie kolejowe i porty. By to wszystko zrealizować , będzie musiał przewieźć tysiące ton stali i ciężkiego sprzętu w sam środek wielkiego zamarzniętego bagna.
-Złożoność i rozmiar tych przedsięwzięć stanowi ogromne wyzwanie zarówno dla Rosji, jak i dla Gazpromu - mówi Witalij Jermakow, dyrektor badań Rosji i regionu Morza Kaspijskiego w Cambridge Energy Research Associates.
Zdaniem krytyków Gazprom wepchnął się łokciami w grono światowych gigantów energetycznych, często stosując mało finezyjne strategie, szczególnie w epoce Putina. Pole Jużno-Ruskoje, które Gazprom często podaje za przykład odrodzenia firmy, jest też często przywoływane przez jej krytyków.
Richard W. Moncrief naftowiec z Fort Worth, twierdzi, ze jest prawowitym właścicielem 40 proc. pola, które jak twierdzi legalnie nabył od Gazpromu w wyniku szeregu umów jakieś 10 lat temu. Uważa również, że Gazprom nie uznał jego kontraktu, dając niemieckiej firmie BASF, 35 proc. udziałów w polu naftowym. Moncrief pozwał Gazprom w Berlinie, wyceniając swoje udziały na 12 miliardów dolarów.
Gazprom utrzymuje, ze umowy nie były wiążące: - Firma zaprzecza, jakoby miała jakieś zobowiązania wobec Moncrief Oil w odniesieniu do pola Jużno-Ruskoje - czytamy w oficjalnym oświadczeniu Gazpromu.
Moncrief się nie zgadza, ale nie wierzy też w pozytywne dla siebie załatwienie sprawy.
-Nikomu jeszcze nie udało się osiągnąć takiego werdyktu sądowego, który zmusiłby rosyjską firmę do wywiązania się z kontraktu - powiedział w telefonicznym wywiadzie. - Koniec końców Rosjanie dostaną to, czego chcieli, sfinansują własne przedsięwzięcia pieniędzmi zachodnich firm.
Nieczysta gra
Zdaniem dyrektorów firm zachodnich, Kreml jest zawsze na zawołanie, gdy Gazprom potrzebuje wsparcia.
W zeszłym roku rosyjska spółka joint-venture, w której skład wchodzą między innymi BP, Alfa Group, Access Industries i Renova Group, zgodziło się sprzedać Gazpromowi wielkie syberyjskie pole gazowe po tym, jak rosyjski rząd zagroził spółce cofnięciem licencji na działanie w tym regionie. Gazprom zaproponował 700 do 900 milionów dolarów za udziały TNK-BP w polu gazowym oraz w miejscowej firmie dystrybucyjnej. To bardzo złożona transakcja, która wciąż jeszcze nie została zamknięta, jednak niezależnie od jej warunków analitycy są zgodni, że nie zrekompensuje ona BP utraty udziałów w polu Kowykta, które ponoć ma być niezwykle bogate, i już zainwestowanych tam milionów dolarów.
Rzecznik Gazpromu, Sergiej Kuprijanow powiedział, że Gazprom nie jest odpowiedzialny za problemy TNK-BP z rosyjskimi urzędami regulacyjnymi, a szczegóły oferty odzwierciedlają rzeczywistość rynkową.
Inne transakcje Gazpromu przebiegają według podobnych wzorców. W transakcjach z Shellem i BP, prezydent Putin osobiście spotykał się z dyrektorami tych koncernów. "Kremlolodzy" uważali nawet, że Putin chciałby w przyszłości zastąpić prezesa rady nadzorczej Gazpromu. Natomiast, zdaniem dyrektorów, Putin- były szpieg - wykazuje niezwykłe zainteresowanie biznesem naftowym i gazowym.
-Prezydent z całą pewnością wie o operacjach BP w Rosji tyle samo co ja - powiedział Anthony Hayward, dyrektor zarządzający BP, po spotkaniu z Putinem zeszłej wiosny, gdy prowadzono negocjacje dotyczące sprzedaży pola Kowykta Gazpromowi - Uwaga, jaką poświęca detalom przestała mnie zaskakiwać już jakiś czas temu.
Rzecznik Kremla, Dimitrij Pieskow, stwierdził, że w tych negocjacjach rząd pełnił tylko i wyłącznie rolę regulatora.
Polityczne narzędzie
W pierwszym roku swej prezydentury Putin wykorzystał Gazprom do wykupienia opozycyjnej stacji telewizyjnej NTV. Od tego czasu, zabarwiony politycznie medialny biznes firmy rozrósł się do nieoczekiwanych rozmiarów, jednak z powodu bardzo złożonych i skomplikowanych układów partnerskich jego finanse w dużej mierze pozostają nieprzejrzyste.
Gdy Gazprom podniósł ceny dla nowopowstałych krajów demokratycznych otaczających Rosję, takich jak Ukraina, cele polityki zagranicznej Kremla i cele ekonomiczne naftowego giganta były w idealnej symbiozie: Putin skarcił w ten sposób sąsiadów, a Gazprom nabił sobie kiesę.
Kontrakty Gazpromu wiążą go z europejskimi odbiorcami i stan ten będzie trwał jeszcze długo w przyszłości. Jeśli wystąpiłyby w tym czasie problemy z produkcją, to ciężar ewentualnych niedostatków gazu odczują najprawdopodobniej zwykli Rosjanie.
Kupriajnow zaprzeczył, jakoby Gazprom miał problemy z wydobyciem. Jego zdaniem firma otwiera nowe pola, specjalnie po to, by sprostać długoterminowym zamówieniom klientów europejskich.
Dodał też, ze firma pozbywa się wielu pobocznych interesów, które były częstym celem krytyki analityków finansowych, by skupić się na inwestycjach w swoim głównym polu działania. Tylko w 2007 roku Gazprom sprzedał poboczne aktywa o łącznej wartości 38 miliardów rubli (1,6 miliarda dolarów).
Wielka Rosja, wielki Gazprom. A może odwrotnie?
Takie zapewnienia nie uciszyły krytyków Aleksieja Millera, mianowanego przez Putina dyrektora zarządzającego Gazpromu, który prawdopodobnie zostanie na stanowisku w epoce Miedwiediewa.
Michaił Deljagin, były doradca ekonomiczny prezydenta Borysa Jelcyna, jest sceptyczny względem zdolności Gazpromu do dostarczania gazu na czas. - Środki Gazpromu zostały rozproszone pośród tak wielu działalności pobocznych, że stał się on bardziej firmą finansową niż energetyczną , co zagraża jej zdolności do produkcji gazu - powiedział.
-Miller zamienił Gazprom w portfel Kremla, a nie da się wywiercić dziury portfelem - dodał.
Mimo to, dzięki cenom ropy sięgającym 125 dolarów za baryłkę, portfel Gazpromu staje się coraz grubszy z każdym rokiem.
Po inauguracji prezydentury Miediewiewa w zeszłym tygodniu, Gazprom przekroczył wartość General Electric i China Mobile, co czyni go trzecią co do wielkości firmą świata pod względem wartości rynkowej.
-Jeśli zdołają przełknąć pigułkę zwiększenia cen na rynku krajowym, to firma ta ma wielkie szanse zostać największą na świecie - powiedział James Fenker, dyrektor zarządzający Red Star Management - funduszu hedgingowego, który obraca akcjami Gazpromu - To nie taka odległa przyszłość - dodał.
Źródło: New York Times
Z całą pewnością Gazprom miał powody do świętowania. Jego prezes Dymitrij A. Miedwiediew, daleko popłynął na politycznej fali, zostając własnoręcznie naznaczonym następcą Putina. Choć Gazprom nie wahał się wydać znacznych kwot by zarezerwować występ Purpli i Tiny Turner - ulubionych muzyków Miedwiediewa - to możliwości jakie daje największej na świecie firmie wydobywającej gaz ziemny, posiadanie własnego człowieka na Kremlu, są bezcenne.
Kto jest kim?
-Koncert na Kremlu, był w porządku, ale nie był super - Ian Gillan, frontman Deep Purple, napisał w artykule dla Times of London. -Młodzi ludzie i większość młodszych dyrektorów byli gotowi, choć wciąż nerwowo spoglądali na swoich szefów, żeby ocenić, czy wolno im już poluzować krawaty. Tak jakby pytali: "Na ile możemy się bawić?"
Miedwiediew został zaprzysiężony na prezydenta w środę, po wygranych wyborach w na początku marca, a jego triumf potwierdza, że w dzisiejszej Rosji linia dzieląca wielki biznes i wielka politykę jest tak cienka, że w zasadzie nie istnieje.
Gazprom od zawsze miał bliskie związki z rządem, ale obrotowe drzwi między nimi ostatnio kręcą się bez przerwy: Miedwiediew, lat 42, zastępuje prezydenta Putina; Putin obejmuje stanowisko premiera, zastępując Wiktora Zubkowa, a ten ostatni prawdopodobnie obejmie stanowisko prezesa Gazpromu, zwalniane przez Miedwiediewa już na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy w czerwcu.
Bardziej wpływowy niż kiedykolwiek
- [Miedwiediew i Putin] są tak blisko wymarzonego przez Gazprom zespołu, jak to tylko możliwe - mówi Jonathan P. Stern, brytyjski analityk energetyczny i autor pracy "Przyszłość rosyjskiego gazu i Gazpromu".
Ciężko jest nie docenić roli Gazpromu w rosyjskiej ekonomii. Ta przerośnięta superfirma, która w zeszłym roku wyszarpała aż 91 miliardów dolarów, zatrudnia 432 tys. ludzi, płaci podatki równe 20 proc. budżetu Rosji i posiada swoje firmy córki w tak odległych od siebie branżach jak rolnictwo i lotnictwo.
Firma jest głównym dostawcą gazu ziemnego do Europy oraz staje się coraz ważniejszym źródłem gazu dla szybko rozwijających się rynków azjatyckich - Chin i Korei Południowej. W 2005 roku na żądanie Kremla kupiła piątą co do wielkości rosyjską firmę naftową od Romana Abramowicza. Jeśli wziąć pod uwagę produkcje ropy i gazu ziemnego razem, to Gazprom produkuje dziennie więcej energii niż Arabia Saudyjska.
Dzięki rekordowo wysokim cenom ropy Gazprom jest dziś bardziej wpływowy niż kiedykolwiek wcześniej, zarówno w kraju jak i za granicą. Przedstawiciele Gazpromu twierdzą, ze w 2014 roku ich firma prześcignie Exxon Mobil, i zostanie największa na świecie firmą w otwartym dostępie - to cel popierany przez Miedwiediewa, zanim jeszcze został on prezydentem.
Zamiast pocisków nuklearnych
Jeszcze podczas prezydentury Putina, pieniądze i ekonomiczna potęga Gazpromu były wykorzystywane w politycznych bojach prezydenta wewnątrz Rosji, by umocnić wpływy w byłych republikach radzieckich, oraz by zyskać stosowną dźwignię w kontaktach z krajami Europy zachodniej, zwiększając stopniowo ich zależność od rosyjskiego gazu, i krok po kroku odzyskując rosyjskie aktywa z rąk zachodnich spółek.
Teraz, gdy Rosja stara się odzyskać swoją pozycję geopolityczną, i siłę przebicia, którą miała w epoce ZSRR. Wykorzystuje w tym celu swoje ogromne zasoby energetyczne zamiast pocisków nuklearnych. Całkiem często sam Gazprom jest jedną z najpotężniejszych broni w rosyjskim arsenale.
W zeszłym roku, podczas konferencji prasowej Putin zaprzeczył, jakoby Rosja wykorzystywała swą potęgę ekonomiczną do realizacji celów politycznych. Jednak wiele osób się z nim nie zgadza. -Energia nie powinna być wykorzystywana jako narzędzie polityki, ale tak się dzieje - mówi Władimir Miłow , prezes Instytutu Polityki Energetycznej, niezależnej organizacji badawczej w Moskwie i były wiceminister energii. - Gazprom - dodaje - jest od czasu do czasu wykorzystywany jak bat, by karcić sąsiednie kraje.
Zimny gaz ziemny
Na syberyjskim polu naftowym Jużno - Ruskoje - należącym do Gazpromu, pod koniec zimy było tak lodowato, że kilkadziesiąt silników diesla musiało pracować 24 godziny na dobę, bo inaczej zamarzłyby i nie dałoby się ich uruchomić aż do wiosny. Każdej zimy kilku pracowników nabawia się poważnych odmrożeń.
- Po prostu trochę ci schodzi skóra - mówi Sergiej Koszel, specjalista od odwiertów, bagatelizując zagrożenie. Inny zwalisty mężczyzna, odrywa się na moment od pracy i przedstawia małą pantomimę obrazując problem. Sięga do ucha, odskubuje z niego nieistniejący płatek skóry i pstryka nim w śnieg, jakby był to niedopałek.
Rezerwy samego pola Jużno - Ruskoje sięgają 800 miliardów metrów sześciennych gazu ziemnego, czyli tyle, ile potrzeba, by sprostać zapotrzebowaniu USA przez ponad rok. To tylko pierwsze z pół tuzina ogromnych pól naftowych, planowanych na północy.
W ciągu najbliższych dwóch lat Gazprom zamierza potroić swoje nakłady w kluczowej dla firmy sferze eksploracji, wydobycia i transportu gazu - to wszystko wyłącznie po to, by utrzymać produkcję na obecnym poziomie. Inwestycje wzrosną do 969 miliardów rubli, czyli 45 miliardów dolarów w 2010 roku. W zeszłym roku wyniosły 330 miliardów rubli, czyli 14 miliardów dolarów.
By sfinansować swoją ekspansję w Arktyce, Gazprom stara się podnieść ceny gazu ziemnego na rynku krajowym i zagranicznym
W zeszłym roku wysunął pomysł stworzenia kartelu gazowego, podobnego do naftowego kartelu OPEC. Iran popiera tą ideę, ale Algieria, Katar i inni nie są przekonani. Kartel gazowy pozwoliłby Rosji zwiększyć wpływ na globalne rynki energetyczne, ale póki co nie wiadomo, jak mocno Rosjanie będą starali się przeforsować ten pomysł.
Obywatele nas nie obchodzą
Związki Gazpromu z rządem już w tej chwili zaczynają przynosić wymierne korzyści na rynku wewnętrznym. Dzięki polityce, której czempionem był Miedwiediew, gdy pełnił funkcję wicepremiera, rosyjscy konsumenci będą już wkrótce musieli za gaz ziemny płacić znacznie więcej niż dotychczas. Ceny maja się podnosić o 25 proc. rocznie, począwszy od tego roku, by osiągnąć stan równowagi ze światowymi cenami energii w 2011 roku.
Tego rodzaju inicjatywy polityczne oznaczają, ze zwykły Rosjanin już niedługo cieszyć się będzie tradycyjnym dostępem do taniej energii, i jasno pokazują, że rząd jest skłonny w znaczny sposób ułatwić Gazpromowi życie- niezależnie od społecznych konsekwencji tych działań.
Bogactwo Gazpromu czyni go niejako symbolem nowej Rosyjskiej potęgi i prestiżu na świecie, ale firma jest również doskonałym przykładem ryzyka państwowego kapitalizmu - marnotrawstwa i niskiej efektywności.
W latach dziewięćdziesiątych, Gazprom był archetypem niezreformowanego przedsiębiorstwa państwowego rodem z ZSRR. W czasie gdy firmy naftowe były prywatyzowane i sprzedawane rosyjskim, a nawet zagranicznym inwestorom, Gazprom pozostał pod kontrolą państwa. Sfinansował wiele projektów Kremla, oraz zapewnił wystawne życie całej rzeszy dyrektorów firmy.
Gazprom twierdzi, ze wiele inwestycji, którym przypięto łatkę politycznych - takich jak zakup stacji telewizyjnych czy gazet, w efekcie okazało się bardzo dochodowymi.
Tu rządzi Kreml
Obecnie rosyjscy przywódcy uważają Gazprom za wzór nowej polityki przemysłowej. Jej podstawowe założenia to to, by w zglobalizowanym świecie, strategiczne rosyjskie firmy pozostały pod kontrolą rządu, jednocześnie pozostając otwarte na kapitał i talenty inwestorów z Zachodu - dokładanie tak, jak Gazprom. To krok wstecz w kierunku sowieckiego modelu ekonomicznego, gdzie główny nacisk kładzie się na wielkość firm i projektów ekonomicznych, oraz gdzie wielką wiarę pokłada się w potędze kształtowania cen przez monopol.
Pod rządami Putina firmy naftowe wróciły pod kontrolę Kremla, dodatkowo powstało kilkadziesiąt korporacji giełdowych, które pozostają pod kontrolą państwa. Powstały w takich branżach jak energetyka, przemysł ciężki, lotnictwo i przemysł motoryzacyjny. To wcale nie koniec. Były wicepremier, Sergiej Iwanow, który jest teraz prezesem państwowego koncernu Unified Aircraft Corp., zaproponował stworzenie podobnych korporacji w branży radioelektronicznej, optycznej i podboju kosmosu.
Mimo swego bogactwa Gazprom musi zmierzyć się też z licznymi wyzwaniami ery Miedwiediewa.
Rosnące ceny stali, sprzętu i rosnące koszty zatrudnienia, zastały firmę na początku jej największego projektu kapitałowego od 20 lat. Tak jak inne rosyjskie firmy, Gazprom niewiele inwestował w utrzymanie i usprawnianie sprzętu w latach dziewięćdziesiątych. Ale czas wykorzystywania postsowieckiej infrastruktury dobiega końca, ponieważ spada wydobycie z pól naftowych, które zaczęto eksploatować w latach siedemdziesiątych.
By sprostać zamówieniom europejskim, jak i zapotrzebowaniu krajowemu, Gazprom będzie musiał wyłożyć przynajmniej 75 miliardów dolarów na uruchomienie wydobycia w swoich największych dwóch polach naftowych w Arktyce w ciągu najbliższej dekady, jak twierdza analitycy z Cambridge Energy Research Associates.
Umowy z Gazpromem nie są wiążące
Jednak eksploracja i wydobycie gazu ziemnego w regionach, gdzie temperatura potrafi spaść poniżej 50 stopni Celsjusza poniżej zera, jest wyzwaniem pod względem technologicznym, i jest nad wyraz kosztowne. Gazprom musi zbudować rurociągi, rafinerie, fabryki w których gaz będzie skraplany i całą infrastrukturę towarzyszącą - drogi, linie kolejowe i porty. By to wszystko zrealizować , będzie musiał przewieźć tysiące ton stali i ciężkiego sprzętu w sam środek wielkiego zamarzniętego bagna.
-Złożoność i rozmiar tych przedsięwzięć stanowi ogromne wyzwanie zarówno dla Rosji, jak i dla Gazpromu - mówi Witalij Jermakow, dyrektor badań Rosji i regionu Morza Kaspijskiego w Cambridge Energy Research Associates.
Zdaniem krytyków Gazprom wepchnął się łokciami w grono światowych gigantów energetycznych, często stosując mało finezyjne strategie, szczególnie w epoce Putina. Pole Jużno-Ruskoje, które Gazprom często podaje za przykład odrodzenia firmy, jest też często przywoływane przez jej krytyków.
Richard W. Moncrief naftowiec z Fort Worth, twierdzi, ze jest prawowitym właścicielem 40 proc. pola, które jak twierdzi legalnie nabył od Gazpromu w wyniku szeregu umów jakieś 10 lat temu. Uważa również, że Gazprom nie uznał jego kontraktu, dając niemieckiej firmie BASF, 35 proc. udziałów w polu naftowym. Moncrief pozwał Gazprom w Berlinie, wyceniając swoje udziały na 12 miliardów dolarów.
Gazprom utrzymuje, ze umowy nie były wiążące: - Firma zaprzecza, jakoby miała jakieś zobowiązania wobec Moncrief Oil w odniesieniu do pola Jużno-Ruskoje - czytamy w oficjalnym oświadczeniu Gazpromu.
Moncrief się nie zgadza, ale nie wierzy też w pozytywne dla siebie załatwienie sprawy.
-Nikomu jeszcze nie udało się osiągnąć takiego werdyktu sądowego, który zmusiłby rosyjską firmę do wywiązania się z kontraktu - powiedział w telefonicznym wywiadzie. - Koniec końców Rosjanie dostaną to, czego chcieli, sfinansują własne przedsięwzięcia pieniędzmi zachodnich firm.
Nieczysta gra
Zdaniem dyrektorów firm zachodnich, Kreml jest zawsze na zawołanie, gdy Gazprom potrzebuje wsparcia.
W zeszłym roku rosyjska spółka joint-venture, w której skład wchodzą między innymi BP, Alfa Group, Access Industries i Renova Group, zgodziło się sprzedać Gazpromowi wielkie syberyjskie pole gazowe po tym, jak rosyjski rząd zagroził spółce cofnięciem licencji na działanie w tym regionie. Gazprom zaproponował 700 do 900 milionów dolarów za udziały TNK-BP w polu gazowym oraz w miejscowej firmie dystrybucyjnej. To bardzo złożona transakcja, która wciąż jeszcze nie została zamknięta, jednak niezależnie od jej warunków analitycy są zgodni, że nie zrekompensuje ona BP utraty udziałów w polu Kowykta, które ponoć ma być niezwykle bogate, i już zainwestowanych tam milionów dolarów.
Rzecznik Gazpromu, Sergiej Kuprijanow powiedział, że Gazprom nie jest odpowiedzialny za problemy TNK-BP z rosyjskimi urzędami regulacyjnymi, a szczegóły oferty odzwierciedlają rzeczywistość rynkową.
Inne transakcje Gazpromu przebiegają według podobnych wzorców. W transakcjach z Shellem i BP, prezydent Putin osobiście spotykał się z dyrektorami tych koncernów. "Kremlolodzy" uważali nawet, że Putin chciałby w przyszłości zastąpić prezesa rady nadzorczej Gazpromu. Natomiast, zdaniem dyrektorów, Putin- były szpieg - wykazuje niezwykłe zainteresowanie biznesem naftowym i gazowym.
-Prezydent z całą pewnością wie o operacjach BP w Rosji tyle samo co ja - powiedział Anthony Hayward, dyrektor zarządzający BP, po spotkaniu z Putinem zeszłej wiosny, gdy prowadzono negocjacje dotyczące sprzedaży pola Kowykta Gazpromowi - Uwaga, jaką poświęca detalom przestała mnie zaskakiwać już jakiś czas temu.
Rzecznik Kremla, Dimitrij Pieskow, stwierdził, że w tych negocjacjach rząd pełnił tylko i wyłącznie rolę regulatora.
Polityczne narzędzie
W pierwszym roku swej prezydentury Putin wykorzystał Gazprom do wykupienia opozycyjnej stacji telewizyjnej NTV. Od tego czasu, zabarwiony politycznie medialny biznes firmy rozrósł się do nieoczekiwanych rozmiarów, jednak z powodu bardzo złożonych i skomplikowanych układów partnerskich jego finanse w dużej mierze pozostają nieprzejrzyste.
Gdy Gazprom podniósł ceny dla nowopowstałych krajów demokratycznych otaczających Rosję, takich jak Ukraina, cele polityki zagranicznej Kremla i cele ekonomiczne naftowego giganta były w idealnej symbiozie: Putin skarcił w ten sposób sąsiadów, a Gazprom nabił sobie kiesę.
Kontrakty Gazpromu wiążą go z europejskimi odbiorcami i stan ten będzie trwał jeszcze długo w przyszłości. Jeśli wystąpiłyby w tym czasie problemy z produkcją, to ciężar ewentualnych niedostatków gazu odczują najprawdopodobniej zwykli Rosjanie.
Kupriajnow zaprzeczył, jakoby Gazprom miał problemy z wydobyciem. Jego zdaniem firma otwiera nowe pola, specjalnie po to, by sprostać długoterminowym zamówieniom klientów europejskich.
Dodał też, ze firma pozbywa się wielu pobocznych interesów, które były częstym celem krytyki analityków finansowych, by skupić się na inwestycjach w swoim głównym polu działania. Tylko w 2007 roku Gazprom sprzedał poboczne aktywa o łącznej wartości 38 miliardów rubli (1,6 miliarda dolarów).
Wielka Rosja, wielki Gazprom. A może odwrotnie?
Takie zapewnienia nie uciszyły krytyków Aleksieja Millera, mianowanego przez Putina dyrektora zarządzającego Gazpromu, który prawdopodobnie zostanie na stanowisku w epoce Miedwiediewa.
Michaił Deljagin, były doradca ekonomiczny prezydenta Borysa Jelcyna, jest sceptyczny względem zdolności Gazpromu do dostarczania gazu na czas. - Środki Gazpromu zostały rozproszone pośród tak wielu działalności pobocznych, że stał się on bardziej firmą finansową niż energetyczną , co zagraża jej zdolności do produkcji gazu - powiedział.
-Miller zamienił Gazprom w portfel Kremla, a nie da się wywiercić dziury portfelem - dodał.
Mimo to, dzięki cenom ropy sięgającym 125 dolarów za baryłkę, portfel Gazpromu staje się coraz grubszy z każdym rokiem.
Po inauguracji prezydentury Miediewiewa w zeszłym tygodniu, Gazprom przekroczył wartość General Electric i China Mobile, co czyni go trzecią co do wielkości firmą świata pod względem wartości rynkowej.
-Jeśli zdołają przełknąć pigułkę zwiększenia cen na rynku krajowym, to firma ta ma wielkie szanse zostać największą na świecie - powiedział James Fenker, dyrektor zarządzający Red Star Management - funduszu hedgingowego, który obraca akcjami Gazpromu - To nie taka odległa przyszłość - dodał.
Źródło: New York Times
Tuesday, May 20, 2008
Niewidzialne lubią się kochać
Za Gazeta wyborcza.
W Polsce 22 proc. rodziców nie życzyłoby sobie, żeby ich dziecko związało się z osobą niepełnosprawną. Czy niepełnosprawne tworzą związki najczęściej z niepełnosprawnymi?
Alicja Długołęcka: W krajach o wysokim wskaźniku integracji prawie 80 proc. mężczyzn niepełnosprawnych ma pełnosprawne żony. Związki niepełnosprawnych kobiet z pełnosprawnymi rozpadają się o wiele częściej. Powody są natury społecznej. Matki pełnosprawnych mężczyzn wywierają na synów negatywną presję. Jak żona na wózku zajmie się ich pupilkiem, poprowadzi mu dom, gospodarstwo? Jeśli mężczyzna nie ma silnego kręgosłupa, przegra z naciskami.
Anna Werenc: Teściowe mówią dosadnie: 'Stać cię na lepszą dziewczynę! A nie taką, którą będziesz się musiał opiekować. Jaki ciężar ty na siebie bierzesz!'.
A.D.: Do teściowych dokładają się jeszcze koledzy licytujący się między sobą kolejnymi zdobycznymi partnerkami. Rezultat jest taki, że związki niepełnosprawnych lepiej rokują, bo rzeczywistość i doświadczenia partnerów są podobne. Ale osoby niepełnosprawne interesują się w równym stopniu pełnosprawnymi.
Jak reagują na to pełnosprawni?
A.D.: Lękiem. Moi studenci rehabilitanci zakładają, że są to osoby głodne uczuć, że dziewczyny się w nich zakochają i emocjonalnie na nich zawisną, a oni nie będą wiedzieli, jak wytworzyć zdrowy dystans. Zakładają, że one nie potrafią zachować granicy. Boją się, że niepełnosprawną łatwiej urazić. Starają się pomijać ich płeć.
Co radzisz swoim rehabilitantom?
A.D.: Zachowywać się tak jak wobec kobiety pełnosprawnej. Dla niepełnosprawnej to będzie trening relacji damsko-męskich. Często przechodzi go później niż inni, bo ze względu na klosz wytworzony przez rodziców wiele z nich nie miało wystarczająco wielu różnorodnych kontaktów z rówieśnikami. Ileś razy trzeba dostać kosza, żeby się dowiedzieć, na czym polega bycie nachalną wobec mężczyzny, co się facetom nie podoba, a co na nich działa. Tego się trzeba nauczyć w praniu, czyli w tysiącach życiowych sytuacji opartych na flircie.
A flirt to luz, swoboda, żart. Społeczeństwo traktuje niepełnosprawnych śmiertelnie poważnie. Na jednej z konferencji o niepełnosprawności puszczono nam ścieżki dźwiękowe z zagranicznych programów telewizyjnych. Nawet nie znając języka, można było rozpoznać, kiedy była mowa o niepełnosprawnych - komentator przybiera wtedy ton tragiczny i zatroskany: 'Oto bohaterskie osoby pokonują przeciwności losu'.
A.W.: Żyć z niepełnosprawnością oznacza nie tylko znać swoją chorobę, dążyć do usprawnienia przez rehabilitację. Musimy nauczyć się ze swojej niepełnosprawności żartować. Jeśli poznaję nowych ludzi i widzę, że dla nich to jest kłopotliwe, oswajam ich ze sobą. Staram się być delikatna. Jeśli ktoś chce rozmawiać o przyczynie czy skutkach niepełnosprawności - odpowiadam. Czasem nie trzeba mówić. Moi znajomi najważniejszych rzeczy o mojej chorobie dowiedzieli się poprzez wspólne przebywanie. Pamiętam ich olśnienia w rodzaju: 'O Boże, Ania, tobie jest trudno zamiatać!'.
Nie dość, że musisz sobie radzić z niepełnosprawnością, to jeszcze z oswajaniem pełnosprawnych. Nie wkurza cię to?
A.W.: Nie. Tylko w ten sposób można zmienić sposób myślenia. Osoby pełnosprawne boją się zadawać pytania, bo nie chcą zranić. Ja z kolei nie przewidzę wszystkich pytań, które chcieliby zadać. Wolę, żeby pytali. Ludzi pełnosprawnych trzeba oswajać z różnymi typami odmienności. Jeszcze w latach 80. o osobach niepełnosprawnych się nie mówiło. Niepełnosprawni nie pracowali, nie wchodzili w relacje społeczne, nie uczestniczyli w codziennym życiu. Byli niewidzialni. W szkole podstawowej byłam jedyną niepełnosprawną.
Wiele szkół dla niepełnosprawnych ma internaty. To tam powstają związki niepełnosprawnych?
A.D.: Przeciwnie. W internatach wielu marzy o Bóg wie kim i popada w przygnębienie, bo nie może znaleźć partnera. Niepełnosprawnych rówieśników pod bokiem nie do końca traktują jak potencjalnych partnerów.
A.W.: Czasami chcą mieć partnerów pełnosprawnych. Chcą się dowartościować, czując, że mogą zaimponować komuś zdrowemu, wejść z nim w bliską relację. Szukają kogoś, kto im będzie pomagał.
A.D.: Pełnosprawni też to mają: panowie wyrywają dziewczyny, żeby się pochwalić, dziewczyny podrywają przystojniaków, bo to będzie dowodem ich atrakcyjności.
Jak się ma niepełnosprawność do sprawności seksualnej?
A.D.: U mężczyzn niepełnosprawność ruchowa powoduje - w przypadku urazów rdzenia kręgowego - problemy z erekcją i wytryskiem. Dlatego rehabilitacja seksualna mężczyzny wbrew pozorom jest łatwiejsza: trzeba go dobrze zdiagnozować, dać pomoc medyczną i psychologiczną. Moi podopieczni mówią: 'Mam motywację do podrywania, bo wiem, że mam urządzenie lub tabletkę, która w razie czego pomoże mi w reaktywności na bodźce. Bez tego czuję się do niczego - jestem impotentem i mam depresję'.
W USA mężczyznom po wypadku lekarz puszcza film instruktażowy, który wygląda jak film pornograficzny, z tą różnicą, że ma medyczny komentarz, a bohaterem jest niepełnosprawny. Działa się szybko, jeszcze w fazie urazu, kiedy pacjent jest załamany. Trzeba mu szybko wpisać w podświadomość przekonanie, że niepełnosprawność nie oznacza braku życia seksualnego.
Są analogiczne filmy dla kobiet?
A.D.: Nie ma, a szkoda. U kobiet nie ma żadnych medycznych przeciwwskazań do uprawiania seksu, ale niepełnosprawność uderza najmocniej w ich poczucie atrakcyjności. A problemy seksualne wpływają na wszystkie aspekty życia, szczególnie na kontakty interpersonalne.
Dlaczego kobiety niepełnosprawne czują się mniej atrakcyjne niż niepełnosprawni mężczyźni?
A.W.: 'Pomaga' im w tym stereotyp. Dziewczyny na wózkach, które studiują, awansują, robią karierę, są 'dzielne'. A faceci na swojej dzielności ugrywają także męskość: co z tego, że nie potrafi grać w piłkę, skoro jest specem od komputerów? Świetna informatyczka nie będzie dzięki swojej pasji i zawodowi bardziej kobieca. Intelektualna praca mężczyźnie dodaje męskości, kobiecie kobiecości - nie.
A.D.: Jedna z moich magistrantek przebadała młodych rehabilitantów. Studenci dostawali zdjęcia różnych kobiet, do każdego przyporządkowywali emocje: pożądanie, kumplostwo, miłość, seksapil itd. Tylko dwa zdjęcia zebrały skojarzenia negatywne: całkiem atrakcyjnej kobiety, ale w średnim wieku, i kobiety na wózku. Pierwszej przypisano nudę i problemy, drugiej - smutek i samotność. Kobieta starsza jest nieinteresująca, a niepełnosprawna na pewno ma problemy i nie ma partnera - taki jest stereotyp.
W teście zdań niedokończonych: 'Kobieta jest jak...', z reguły ludzie kojarzą kobiety ze smakowitościami i kwiatami. Piszą: cukierek, kwiat, ciasteczko, róża itd. Zdanie: 'Kobieta na wózku jest...', najczęściej kończą: 'jak każda inna kobieta' albo 'niczym się nie różni'. Wszyscy jesteśmy w tej kwestii niewolnikami nijakiej poprawności, zarówno osoby pełno-, jak i niepełnosprawne.
Albo kobiecość, albo niepełnosprawność?
A.D.: Kiedy rodzi się dziecko niepełnosprawne, jego płeć schodzi na dalszy plan. Otoczenie ma podejście rehabilitacyjne - o wiele ważniejsze jest spotkanie z logopedą i masażystą niż seksuologiem.
A.W.: Osoby, które niepełnosprawność nabyły, mają inną sytuację. W samym środowisku jest podział na zdrowych, ale po wypadku, i na niepełnosprawnych.
A.D.: Ci, którzy stracili sprawność, mają z reguły o wiele wyższą motywację do jej poprawiania, są nastawieni na pełną rehabilitację, również seksualną. Niepełnosprawni od urodzenia częściej cierpią na niepełnosprawność wtórną, wywołaną sposobem wychowania.
A.W.: Jeżeli rodzice wyręczają dziecko we wszystkim, ograniczają jego kontakty z rówieśnikami, to przyczyniają się do jego niepełnosprawności.
A.D.: Takie dziecko nie przechodzi przez trening zachowań płciowych, który zaczyna się już w przedszkolu - chłopaki walczą z dziewczynami, zakochują się, podrywają, flirtują. Dzieciom niepełnosprawnym kupuje się zabawki edukacyjne i stymulujące rozwój, a nie te, które pokazują role płciowe: lalki, misie, samochodziki. To samo widać w sposobie ubierania - rodzice ubierają dzieci niepełnosprawne na sportowo, czyli apłciowo. Tymczasem 'małe kobietki i mężczyźni' wzbudzają inne reakcje otoczenia niż dziewczynki i chłopcy ubierani w wygodny dres. A reakcje otoczenia wzmacniają w dziecku poczucie własnej wartości. Szczególną rolą ojca jest dać dziewczynce poczucie, że jest ładną, atrakcyjną, wspaniałą kobietą. Tym bardziej należy to robić wobec dziewczynek niepełnosprawnych. One słyszą tylko: 'Jaka jesteś dzielna!', ale prawie nigdy nie słyszą: 'Jaka jesteś piękna!'.
A.W.: To samo dotyczy toalet: jest męska, żeńska i niepełnosprawna. Jakbyśmy należeli do trzeciej płci. Aseksualnej.
A.D.: Tymczasem w procesie integracji społecznej są dwa najważniejsze wymiary: praca zawodowa i wchodzenie w związki. Pierwszy daje niezależność. Drugi - poczucie szczęścia i spełnienia. Temat pracy zawodowej niepełnosprawnych zaistniał. O przystosowaniu do życia seksualnego i do bycia w związku w ogóle się u nas nie mówi.
Jeśli chodzi o relacje damsko-męskie, integracja to fikcja?
A.D.: Prawdziwy dramat zaczyna się w okresie dojrzewania. To 'ciężki' wiek. Dzieciaki nie interesują się walorami psychicznymi, tylko patrzą, komu pierwszemu rosną piersi, komu wąs się sypie, kto jest zgrabniejszy i kto ma lepsze ciuchy. W tym wyścigu niepełnosprawni odpadają. Wcześniej mogło być dobrze, ale w tym wieku następuje regres. Dziewczyny na wózkach mogą być koleżankami, ale nie 'laskami'. Szansa na polepszenie powraca dopiero w okresie studenckim.
Delikatne, aseksualne, głodne uczuć. Jakie są jeszcze stereotypy na temat niepełnosprawnych kobiet?
A.D.: Najbardziej popularny - niestety, nawet wśród lekarzy - to taki, że kobieta na wózku nie może mieć dzieci. A jeśli już może rodzić, to nie drogą naturalną. Tymczasem o ile dla niepełnosprawnych mężczyzn motywacją, żeby się zabrać do seksu, jest udowodnienie sprawności, o tyle dla kobiet - macierzyństwo. W przypadku dużych napięć spastycznych pacjentki lekarze zakładają kłopoty, więc mówią jej, że nie może mieć dzieci. To nie jest prawdziwa informacja. Sama znam takie matki. Ich największym kłopotem był nie poród, lecz znalezienie lekarza, który zgodziłby się poprowadzić ciążę.
W projekcie aktywizacji kobiet niepełnosprawnych, który przygotowujecie, namawiacie dziewczyny do pełnej diagnostyki ginekologicznej i seksuologicznej.
A.D.: Z tym jest fatalnie. Dziewczyny na wózkach mają typowe babskie problemy - np. grzybicę pochwy - częściej niż pełnosprawne, bo cały czas siedzą. Czasem w pieluchach. Znajoma na wózku poszła do ginekologa ze stanem zapalnym. Z historii choroby wynikało, że trzeba ją zbadać, ustalić antykoncepcję, wyleczyć. I że miała niejednego partnera. Tymczasem lekarz powiedział: 'Nie zbadam pani, bo pewnie pani jest dziewicą'. Zastrzelił ją tym. Wycofała się. Drugi raz poszła dopiero po latach.
Jaki powinien być standard?
A.D.: Poszłam z dziewczyną na wózku na wizytę. Pielęgniarki rozmawiały o nas w trzeciej osobie: 'Jak my ją posadzimy, jak my ją przeniesiemy?'. To niedopuszczalne. Personel powinien być przygotowany, że w odpowiednim momencie wchodzi, pomaga przenieść na fotel, wychodzi - a nie gapi się w trakcie badania, udając, że asystuje - i przychodzi znowu, jak badana się już ubierze.
Ginekolog - rozumiem. A seksuolog?
A.D.: Po pierwsze, to rodzice dzieci niepełnosprawnych powinni być szkoleni u seksuologów.
Jakie błędy popełniają rodzice?
A.D.: Zostałam zaproszona przez niepełnosprawnych ruchowo na warsztaty o seksualności. Średnia wieku wynosiła 30 lat. Okazało się, że oni nie mogą realizować swoich potrzeb seksualnych, bo rodzice traktują ich dalej jak dzieci. Po szkoleniu zaproponowałam tym rodzicom spotkanie. Odmówili, mówiąc, że oni seksualnych problemów nie mają.
A.W.: Rodzice niechętnie reagują na partnerów niepełnosprawnych dzieci. Zawsze podają w wątpliwość, czy będzie wystarczająco dobrym opiekunem, czy da sobie radę, nie zaniedba. A może powinien, bo zmobilizowałby samą niepełnosprawną do większej aktywności? Miłość to nie nadopiekuńczość.
A.D.: Kiedy robię szkolenia dla rodziców, zaczynam od strasznego pytania: 'Jak sobie państwo wyobrażają przyszłość swoich dorosłych niepełnosprawnych dzieci, kiedy was zabraknie?'. Płaczą. Boją się tego tematu jak ognia, a przecież ich dorosłe dzieci muszą żyć na własny rachunek, nawet jeśli to będzie w jakimś ośrodku.
Jak zachowywać się wobec niepełnosprawnych dzieci, by budować ich poczucie wartości i samodzielności?
A.W.: Traktować je w taki sam sposób jak osoby sprawne, jeśli rodzaj niepełnosprawności tego nie wymaga. Pamiętam, jak uczyłam się chodzić. To duży wysiłek, nie zawsze się chce. Kiedy marudziłam, tata zapytał: 'Ania, a jak dorośniesz, to na randki też ja cię będę prowadzał?'. Moi starsi bracia zabierali mnie na imprezy. A koleżanki z internatu opowiadały, że jak do ich braci przychodzą znajomi, one są zamykane w drugim pokoju. Dla nich to jest informacja, że są czymś wstydliwym.
A.D.: Wszyscy rodzice muszą uważać, co mówią i jak mówią. Zwłaszcza w okresie dojrzewania. Wystarczy, że matka raz powie córce: 'Nie zakładaj tej spódnicy, bo masz za grube łydki', i dziewczyna może być 'ugotowana' na całe życie. Jeśli ciało córki nie jest do końca takie samo jak innych, to tym bardziej trzeba ją z nim oswajać. Niech dziewczyna, mając cztery lata, chodzi na basen, bo jak będzie miała 15, nie poczuje wstydu na plaży. Niepełnosprawna powinna być wyedukowana seksualnie lepiej niż jej rówieśniczki, bo może jej być ciężej. Ważne, żeby nie miała negatywnego stosunku do masturbacji, bo trening masturbacyjny jest wstępem do seksu z drugą osobą.
Matki w ogóle rzadko rozmawiają z córkami o seksie.
A.D.: Matki postrzegają swoje niepełnosprawne córki jako osoby zupełnie nieporadne i nieasertywne, więc temat seksu pojawia się tylko w kontekście nadużyć. Często wręcz boją się atrakcyjności córek, bo to zwiększa ryzyko, że ktoś ich dziecko wykorzysta. W efekcie robią wszystko, by uchronić córkę przed wzrokiem mężczyzn.
Jeśli dziewczynka na wózku nie dostała informacji o swojej atrakcyjności, to jak jej pomóc, gdy jest już dorosła?
A.D.: Chcemy wyszkolić młode liderki, które będą niejako świecić przykładem. 'Lwice', które chcą czegoś więcej od życia, dobrze radzą sobie z niepełnosprawnością i zmianami społecznymi.
Uważam, że dla kobiet niepełnosprawnych jedyną drogą jest nonkonformizm, samoświadomość, wykształcenie. Uwolnienie samej siebie ze stereotypów, wychodzenie z szablonu, w który są wtłaczane - 'feministyczny duch'. Nasze dziewczyny mogą być liderkami także dla kobiet starszych.
A.W.: W moim życiu bardzo ważne były osoby, które pokazywały, że niepełnosprawność nie determinuje ich całego życia, nie zasłania horyzontu. Zawsze kiedy wchodzę do nowej grupy, staję przed zadaniem pokazania, że wózek jest tylko częścią mnie.
Część pierwsza waszego projektu to diagnoza. Alicjo, robisz badania naukowe na temat seksualności kobiet niepełnosprawnych: ich współżycia, samopoznania, masturbacji, fantazji seksualnych.
A.D.: Rezultatem badań ma być projekt praktyczny. Tworzymy model szkolenia rehabilitantów, seksuologów, ginekologów, psychologów. Specjalistów, do których będą się mogli zwrócić także rodzice niepełnosprawnego dziecka. Rodzice wzrastali w świecie, w którym był inny obraz niepełnosprawnych, więc inny do nich stosunek. Na szczęście standardy się zmieniają.
Z jakim obrazem niepełnosprawnych się konfrontujecie?
A.D.: Żałosnym.
A.W.: Ostatnio na ulicy zaczepiłam mężczyznę, aby pomógł mi w pokonaniu schodów. Powiedział: 'Nie mam pieniędzy'. Po chwili zmieszał się i przeprosił. Mnie ta sytuacja rozbawiła.
A.D.: W 2003 r. z okazji Roku Osób Niepełnosprawnych nakręcono w Polsce dwie reklamy społeczne. Pierwszy spot: jezdnia; facet niebezpiecznie zajeżdża drogę drugiemu. Oba wozy dojeżdżają do stacji benzynowej, żona kierowcy drugiego samochodu pokazuje mężowi, że tamten facet zaparkował obok. Mąż wybiega w wojennym nastroju. Zatrzymuje się w pół kroku, widząc, że mężczyzna, który przed chwilą omal nie spowodował wypadku, przesiada się właśnie z fotela na wózek inwalidzki. Na koniec hasło: 'Traktuj nas tak jak każdego'. Drugi spot: kobieta w biurze odbija coś na ksero. Kolega z pracy klepie ją w pupę. Ona zbulwersowana odwraca się, żeby dać mu w pysk. Zamiera, bo widzi faceta na wózku. I znowu komentarz: 'Dlaczego nie traktujesz nas normalnie?'. Pierwszą reklamę TVP zdjęło z anteny, drugiej nie pokazano w ogóle. Uznano, że reklamy przedstawiają niepełnosprawnych w negatywnym świetle! Tymczasem ich pomysłodawcami były osoby niepełnosprawne.
Niepełnosprawni muszą być łagodni i potulni?
A.W.: To następny stereotyp - dobrej i porządnej osoby. Wózek czy kule nie predestynują mnie do świętości. Niepełnosprawni bywają tak samo roszczeniowi, nieporadni, chamscy jak w każdej innej grupie społecznej. Wiesz, co mnie denerwuje najbardziej? W wielu tekstach dziennikarskich da się zauważyć taką tendencję: seks z osobą niepełnosprawną jest wspaniały nie przez to, że jest to przeżycie satysfakcjonujące, tylko że ma większą wartość ludzką. Tak jakby osoby niepełnosprawne uprawiały seks wyłącznie z wielkiej miłości, a osoby zdrowe bardzo się poświęcały.
A.D.: Jak zabierałam się do badań, też miałam ten stereotyp. Jedna z pierwszych dziewczyn, która do mnie przyszła, opowiedziała, że sypia z żonatym i dzieciatym sąsiadem, który wpada do niej, jak wypije. Mówiła, że dla niej to dość upokarzające, ale lepsze niż nic. Potem słyszałam to wielokrotnie. Dużo niepełnosprawnych dziewczyn decyduje się na seks, żeby w ogóle zobaczyć, co to jest. Chcą się przekonać, że druga osoba nie czuje do nich fizycznego obrzydzenia. A często się tego boją. Czasem godzą się na ryzykowne formy współżycia, żeby się dowartościować. Kolejność jest taka: mogę działać erotycznie na faceta, mogę odczuwać przyjemność seksualną, mogę wybrać partnera. To jest działanie instynktowne. A dla niektórych kobiet - droga wychodzenia z bardzo niskiej samooceny. Nie wolno nam tego oceniać.
W Polsce 22 proc. rodziców nie życzyłoby sobie, żeby ich dziecko związało się z osobą niepełnosprawną. Czy niepełnosprawne tworzą związki najczęściej z niepełnosprawnymi?
Alicja Długołęcka: W krajach o wysokim wskaźniku integracji prawie 80 proc. mężczyzn niepełnosprawnych ma pełnosprawne żony. Związki niepełnosprawnych kobiet z pełnosprawnymi rozpadają się o wiele częściej. Powody są natury społecznej. Matki pełnosprawnych mężczyzn wywierają na synów negatywną presję. Jak żona na wózku zajmie się ich pupilkiem, poprowadzi mu dom, gospodarstwo? Jeśli mężczyzna nie ma silnego kręgosłupa, przegra z naciskami.
Anna Werenc: Teściowe mówią dosadnie: 'Stać cię na lepszą dziewczynę! A nie taką, którą będziesz się musiał opiekować. Jaki ciężar ty na siebie bierzesz!'.
A.D.: Do teściowych dokładają się jeszcze koledzy licytujący się między sobą kolejnymi zdobycznymi partnerkami. Rezultat jest taki, że związki niepełnosprawnych lepiej rokują, bo rzeczywistość i doświadczenia partnerów są podobne. Ale osoby niepełnosprawne interesują się w równym stopniu pełnosprawnymi.
Jak reagują na to pełnosprawni?
A.D.: Lękiem. Moi studenci rehabilitanci zakładają, że są to osoby głodne uczuć, że dziewczyny się w nich zakochają i emocjonalnie na nich zawisną, a oni nie będą wiedzieli, jak wytworzyć zdrowy dystans. Zakładają, że one nie potrafią zachować granicy. Boją się, że niepełnosprawną łatwiej urazić. Starają się pomijać ich płeć.
Co radzisz swoim rehabilitantom?
A.D.: Zachowywać się tak jak wobec kobiety pełnosprawnej. Dla niepełnosprawnej to będzie trening relacji damsko-męskich. Często przechodzi go później niż inni, bo ze względu na klosz wytworzony przez rodziców wiele z nich nie miało wystarczająco wielu różnorodnych kontaktów z rówieśnikami. Ileś razy trzeba dostać kosza, żeby się dowiedzieć, na czym polega bycie nachalną wobec mężczyzny, co się facetom nie podoba, a co na nich działa. Tego się trzeba nauczyć w praniu, czyli w tysiącach życiowych sytuacji opartych na flircie.
A flirt to luz, swoboda, żart. Społeczeństwo traktuje niepełnosprawnych śmiertelnie poważnie. Na jednej z konferencji o niepełnosprawności puszczono nam ścieżki dźwiękowe z zagranicznych programów telewizyjnych. Nawet nie znając języka, można było rozpoznać, kiedy była mowa o niepełnosprawnych - komentator przybiera wtedy ton tragiczny i zatroskany: 'Oto bohaterskie osoby pokonują przeciwności losu'.
A.W.: Żyć z niepełnosprawnością oznacza nie tylko znać swoją chorobę, dążyć do usprawnienia przez rehabilitację. Musimy nauczyć się ze swojej niepełnosprawności żartować. Jeśli poznaję nowych ludzi i widzę, że dla nich to jest kłopotliwe, oswajam ich ze sobą. Staram się być delikatna. Jeśli ktoś chce rozmawiać o przyczynie czy skutkach niepełnosprawności - odpowiadam. Czasem nie trzeba mówić. Moi znajomi najważniejszych rzeczy o mojej chorobie dowiedzieli się poprzez wspólne przebywanie. Pamiętam ich olśnienia w rodzaju: 'O Boże, Ania, tobie jest trudno zamiatać!'.
Nie dość, że musisz sobie radzić z niepełnosprawnością, to jeszcze z oswajaniem pełnosprawnych. Nie wkurza cię to?
A.W.: Nie. Tylko w ten sposób można zmienić sposób myślenia. Osoby pełnosprawne boją się zadawać pytania, bo nie chcą zranić. Ja z kolei nie przewidzę wszystkich pytań, które chcieliby zadać. Wolę, żeby pytali. Ludzi pełnosprawnych trzeba oswajać z różnymi typami odmienności. Jeszcze w latach 80. o osobach niepełnosprawnych się nie mówiło. Niepełnosprawni nie pracowali, nie wchodzili w relacje społeczne, nie uczestniczyli w codziennym życiu. Byli niewidzialni. W szkole podstawowej byłam jedyną niepełnosprawną.
Wiele szkół dla niepełnosprawnych ma internaty. To tam powstają związki niepełnosprawnych?
A.D.: Przeciwnie. W internatach wielu marzy o Bóg wie kim i popada w przygnębienie, bo nie może znaleźć partnera. Niepełnosprawnych rówieśników pod bokiem nie do końca traktują jak potencjalnych partnerów.
A.W.: Czasami chcą mieć partnerów pełnosprawnych. Chcą się dowartościować, czując, że mogą zaimponować komuś zdrowemu, wejść z nim w bliską relację. Szukają kogoś, kto im będzie pomagał.
A.D.: Pełnosprawni też to mają: panowie wyrywają dziewczyny, żeby się pochwalić, dziewczyny podrywają przystojniaków, bo to będzie dowodem ich atrakcyjności.
Jak się ma niepełnosprawność do sprawności seksualnej?
A.D.: U mężczyzn niepełnosprawność ruchowa powoduje - w przypadku urazów rdzenia kręgowego - problemy z erekcją i wytryskiem. Dlatego rehabilitacja seksualna mężczyzny wbrew pozorom jest łatwiejsza: trzeba go dobrze zdiagnozować, dać pomoc medyczną i psychologiczną. Moi podopieczni mówią: 'Mam motywację do podrywania, bo wiem, że mam urządzenie lub tabletkę, która w razie czego pomoże mi w reaktywności na bodźce. Bez tego czuję się do niczego - jestem impotentem i mam depresję'.
W USA mężczyznom po wypadku lekarz puszcza film instruktażowy, który wygląda jak film pornograficzny, z tą różnicą, że ma medyczny komentarz, a bohaterem jest niepełnosprawny. Działa się szybko, jeszcze w fazie urazu, kiedy pacjent jest załamany. Trzeba mu szybko wpisać w podświadomość przekonanie, że niepełnosprawność nie oznacza braku życia seksualnego.
Są analogiczne filmy dla kobiet?
A.D.: Nie ma, a szkoda. U kobiet nie ma żadnych medycznych przeciwwskazań do uprawiania seksu, ale niepełnosprawność uderza najmocniej w ich poczucie atrakcyjności. A problemy seksualne wpływają na wszystkie aspekty życia, szczególnie na kontakty interpersonalne.
Dlaczego kobiety niepełnosprawne czują się mniej atrakcyjne niż niepełnosprawni mężczyźni?
A.W.: 'Pomaga' im w tym stereotyp. Dziewczyny na wózkach, które studiują, awansują, robią karierę, są 'dzielne'. A faceci na swojej dzielności ugrywają także męskość: co z tego, że nie potrafi grać w piłkę, skoro jest specem od komputerów? Świetna informatyczka nie będzie dzięki swojej pasji i zawodowi bardziej kobieca. Intelektualna praca mężczyźnie dodaje męskości, kobiecie kobiecości - nie.
A.D.: Jedna z moich magistrantek przebadała młodych rehabilitantów. Studenci dostawali zdjęcia różnych kobiet, do każdego przyporządkowywali emocje: pożądanie, kumplostwo, miłość, seksapil itd. Tylko dwa zdjęcia zebrały skojarzenia negatywne: całkiem atrakcyjnej kobiety, ale w średnim wieku, i kobiety na wózku. Pierwszej przypisano nudę i problemy, drugiej - smutek i samotność. Kobieta starsza jest nieinteresująca, a niepełnosprawna na pewno ma problemy i nie ma partnera - taki jest stereotyp.
W teście zdań niedokończonych: 'Kobieta jest jak...', z reguły ludzie kojarzą kobiety ze smakowitościami i kwiatami. Piszą: cukierek, kwiat, ciasteczko, róża itd. Zdanie: 'Kobieta na wózku jest...', najczęściej kończą: 'jak każda inna kobieta' albo 'niczym się nie różni'. Wszyscy jesteśmy w tej kwestii niewolnikami nijakiej poprawności, zarówno osoby pełno-, jak i niepełnosprawne.
Albo kobiecość, albo niepełnosprawność?
A.D.: Kiedy rodzi się dziecko niepełnosprawne, jego płeć schodzi na dalszy plan. Otoczenie ma podejście rehabilitacyjne - o wiele ważniejsze jest spotkanie z logopedą i masażystą niż seksuologiem.
A.W.: Osoby, które niepełnosprawność nabyły, mają inną sytuację. W samym środowisku jest podział na zdrowych, ale po wypadku, i na niepełnosprawnych.
A.D.: Ci, którzy stracili sprawność, mają z reguły o wiele wyższą motywację do jej poprawiania, są nastawieni na pełną rehabilitację, również seksualną. Niepełnosprawni od urodzenia częściej cierpią na niepełnosprawność wtórną, wywołaną sposobem wychowania.
A.W.: Jeżeli rodzice wyręczają dziecko we wszystkim, ograniczają jego kontakty z rówieśnikami, to przyczyniają się do jego niepełnosprawności.
A.D.: Takie dziecko nie przechodzi przez trening zachowań płciowych, który zaczyna się już w przedszkolu - chłopaki walczą z dziewczynami, zakochują się, podrywają, flirtują. Dzieciom niepełnosprawnym kupuje się zabawki edukacyjne i stymulujące rozwój, a nie te, które pokazują role płciowe: lalki, misie, samochodziki. To samo widać w sposobie ubierania - rodzice ubierają dzieci niepełnosprawne na sportowo, czyli apłciowo. Tymczasem 'małe kobietki i mężczyźni' wzbudzają inne reakcje otoczenia niż dziewczynki i chłopcy ubierani w wygodny dres. A reakcje otoczenia wzmacniają w dziecku poczucie własnej wartości. Szczególną rolą ojca jest dać dziewczynce poczucie, że jest ładną, atrakcyjną, wspaniałą kobietą. Tym bardziej należy to robić wobec dziewczynek niepełnosprawnych. One słyszą tylko: 'Jaka jesteś dzielna!', ale prawie nigdy nie słyszą: 'Jaka jesteś piękna!'.
A.W.: To samo dotyczy toalet: jest męska, żeńska i niepełnosprawna. Jakbyśmy należeli do trzeciej płci. Aseksualnej.
A.D.: Tymczasem w procesie integracji społecznej są dwa najważniejsze wymiary: praca zawodowa i wchodzenie w związki. Pierwszy daje niezależność. Drugi - poczucie szczęścia i spełnienia. Temat pracy zawodowej niepełnosprawnych zaistniał. O przystosowaniu do życia seksualnego i do bycia w związku w ogóle się u nas nie mówi.
Jeśli chodzi o relacje damsko-męskie, integracja to fikcja?
A.D.: Prawdziwy dramat zaczyna się w okresie dojrzewania. To 'ciężki' wiek. Dzieciaki nie interesują się walorami psychicznymi, tylko patrzą, komu pierwszemu rosną piersi, komu wąs się sypie, kto jest zgrabniejszy i kto ma lepsze ciuchy. W tym wyścigu niepełnosprawni odpadają. Wcześniej mogło być dobrze, ale w tym wieku następuje regres. Dziewczyny na wózkach mogą być koleżankami, ale nie 'laskami'. Szansa na polepszenie powraca dopiero w okresie studenckim.
Delikatne, aseksualne, głodne uczuć. Jakie są jeszcze stereotypy na temat niepełnosprawnych kobiet?
A.D.: Najbardziej popularny - niestety, nawet wśród lekarzy - to taki, że kobieta na wózku nie może mieć dzieci. A jeśli już może rodzić, to nie drogą naturalną. Tymczasem o ile dla niepełnosprawnych mężczyzn motywacją, żeby się zabrać do seksu, jest udowodnienie sprawności, o tyle dla kobiet - macierzyństwo. W przypadku dużych napięć spastycznych pacjentki lekarze zakładają kłopoty, więc mówią jej, że nie może mieć dzieci. To nie jest prawdziwa informacja. Sama znam takie matki. Ich największym kłopotem był nie poród, lecz znalezienie lekarza, który zgodziłby się poprowadzić ciążę.
W projekcie aktywizacji kobiet niepełnosprawnych, który przygotowujecie, namawiacie dziewczyny do pełnej diagnostyki ginekologicznej i seksuologicznej.
A.D.: Z tym jest fatalnie. Dziewczyny na wózkach mają typowe babskie problemy - np. grzybicę pochwy - częściej niż pełnosprawne, bo cały czas siedzą. Czasem w pieluchach. Znajoma na wózku poszła do ginekologa ze stanem zapalnym. Z historii choroby wynikało, że trzeba ją zbadać, ustalić antykoncepcję, wyleczyć. I że miała niejednego partnera. Tymczasem lekarz powiedział: 'Nie zbadam pani, bo pewnie pani jest dziewicą'. Zastrzelił ją tym. Wycofała się. Drugi raz poszła dopiero po latach.
Jaki powinien być standard?
A.D.: Poszłam z dziewczyną na wózku na wizytę. Pielęgniarki rozmawiały o nas w trzeciej osobie: 'Jak my ją posadzimy, jak my ją przeniesiemy?'. To niedopuszczalne. Personel powinien być przygotowany, że w odpowiednim momencie wchodzi, pomaga przenieść na fotel, wychodzi - a nie gapi się w trakcie badania, udając, że asystuje - i przychodzi znowu, jak badana się już ubierze.
Ginekolog - rozumiem. A seksuolog?
A.D.: Po pierwsze, to rodzice dzieci niepełnosprawnych powinni być szkoleni u seksuologów.
Jakie błędy popełniają rodzice?
A.D.: Zostałam zaproszona przez niepełnosprawnych ruchowo na warsztaty o seksualności. Średnia wieku wynosiła 30 lat. Okazało się, że oni nie mogą realizować swoich potrzeb seksualnych, bo rodzice traktują ich dalej jak dzieci. Po szkoleniu zaproponowałam tym rodzicom spotkanie. Odmówili, mówiąc, że oni seksualnych problemów nie mają.
A.W.: Rodzice niechętnie reagują na partnerów niepełnosprawnych dzieci. Zawsze podają w wątpliwość, czy będzie wystarczająco dobrym opiekunem, czy da sobie radę, nie zaniedba. A może powinien, bo zmobilizowałby samą niepełnosprawną do większej aktywności? Miłość to nie nadopiekuńczość.
A.D.: Kiedy robię szkolenia dla rodziców, zaczynam od strasznego pytania: 'Jak sobie państwo wyobrażają przyszłość swoich dorosłych niepełnosprawnych dzieci, kiedy was zabraknie?'. Płaczą. Boją się tego tematu jak ognia, a przecież ich dorosłe dzieci muszą żyć na własny rachunek, nawet jeśli to będzie w jakimś ośrodku.
Jak zachowywać się wobec niepełnosprawnych dzieci, by budować ich poczucie wartości i samodzielności?
A.W.: Traktować je w taki sam sposób jak osoby sprawne, jeśli rodzaj niepełnosprawności tego nie wymaga. Pamiętam, jak uczyłam się chodzić. To duży wysiłek, nie zawsze się chce. Kiedy marudziłam, tata zapytał: 'Ania, a jak dorośniesz, to na randki też ja cię będę prowadzał?'. Moi starsi bracia zabierali mnie na imprezy. A koleżanki z internatu opowiadały, że jak do ich braci przychodzą znajomi, one są zamykane w drugim pokoju. Dla nich to jest informacja, że są czymś wstydliwym.
A.D.: Wszyscy rodzice muszą uważać, co mówią i jak mówią. Zwłaszcza w okresie dojrzewania. Wystarczy, że matka raz powie córce: 'Nie zakładaj tej spódnicy, bo masz za grube łydki', i dziewczyna może być 'ugotowana' na całe życie. Jeśli ciało córki nie jest do końca takie samo jak innych, to tym bardziej trzeba ją z nim oswajać. Niech dziewczyna, mając cztery lata, chodzi na basen, bo jak będzie miała 15, nie poczuje wstydu na plaży. Niepełnosprawna powinna być wyedukowana seksualnie lepiej niż jej rówieśniczki, bo może jej być ciężej. Ważne, żeby nie miała negatywnego stosunku do masturbacji, bo trening masturbacyjny jest wstępem do seksu z drugą osobą.
Matki w ogóle rzadko rozmawiają z córkami o seksie.
A.D.: Matki postrzegają swoje niepełnosprawne córki jako osoby zupełnie nieporadne i nieasertywne, więc temat seksu pojawia się tylko w kontekście nadużyć. Często wręcz boją się atrakcyjności córek, bo to zwiększa ryzyko, że ktoś ich dziecko wykorzysta. W efekcie robią wszystko, by uchronić córkę przed wzrokiem mężczyzn.
Jeśli dziewczynka na wózku nie dostała informacji o swojej atrakcyjności, to jak jej pomóc, gdy jest już dorosła?
A.D.: Chcemy wyszkolić młode liderki, które będą niejako świecić przykładem. 'Lwice', które chcą czegoś więcej od życia, dobrze radzą sobie z niepełnosprawnością i zmianami społecznymi.
Uważam, że dla kobiet niepełnosprawnych jedyną drogą jest nonkonformizm, samoświadomość, wykształcenie. Uwolnienie samej siebie ze stereotypów, wychodzenie z szablonu, w który są wtłaczane - 'feministyczny duch'. Nasze dziewczyny mogą być liderkami także dla kobiet starszych.
A.W.: W moim życiu bardzo ważne były osoby, które pokazywały, że niepełnosprawność nie determinuje ich całego życia, nie zasłania horyzontu. Zawsze kiedy wchodzę do nowej grupy, staję przed zadaniem pokazania, że wózek jest tylko częścią mnie.
Część pierwsza waszego projektu to diagnoza. Alicjo, robisz badania naukowe na temat seksualności kobiet niepełnosprawnych: ich współżycia, samopoznania, masturbacji, fantazji seksualnych.
A.D.: Rezultatem badań ma być projekt praktyczny. Tworzymy model szkolenia rehabilitantów, seksuologów, ginekologów, psychologów. Specjalistów, do których będą się mogli zwrócić także rodzice niepełnosprawnego dziecka. Rodzice wzrastali w świecie, w którym był inny obraz niepełnosprawnych, więc inny do nich stosunek. Na szczęście standardy się zmieniają.
Z jakim obrazem niepełnosprawnych się konfrontujecie?
A.D.: Żałosnym.
A.W.: Ostatnio na ulicy zaczepiłam mężczyznę, aby pomógł mi w pokonaniu schodów. Powiedział: 'Nie mam pieniędzy'. Po chwili zmieszał się i przeprosił. Mnie ta sytuacja rozbawiła.
A.D.: W 2003 r. z okazji Roku Osób Niepełnosprawnych nakręcono w Polsce dwie reklamy społeczne. Pierwszy spot: jezdnia; facet niebezpiecznie zajeżdża drogę drugiemu. Oba wozy dojeżdżają do stacji benzynowej, żona kierowcy drugiego samochodu pokazuje mężowi, że tamten facet zaparkował obok. Mąż wybiega w wojennym nastroju. Zatrzymuje się w pół kroku, widząc, że mężczyzna, który przed chwilą omal nie spowodował wypadku, przesiada się właśnie z fotela na wózek inwalidzki. Na koniec hasło: 'Traktuj nas tak jak każdego'. Drugi spot: kobieta w biurze odbija coś na ksero. Kolega z pracy klepie ją w pupę. Ona zbulwersowana odwraca się, żeby dać mu w pysk. Zamiera, bo widzi faceta na wózku. I znowu komentarz: 'Dlaczego nie traktujesz nas normalnie?'. Pierwszą reklamę TVP zdjęło z anteny, drugiej nie pokazano w ogóle. Uznano, że reklamy przedstawiają niepełnosprawnych w negatywnym świetle! Tymczasem ich pomysłodawcami były osoby niepełnosprawne.
Niepełnosprawni muszą być łagodni i potulni?
A.W.: To następny stereotyp - dobrej i porządnej osoby. Wózek czy kule nie predestynują mnie do świętości. Niepełnosprawni bywają tak samo roszczeniowi, nieporadni, chamscy jak w każdej innej grupie społecznej. Wiesz, co mnie denerwuje najbardziej? W wielu tekstach dziennikarskich da się zauważyć taką tendencję: seks z osobą niepełnosprawną jest wspaniały nie przez to, że jest to przeżycie satysfakcjonujące, tylko że ma większą wartość ludzką. Tak jakby osoby niepełnosprawne uprawiały seks wyłącznie z wielkiej miłości, a osoby zdrowe bardzo się poświęcały.
A.D.: Jak zabierałam się do badań, też miałam ten stereotyp. Jedna z pierwszych dziewczyn, która do mnie przyszła, opowiedziała, że sypia z żonatym i dzieciatym sąsiadem, który wpada do niej, jak wypije. Mówiła, że dla niej to dość upokarzające, ale lepsze niż nic. Potem słyszałam to wielokrotnie. Dużo niepełnosprawnych dziewczyn decyduje się na seks, żeby w ogóle zobaczyć, co to jest. Chcą się przekonać, że druga osoba nie czuje do nich fizycznego obrzydzenia. A często się tego boją. Czasem godzą się na ryzykowne formy współżycia, żeby się dowartościować. Kolejność jest taka: mogę działać erotycznie na faceta, mogę odczuwać przyjemność seksualną, mogę wybrać partnera. To jest działanie instynktowne. A dla niektórych kobiet - droga wychodzenia z bardzo niskiej samooceny. Nie wolno nam tego oceniać.
Thursday, April 24, 2008
Manipulacja nie manipulacja ja wysiadam!
Niech tylko 1% tego bedzie prawdziwy, a i tak wstyd mi za cala zachodnia cywilizacje. jestesmy cyniczni i beznadziejni.
Gazeta wyborcza
Chińskie narzędzia tortur
es, relacje na podstawie materiałów Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka: www.hfhrpol.waw.pl/Tybet
Rząd Tybetu na wychodźstwie podaje, że od początku chińskiej okupacji Tybetu od tortur zmarło blisko 180 tysięcy Tybetańczyków. Do lat 70. na thamzingach, czyli "wiecach walki klas", które często kończyły się zatłuczeniem więźnia, zamęczono 93 tysiące osób, zaś samobójstwa (także w więzieniach i aresztach), nie wytrzymując tortur, popełniło 9 tysięcy.
Po wizycie w Chinach w 2005 roku specjalny sprawozdawca ONZ ds. tortur stwierdził, że praktyka stosowania tortur ma w Chinach "charakter powszechny".
Tortury i okrutne traktowanie stosowane są na wszystkich etapach uwięzienia. Na komisariatach policji rutynowo bije się w celu wymuszenia zeznań i zastraszenia. Policjanci przede wszystkim biją i rażą elektrycznymi pałkami. W aresztach śledczych funkcjonariusze są szkoleni, jak stosować tortury. Biją po nerkach, stawach, łokciach. Trzymają więźniów w nienaturalnych pozycjach, np. z rękami skutymi na plecach kajdankami zaciskającymi się przy każdym ruchu. Albo na klęczkach, z brodą opartą na poręczy krzesła.
Mniszki są gwałcone za pomocą elektrycznych pałek.
W więzieniach torturą jest przede wszystkim praca ponad siły przy skromnych racjach żywnościowych. Więźniowie polityczni są poniżani. Mnichów zmusza się do profanowania świętych przedmiotów (np. fekalia wydobywają z dołów kloacznych, zawijając je w thanki - święte obrazy). Wszelkie formy oporu kończą się wielogodzinnymi biciem i wtrącaniem do karceru.
Więźniów używa się też do celów pseudomedycznych. Pobiera się im - bez znieczulenia - płyny ustrojowe, np. płyn mózgowo-rdzeniowy, żółć i krew, w ilościach zagrażających życiu.
Relacje o torturach pochodzą przede wszystkim od więźniów, którym po zwolnieniu udało się wydostać Chin.
W Indiach, gdzie trafia najwięcej tybetańskich uchodźców, działa ośrodek dla ofiar tortur, w którym udziela się im pomocy medycznej, ale przede wszystkim psychologicznej. Niektórzy nie są w stanie żyć, mając w pamięci poniżenie, jakiego doznali. Szczególnie dotyczy to regularnie gwałconych mniszek, które nie czują się godne, by wrócić do zakonnego życia.
W 1992 roku Palden Gjaco, mnich, który w chińskich więzieniach spędził 33 lata, przemycił do Indii narzędzia tortur. Pokazano je na sesji Komitetu Praw Człowieka ONZ w Genewie.
Ngałang Sangdrol
mniszka, przesiedziała w więzieniach 12 lat. Pierwszy raz do aresztu trafiła, mając 13 lat. Wyrok za udział w niepodległościowej manifestacji był wielokrotnie podwyższany za akty nieposłuszeństwa w więzieniu - w sumie do 21,5 roku. Uwolniono ją w 2003 roku na skutek nacisku międzynarodowej opinii publicznej. Dostała azyl w USA:
W areszcie poddano nas wielogodzinnemu brutalnemu przesłuchaniu. Strażnicy powiedzieli, że jesteśmy "kontrrewolucjonistkami", które usiłują oderwać Tybet od Chin. Śledczy bili nas żelaznymi rurkami i pałkami elektrycznymi. Przyczepiali druty, pod prądem, do języków. Zawieszali za wykręcone, związane na plecach ramiona. Nazywają to samolotem. Bardzo boli. Miałam wrażenie, że wyrwą mi ręce.
Zawsze byłyśmy głodne, a w nocy zziębnięte.
Kazano nam stać bez ruchu w palących promieniach słońca lub na mrozie i bito, gdy upadałyśmy z gorąca lub wyczerpania. Kazano nam ścigać się dla rozrywki strażników; rzucano w nas kamieniami i bito, kiedy biegłyśmy zbyt wolno lub pomyliłyśmy słowa chińskich piosenek, do których śpiewania nas zmuszano. Tygodniami byłam więziona w karcerze, ponieważ nie godziłam się z kłamstwami i karami moich oprawców.
Tortury i maltretowanie zaczęły się, gdy byłam 13-letnim dzieckiem, i trwały przez większą część mego pobytu w więzieniu.
Najgorsze jest to, że nigdy nie wiesz, co się stanie - czy cię dziś będą bili, jak i kiedy. Nie wiadomo, co strażnikom przyjdzie do głowy. Tych pomysłów więźniowie boją się najbardziej. Poza tym - codzienna praca. Normy są tak wyśrubowane, że zaharowujesz się na śmierć. W Drapczi pracowałyśmy w szklarni. Jest tam tak koszmarnie gorąco, że pocisz się, zanim wejdziesz. Stosuje się środki owadobójcze. Wdychamy wszystkie te opary. Mamy je w gardle, w nosie, w oczach. Do tego koszmarny smród. Nawozi się ludzkim kałem, który trzeba wybierać z dołów kloacznych. Jedna więźniarka wchodzi do takiego dołu, wybiera kał rękami, napełnia wiadro i podaje drugiej. Ma go wszędzie: na twarzy, we włosach, w ustach.
Ama Adhi
28 lat w więzieniach i obozach pracy za organizowanie ruchu oporu. Niemal cała jej rodzina zginęła od tortur lub głodu. Jej kilkuletni synek popełnił samobójstwo:
Przesłuchiwano mnie co najmniej raz na tydzień. Najgorsze było wbijanie bambusowych drzazg pod paznokcie. Do końca, aż wyszły u nasady. Zawsze ranili ten sam palec, który zmienił się w otwartą, ropiejącą ranę. Na thamzingach obowiązywała prosta zasada: do bicia i lżenia ofiar zmuszano najbliższych - krewnych, przyjaciół. Do mnie "wydelegowano" Ugjena, naszego starego służącego, i pewną kobietę.
- Nie podoba ci się Komunistyczna Partia Chin! Jesteś kontrrewolucjonistką! Śmierdzącą szumowiną reakcji! Teraz, szmato, już wiesz, kto jest górą. Wy czy Komunistyczna Partia Chin. Wtrącili cię za kraty, ale nadal masz czelność podnosić głowę i gapić się na ludzi! Do tej pory patrzyłaś na świat dwojgiem oczu. Ale dziś jedno ci odbierzemy. Będziesz ślepa!
I zaczęła mnie bić w prawe oko. Nie wiem, czy miała w ręku kamień, ale po chwili byłam tak opuchnięta, że nie mogłam podnieść powieki.
Kilka dni później wywołano mnie z celi i położono na kark deskę z jakimś napisem po chińsku. Pomyślałam, że nadszedł mój czas. Byłam tak wycieńczona i obolała, że myśl o szybkiej śmierci nie budziła we mnie strachu. Nagle usłyszałam hałas, odwróciłam głowę i zobaczyłam mojego szwagra Pemę Gjalcena. On też miał deskę na szyi. Kiedy nasze oczy się spotkały, uśmiechnął się do mnie. Zauważyłam, że jego napis jest czerwony, podczas gdy mój był czarny. Wyprowadzono nas z więzienia do oddalonych o kilometr koszar. Żołnierze już czekali.
Pemie Gjalcenowi i mnie kazano uklęknąć. Był związany w ten straszny sposób - wyłamujący ręce ze stawów i niepozwalający oddychać. Rozległy się dwa wystrzały. Jego krew i mózg bryznęły na mnie.
- Patrz, patrz na niego! - wrzasnął Chińczyk.
Z głośników popłynęła wesoła muzyka.
Palden Gjaco
75-letni mnich, 33 lata w więzieniu. W 1992 roku, uciekając do Indii, przemycił narzędzia tortur, które pokazał, zeznając w 1995 roku przed Komisją Praw Człowieka ONZ w Genewie:
Zakuto mnie w kajdany; kopano i bito pałką nabijaną gwoździami. Kiedy śledztwo się skończyło, przewieziono mnie z powrotem do Panamu, gdzie miałem odsiedzieć siedmioletni wyrok. Przez pierwszych osiem miesięcy miałem skute ręce i nogi. Potem zapytano mnie, czy "zmieniłem już postawę" i jestem gotów do pracy. Odpowiedziałem, że mogę pracować. Zdjęto mi kajdany z rąk i przeniesiono do więziennego warsztatu, w którym wyrabialiśmy dywany. Kajdany z nóg zdjęto nam dopiero po dwóch latach.
Brakowało jedzenia. Moczyłem w wodzie swoje buty i zjadałem je po kawałku.
W dniu egzekucji na szyjach skazanych wieszano ciężkie drewniane tablice z napisami w języku chińskim. Potem wrzucano ich na ciężarówkę jak kamienie i wieziono do więzienia w Drapczi. Reszta więźniów jechała w innych ciężarówkach. Na miejscu skazanych zmuszano do uklęknięcia na krawędzi wykopanego dołu i wysłuchania listy popełnionych "zbrodni". A potem zabijano ich kolejno strzałem w plecy. My musieliśmy na to patrzeć. Po każdym strzale trzeba było klaskać, żeby pokazać, że cieszymy się z egzekucji.
18 moich przyjaciół popełniło samobójstwo. Większość wybiegała po prostu na szosę i rzucała się pod ciężarówki.
Najczęściej torturowano nas długimi elektrycznymi pałkami. Niektórzy oficerowie bili nas przeciwśnieżnymi łańcuchami na koła.
13 października 1990 roku zabrano mnie na przesłuchanie. Czekał na mnie Paldzior, słynący z okrucieństwa śledczy. Wstał i zapytał cicho: "Nadal chcesz niepodległości?". Milczałem. Chwycił elektryczną pałkę i wcisnął mi ją w usta. Odzyskałem przytomność po kilku godzinach. Leżałem w kałuży wymiocin i moczu. Straciłem 20 zębów. Te, które zostały, wypadły po kilku tygodniach.
Miesiąc przed zwolnieniem skontaktowałem się z tybetańskimi urzędnikami, którym mogłem zaufać, prosząc ich o kupienie od Chińczyków kilku narzędzi tortur używanych w więzieniu. Kiedy wyszedłem z więzienia, przedmioty te czekały na mnie w domu przyjaciela. Na ich zakup złożyło się kilkunastu Tybetańczyków, którzy wierzyli, że pokazanie ich światu jest ważne. Jedna pałka elektryczna kosztowała ok. 800 juanów - trzy średnie pensje.
Phuncog Łangczuk
5 lat w więzieniu, aresztowany w 1994 roku za wieszanie plakatów niepodległościowych:
Czasami strażnicy kazali nam skandować hasła - o walce z separatyzmem, wyznawaniu win, obietnicy "resocjalizacji". Bywało, że odmawialiśmy. W zimie zalewali wtedy plac wodą i kazali nam siedzieć w tej marznącej brei.
Oskarżyli mnie o zorganizowanie protestu i kazali przyznać się do winy. Związali mi nogi, a potem zacisnęli sznur na szyi tak mocno, że nie mogłem wykrztusić słowa. Odpowiadałem im, gdy luzowali pętlę.
Bili pasem po twarzy i głowie, kopali w plecy. Kazali mi podnieść ręce, które przywiązali do założonej za kark deski. Potem związali mi nogi na drugiej belce. Nie mogłem się poruszyć. Położono mnie na brzuchu; padły pierwsze pytania. Nagle któryś ze strażników trzy razy kopnął mnie głowę. Poczułem, że mogę tego nie przeżyć, krzyknąłem więc po chińsku: "Wolny Tybet!". W jednej chwili rzuciło się na mnie sześciu policjantów z pałkami. Straciłem przytomność.
Po ocuceniu zaczęli bić pałką elektryczną - w twarz, usta, członek. Gasili mi na dłoniach papierosy. Miałem już tak dosyć bólu i tortur, że próbowałem odebrać sobie życie, połykając cztery igły i dwa kawałki szkła. Napisałem list pożegnalny i położyłem go sobie na brzuchu: "Jestem pewien, że z pełnego krwi i łez morza historii wyrośnie lotos wolności".
Nadal nie mogę uwolnić się od Drapczi. Kuleję na prawą nogę. Ciągle bolą mnie plecy, choruję na serce. I noc w noc prześladują mnie koszmary. Jestem w maleńkiej celi i trzęsę się ze strachu, że zaraz po mnie przyjdą i znów zacznie się bicie.
Źródło: Duży Format
Gazeta wyborcza
Chińskie narzędzia tortur
es, relacje na podstawie materiałów Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka: www.hfhrpol.waw.pl/Tybet
Rząd Tybetu na wychodźstwie podaje, że od początku chińskiej okupacji Tybetu od tortur zmarło blisko 180 tysięcy Tybetańczyków. Do lat 70. na thamzingach, czyli "wiecach walki klas", które często kończyły się zatłuczeniem więźnia, zamęczono 93 tysiące osób, zaś samobójstwa (także w więzieniach i aresztach), nie wytrzymując tortur, popełniło 9 tysięcy.
Po wizycie w Chinach w 2005 roku specjalny sprawozdawca ONZ ds. tortur stwierdził, że praktyka stosowania tortur ma w Chinach "charakter powszechny".
Tortury i okrutne traktowanie stosowane są na wszystkich etapach uwięzienia. Na komisariatach policji rutynowo bije się w celu wymuszenia zeznań i zastraszenia. Policjanci przede wszystkim biją i rażą elektrycznymi pałkami. W aresztach śledczych funkcjonariusze są szkoleni, jak stosować tortury. Biją po nerkach, stawach, łokciach. Trzymają więźniów w nienaturalnych pozycjach, np. z rękami skutymi na plecach kajdankami zaciskającymi się przy każdym ruchu. Albo na klęczkach, z brodą opartą na poręczy krzesła.
Mniszki są gwałcone za pomocą elektrycznych pałek.
W więzieniach torturą jest przede wszystkim praca ponad siły przy skromnych racjach żywnościowych. Więźniowie polityczni są poniżani. Mnichów zmusza się do profanowania świętych przedmiotów (np. fekalia wydobywają z dołów kloacznych, zawijając je w thanki - święte obrazy). Wszelkie formy oporu kończą się wielogodzinnymi biciem i wtrącaniem do karceru.
Więźniów używa się też do celów pseudomedycznych. Pobiera się im - bez znieczulenia - płyny ustrojowe, np. płyn mózgowo-rdzeniowy, żółć i krew, w ilościach zagrażających życiu.
Relacje o torturach pochodzą przede wszystkim od więźniów, którym po zwolnieniu udało się wydostać Chin.
W Indiach, gdzie trafia najwięcej tybetańskich uchodźców, działa ośrodek dla ofiar tortur, w którym udziela się im pomocy medycznej, ale przede wszystkim psychologicznej. Niektórzy nie są w stanie żyć, mając w pamięci poniżenie, jakiego doznali. Szczególnie dotyczy to regularnie gwałconych mniszek, które nie czują się godne, by wrócić do zakonnego życia.
W 1992 roku Palden Gjaco, mnich, który w chińskich więzieniach spędził 33 lata, przemycił do Indii narzędzia tortur. Pokazano je na sesji Komitetu Praw Człowieka ONZ w Genewie.
Ngałang Sangdrol
mniszka, przesiedziała w więzieniach 12 lat. Pierwszy raz do aresztu trafiła, mając 13 lat. Wyrok za udział w niepodległościowej manifestacji był wielokrotnie podwyższany za akty nieposłuszeństwa w więzieniu - w sumie do 21,5 roku. Uwolniono ją w 2003 roku na skutek nacisku międzynarodowej opinii publicznej. Dostała azyl w USA:
W areszcie poddano nas wielogodzinnemu brutalnemu przesłuchaniu. Strażnicy powiedzieli, że jesteśmy "kontrrewolucjonistkami", które usiłują oderwać Tybet od Chin. Śledczy bili nas żelaznymi rurkami i pałkami elektrycznymi. Przyczepiali druty, pod prądem, do języków. Zawieszali za wykręcone, związane na plecach ramiona. Nazywają to samolotem. Bardzo boli. Miałam wrażenie, że wyrwą mi ręce.
Zawsze byłyśmy głodne, a w nocy zziębnięte.
Kazano nam stać bez ruchu w palących promieniach słońca lub na mrozie i bito, gdy upadałyśmy z gorąca lub wyczerpania. Kazano nam ścigać się dla rozrywki strażników; rzucano w nas kamieniami i bito, kiedy biegłyśmy zbyt wolno lub pomyliłyśmy słowa chińskich piosenek, do których śpiewania nas zmuszano. Tygodniami byłam więziona w karcerze, ponieważ nie godziłam się z kłamstwami i karami moich oprawców.
Tortury i maltretowanie zaczęły się, gdy byłam 13-letnim dzieckiem, i trwały przez większą część mego pobytu w więzieniu.
Najgorsze jest to, że nigdy nie wiesz, co się stanie - czy cię dziś będą bili, jak i kiedy. Nie wiadomo, co strażnikom przyjdzie do głowy. Tych pomysłów więźniowie boją się najbardziej. Poza tym - codzienna praca. Normy są tak wyśrubowane, że zaharowujesz się na śmierć. W Drapczi pracowałyśmy w szklarni. Jest tam tak koszmarnie gorąco, że pocisz się, zanim wejdziesz. Stosuje się środki owadobójcze. Wdychamy wszystkie te opary. Mamy je w gardle, w nosie, w oczach. Do tego koszmarny smród. Nawozi się ludzkim kałem, który trzeba wybierać z dołów kloacznych. Jedna więźniarka wchodzi do takiego dołu, wybiera kał rękami, napełnia wiadro i podaje drugiej. Ma go wszędzie: na twarzy, we włosach, w ustach.
Ama Adhi
28 lat w więzieniach i obozach pracy za organizowanie ruchu oporu. Niemal cała jej rodzina zginęła od tortur lub głodu. Jej kilkuletni synek popełnił samobójstwo:
Przesłuchiwano mnie co najmniej raz na tydzień. Najgorsze było wbijanie bambusowych drzazg pod paznokcie. Do końca, aż wyszły u nasady. Zawsze ranili ten sam palec, który zmienił się w otwartą, ropiejącą ranę. Na thamzingach obowiązywała prosta zasada: do bicia i lżenia ofiar zmuszano najbliższych - krewnych, przyjaciół. Do mnie "wydelegowano" Ugjena, naszego starego służącego, i pewną kobietę.
- Nie podoba ci się Komunistyczna Partia Chin! Jesteś kontrrewolucjonistką! Śmierdzącą szumowiną reakcji! Teraz, szmato, już wiesz, kto jest górą. Wy czy Komunistyczna Partia Chin. Wtrącili cię za kraty, ale nadal masz czelność podnosić głowę i gapić się na ludzi! Do tej pory patrzyłaś na świat dwojgiem oczu. Ale dziś jedno ci odbierzemy. Będziesz ślepa!
I zaczęła mnie bić w prawe oko. Nie wiem, czy miała w ręku kamień, ale po chwili byłam tak opuchnięta, że nie mogłam podnieść powieki.
Kilka dni później wywołano mnie z celi i położono na kark deskę z jakimś napisem po chińsku. Pomyślałam, że nadszedł mój czas. Byłam tak wycieńczona i obolała, że myśl o szybkiej śmierci nie budziła we mnie strachu. Nagle usłyszałam hałas, odwróciłam głowę i zobaczyłam mojego szwagra Pemę Gjalcena. On też miał deskę na szyi. Kiedy nasze oczy się spotkały, uśmiechnął się do mnie. Zauważyłam, że jego napis jest czerwony, podczas gdy mój był czarny. Wyprowadzono nas z więzienia do oddalonych o kilometr koszar. Żołnierze już czekali.
Pemie Gjalcenowi i mnie kazano uklęknąć. Był związany w ten straszny sposób - wyłamujący ręce ze stawów i niepozwalający oddychać. Rozległy się dwa wystrzały. Jego krew i mózg bryznęły na mnie.
- Patrz, patrz na niego! - wrzasnął Chińczyk.
Z głośników popłynęła wesoła muzyka.
Palden Gjaco
75-letni mnich, 33 lata w więzieniu. W 1992 roku, uciekając do Indii, przemycił narzędzia tortur, które pokazał, zeznając w 1995 roku przed Komisją Praw Człowieka ONZ w Genewie:
Zakuto mnie w kajdany; kopano i bito pałką nabijaną gwoździami. Kiedy śledztwo się skończyło, przewieziono mnie z powrotem do Panamu, gdzie miałem odsiedzieć siedmioletni wyrok. Przez pierwszych osiem miesięcy miałem skute ręce i nogi. Potem zapytano mnie, czy "zmieniłem już postawę" i jestem gotów do pracy. Odpowiedziałem, że mogę pracować. Zdjęto mi kajdany z rąk i przeniesiono do więziennego warsztatu, w którym wyrabialiśmy dywany. Kajdany z nóg zdjęto nam dopiero po dwóch latach.
Brakowało jedzenia. Moczyłem w wodzie swoje buty i zjadałem je po kawałku.
W dniu egzekucji na szyjach skazanych wieszano ciężkie drewniane tablice z napisami w języku chińskim. Potem wrzucano ich na ciężarówkę jak kamienie i wieziono do więzienia w Drapczi. Reszta więźniów jechała w innych ciężarówkach. Na miejscu skazanych zmuszano do uklęknięcia na krawędzi wykopanego dołu i wysłuchania listy popełnionych "zbrodni". A potem zabijano ich kolejno strzałem w plecy. My musieliśmy na to patrzeć. Po każdym strzale trzeba było klaskać, żeby pokazać, że cieszymy się z egzekucji.
18 moich przyjaciół popełniło samobójstwo. Większość wybiegała po prostu na szosę i rzucała się pod ciężarówki.
Najczęściej torturowano nas długimi elektrycznymi pałkami. Niektórzy oficerowie bili nas przeciwśnieżnymi łańcuchami na koła.
13 października 1990 roku zabrano mnie na przesłuchanie. Czekał na mnie Paldzior, słynący z okrucieństwa śledczy. Wstał i zapytał cicho: "Nadal chcesz niepodległości?". Milczałem. Chwycił elektryczną pałkę i wcisnął mi ją w usta. Odzyskałem przytomność po kilku godzinach. Leżałem w kałuży wymiocin i moczu. Straciłem 20 zębów. Te, które zostały, wypadły po kilku tygodniach.
Miesiąc przed zwolnieniem skontaktowałem się z tybetańskimi urzędnikami, którym mogłem zaufać, prosząc ich o kupienie od Chińczyków kilku narzędzi tortur używanych w więzieniu. Kiedy wyszedłem z więzienia, przedmioty te czekały na mnie w domu przyjaciela. Na ich zakup złożyło się kilkunastu Tybetańczyków, którzy wierzyli, że pokazanie ich światu jest ważne. Jedna pałka elektryczna kosztowała ok. 800 juanów - trzy średnie pensje.
Phuncog Łangczuk
5 lat w więzieniu, aresztowany w 1994 roku za wieszanie plakatów niepodległościowych:
Czasami strażnicy kazali nam skandować hasła - o walce z separatyzmem, wyznawaniu win, obietnicy "resocjalizacji". Bywało, że odmawialiśmy. W zimie zalewali wtedy plac wodą i kazali nam siedzieć w tej marznącej brei.
Oskarżyli mnie o zorganizowanie protestu i kazali przyznać się do winy. Związali mi nogi, a potem zacisnęli sznur na szyi tak mocno, że nie mogłem wykrztusić słowa. Odpowiadałem im, gdy luzowali pętlę.
Bili pasem po twarzy i głowie, kopali w plecy. Kazali mi podnieść ręce, które przywiązali do założonej za kark deski. Potem związali mi nogi na drugiej belce. Nie mogłem się poruszyć. Położono mnie na brzuchu; padły pierwsze pytania. Nagle któryś ze strażników trzy razy kopnął mnie głowę. Poczułem, że mogę tego nie przeżyć, krzyknąłem więc po chińsku: "Wolny Tybet!". W jednej chwili rzuciło się na mnie sześciu policjantów z pałkami. Straciłem przytomność.
Po ocuceniu zaczęli bić pałką elektryczną - w twarz, usta, członek. Gasili mi na dłoniach papierosy. Miałem już tak dosyć bólu i tortur, że próbowałem odebrać sobie życie, połykając cztery igły i dwa kawałki szkła. Napisałem list pożegnalny i położyłem go sobie na brzuchu: "Jestem pewien, że z pełnego krwi i łez morza historii wyrośnie lotos wolności".
Nadal nie mogę uwolnić się od Drapczi. Kuleję na prawą nogę. Ciągle bolą mnie plecy, choruję na serce. I noc w noc prześladują mnie koszmary. Jestem w maleńkiej celi i trzęsę się ze strachu, że zaraz po mnie przyjdą i znów zacznie się bicie.
Źródło: Duży Format
Subscribe to:
Comments (Atom)