Thursday, March 27, 2008

Python 2d plot

Dlugo szukalem, znalazlem przypadkiem..

##
import pylab, numpy

data = numpy.zeros((100,40)) + numpy.linspace(-1,1,40)
data[30:60, 20:30] = data[60:30:-1, 30:20:-1]*0.5
data = (data.T + numpy.sin(numpy.linspace(0.5,2,100))).T

pylab.imshow(data, interpolation="nearest", cmap=pylab.cm.jet,
aspect="auto", origin="lower")
pylab.show()
##

Friday, March 14, 2008

Fincher and black hole

Zrodlo: popcorner

David Fincher bierze się za kultowy Black Hole

mroczna powieść Charlesa Burnsa wreszcie doczeka się ekranizacji
Całkiem niedawno pisaliśmy o tym, że w Polsce wydany został słynny komiks "Black Hole" - mroczna historia o amerykańskich nastolatkach dotkniętych tajemniczą epidemią. Wspominaliśmy, że w 2006 roku chodziły słuchy o przeniesieniu go na ekran. Dziś już wiemy - film na podstawie "Black Hole" powstanie. Jego reżyserią zajmie się nie kto inny jak sam David Fincher!



Według pierwszych doniesień scenarzystami filmu mieli być Neil Gaiman i współscenarzysta "Pulp Fiction" Roger Avary, ale nic nie było pewne. Te informacje się potwierdziły. Faktycznie adaptacją zajmą się Gaiman i Avary. Film wyprodukują Plan B Entertainment oraz Kevin Messick.





Biorąc pod uwagę fakt, że Fincherowi mało który film się nie udaje, możemy się spodziewać, że będzie to naprawdę coś wartego uwagi. Historia opowiedziana w narysowanym przez Charlesa Burnsa komiksie jest wyjątkowa ze względu na swój klimat. Nie łatwo będzie go przenieść na ekran, ale tym panom powinno się udać.



Kaj

Thursday, March 13, 2008

Dyktaturze proletariatu rośnie konkurencja

Taken from GW:

Nie udało mi się wejść do "Nhân Dân", wietnamskiej "Trybuny Ludu". Naczelny się nie zgodził. Szkoda. Ciekawie byłoby przysłuchać się dyskusji, co dać na pierwszą stronę: "Znaczenie rewolucji październikowej dla postępu sprawą całego narodu" czy raczej "O dalsze umacnianie przyjaźni z Białorusią"? Chciałem pooddychać powietrzem w gazecie, gdzie 350 pracowników produkuje osiem stron dziennie, których prawie nikt nie czyta. Przede wszystkim jednak chciałem zobaczyć, co daje szwedzkie wsparcie. Za pieniądze szwedzkiego podatnika tam, w środku, toczy boje dwóch szwedzkich dziennikarzy. Ich zadaniem jest sprawić, by "Nhân Dân" było jeszcze lepsze.

Ale już w samolocie linii Air France mam wrażenie podróży w czasie. Stewardesy są jakby żywcem wyjęte z "Elle", ale gazety niczym z epoki kamiennej. Tędzy mężczyźni w garniturach podają sobie ręce pod czerwonymi sztandarami, a teksty deklarują. Tak, ten język znam na pamięć. "Dalsze sukcesy... na wszystkich frontach! Mimo... przejściowych trudności!".

Kraj, do którego lecę, właśnie dotknęły powodzie, utonęło ponad sto osób, ale na zdjęciach nie widać zniszczeń, tylko uśmiechniętych wieśniaków, którzy przyjmują worki z ryżem od pyzatych kadr.

Trzy razy próbuję od pogranicznika w okienku uzyskać odpowiedź na moje "Good morning". Ze wzrokiem wbitym w przestrzeń oddaje mi paszport gestem, jakby odganiał psa. "Welcome to Vietnam", mówię do siebie.

Dotąd były mieszkaniec PRL-u może czuć się jak ekspert. Ale już po drodze z lotniska pojawia się niepewność. Po obu stronach ciągną się wielkie hale ogrodzone drutem kolczastym, tu i ówdzie z wieżyczką strażniczą. Na fasadach powinny być hasła typu "Niech żyje plan pięcioletni". A tam są napisy: "Panasonic", "Mercedes" i "Yamaha". W centrum Hanoi zaś wszyscy dokądś zmierzają, ale w wielkim pośpiechu. Wygląda, że mają za czym gonić.

Serce dla Electroluksa

Od kiedy Komunistyczna Partia Wietnamu dopuściła prywatne przedsiębiorstwa, wzrost gospodarczy stabilnie utrzymuje się na poziomie 8 procent. Siedem lat temu Hanoi jeździło na rowerach, dziś na japońskich motocyklach. Reklamy przysłaniają hasła wzywające do socjalistycznego współzawodnictwa. Jest barwnie, gorączkowo, witalnie. Na poziomie ulicy prawie nic nie przypomina, że przebywamy w jednej z najsurowszych dyktatur świata.

Zgodnie z optymistyczną teorią państwa totalitarne skazane są na głodzenie obywateli. Dlatego koniec końców muszą upaść. Bez praworządności i wolności słowa sklepy zaczynają świecić pustkami. Ale co sprawdziło się w Związku Radzieckim, nie chce sprawdzać się tutaj. W Chinach i w Wietnamie możliwa jest widocznie pierestrojka bez głasnosti, kapitalizm bez liberalizmu i - równocześnie - pełnia komunizmu bez odrobiny równości. Mercedes i IKEA, Sony i ABB zdają się znakomicie czuć w tym środowisku. Bo kiedy da się w łapę za niezbędne zezwolenia, ma się prawo korzystać z taniej i bezbronnej siły roboczej. W najczarniejszej wizji Karol Marks nie mógł przewidzieć takiego finału swojej utopii: dyktatura proletariatu gwarantuje, że związki zawodowe nie staną kapitaliście na drodze.

Zakładam, że czytelnikowi nie jest znana pisarka Tran Khai Thanh Thuy. Gdyby była Czeszką i mielibyśmy lata 80., z pewnością byśmy o niej usłyszeli.

Thuy aresztowano w kwietniu ubiegłego roku pod zarzutem zagrażania bezpieczeństwu Wietnamu. Pisała eseje o demokracji, krytykowała rząd i założyła związek zawodowy. Przed osadzeniem jej w areszcie nr 1 w Hanoi rząd próbował perswazji: nasłano na jej mieszkanie bojówkarzy, którzy wyzywali ją od kurew i straszyli pobiciem. Nie, policja nie może jej chronić, dopóki "budzi gniew ludu". Obecnie 47-letniej Thuy, chorej na gruźlicę i cukrzycę, grozi 12 lat za kratkami.

- Dopóki wszystkie wskaźniki rosną, nie ma specjalnych widoków na demokratyzację - mówi mi znajomy dziennikarz w Hanoi. Rząd Wietnamu może bez przeszkód znęcać się nad swoimi Michnikami, bo wietnamscy kandydaci na Wałęsę pootwierali już własne firmy. Mój rozmówca tłumaczy mi, że wietnamscy demokraci są dużo bardziej samotni niż swego czasu Vaclav Havel. Praktycznie jedyną ich ochroną są protesty zagranicy. Zwłaszcza gdyby nadeszły ze Szwecji - "ojczyzny Palmego, która uchodzi za sprzymierzeńca Wietnamu. W dodatku socjalistycznego".

Przeglądam stronę internetową Centrum Palmego w Sztokholmie ("Na rzecz demokracji i praw człowieka"). Jest tam mowa o Birmie, Pakistanie, Kambodży. Ale o pani Thuy i innych wietnamskich więźniach sumienia ani słowa. "Niestety, nie pracujemy tak dużo z Wietnamem", tłumaczy odpowiedzialny za Azję Jan Hodann.

W ambasadzie w Hanoi dowiaduję się, że Szwecja nie protestuje publicznie przeciwko nękaniu związkowych aktywistów. Ale gdy nikt nie patrzy, przekazujemy wietnamskiemu rządowi listy uwięzionych i podpisujemy się pod krytyką kierowaną z Unii Europejskiej. Skąd taka wstydliwość?

Czyżby stąd, że swój kapitał zaufania Szwecja zużyła na co innego? Nie trzeba być jasnowidzem, by domyślić się związku pomiędzy tą taktownością a ciepłym przyjęciem, z jakim w Wietnamie spotykają się Electrolux, Ericsson i inni. W takim razie prawdą jest - jak ktoś gorzko zauważył - że najlepszym przyjacielem tutejszej dyktatury jest szwedzki emeryt, którego oszczędności ulokowano w akcjach wietnamskich przedsiębiorstw. Smutno byłoby, gdyby to była cała prawda. Ale okazuje się, że w niektórych dziedzinach żądza zysku przynosi zupełnie nieoczekiwane skutki.

Dlaczego nie ma urodzin towarzysza Castro?

Zdaniem Reporterów bez Granic pod względem wolności prasy Wietnam - w towarzystwie Chin i Iranu - plasuje się na szarym końcu listy 162 państw. Pracownikowi państwowemu nie wolno rozmawiać z dziennikarzem. Gdy w Hanoi wstukać do wyszukiwarki "human rights Vietnam", komputer odpowiada "page not found". Prawo nakazuje okazać dowód tożsamości właścicielowi kafejki internetowej, a ten powinien zanotować odwiedzane strony na wypadek pytań policji. 700 tytułów prasowych (podobnie jak radio i telewizję) kontroluje partia komunistyczna.

Mimo to zdarzają się wpadki. Na przykład jesienią 2002 roku trzeba było ukarać gazetę "Sinh Vien". Pewnemu redaktorowi sprzykrzyły się bezbarwne strony i artykuł o piramidach finansowych zilustrował banknotami spłukiwanymi do toalety. Całkiem pomysłowo, uważał. Ale władze ujrzały co innego: Ho Szi Min spłukany! I na nic nie zdały się zapewnienia redaktorów, że nie wybrali ojca narodu celowo, gdyż znajduje się on na wszystkich nominałach. Za karę zawieszono tytuł na dwa miesiące.

Może zdradzę, że to Szwedka wpadła na pomysł ilustracji? Była jedną z 50 dziennikarzy z Instytutu Dokształcania Dziennikarzy "Fojo" w Kalmarze, którzy za szwedzkie pieniądze od 1998 roku przez tłumacza uczą wietnamskich kolegów, jak robić nowoczesną gazetę. Krytycy twierdzą, że Szwecja kosztem 50 milionów koron (ok. 20 mln zł) pomaga dyktaturze ładniej opakowywać propagandę. Cóż, to może tak wyglądać. Ale wtedy nie bierze się pod uwagę osobliwych efektów żądzy zysku.

Od kiedy państwowym gazetom wolno zarabiać, zaczęły rywalizować o względy czytelników. Odkrycie pierwsze: jeśli nieco stonować komunikaty partyjne, nakład zaczyna rosnąć. Odkrycie drugie: czytelnicy chcą wiedzieć, jak w kraju jest, a nie jak powinno być. I tak dalej. Co wtorek redaktorzy naczelni wzywani są do biura propagandowego partii. Dostają tam wiadomości nadchodzącego tygodnia i upomnienia za to, co zrobili z ubiegłotygodniowymi. "Dlaczego urodziny towarzysza Castro nie znalazły się na pierwszej stronie?". Naczelni poddają się samokrytyce, obiecują poprawę, ale już nazajutrz popełniają nowe błędy.

Najbardziej jaskrawe nieposłuszeństwo miało miejsce w 2006 roku, kiedy to mediom udzielono instrukcji napiętnowania ministra transportu. Poświęcono go, by pokazać, że partia nie toleruje korupcji. Jednak wiele gazet podchwyciło trop na własną rękę - oj, ilu znalazło się łapówkarzy, zanim rząd nie zabronił dalszego zainteresowania sprawą.

Niezdrowo jest zwracać uwagę

Jak wynika ze szwedzkiego raportu "Media in Vietnam" (2006), presja rynku już odmieniła część państwowej prasy. Jakby Wietnamczycy poprzez kioski z gazetami próbowali wywalczyć tę możliwość wyboru, której odmawia im się przy urnach. I nie można wykluczyć, że Szwedzi rzeczywiście przyczynili się do tej przemiany.

W kwietniu 1999 roku młody człowiek o nazwisku Duc Thang zostaje zaproszony do Sztokholmu. Jest dziennikarzem w Loadong, prawdziwej betonowej twierdzy. Dobrzy Szwedzi zaprezentowali instytucję rzecznika etyki prasowej, ochronę źródeł dziennikarskich i inne nieosiągalne smakołyki. Thangowi najbardziej jednak zaimponowały strony internetowe. "Jak wrócę, to zrobię taką" - powiedział. A gospodarze uśmiechnęli się przyjaźnie i wyrozumiale, bo jeden na stu Wietnamczyków miał wtedy dostęp do internetu.

Osiem lat później tenże Thang jest redaktorem naczelnym jednego z największych portali informacyjnych na świecie. Jego ukazujący się tylko po wietnamsku "VN-Express" odnotowuje 6 milionów gości dziennie. To wręcz niewiarygodne, bo CNN (po angielsku) ma mniej. Jeszcze bardziej wymowny jest fakt, że portal ten odwiedza 300 razy więcej osób niż oficjalną partyjną gazetę "Nhân Dân". Gazeta jest w stu procentach subwencjonowana, portal żyje wyłącznie z reklam.

Rozmawiać z Thangiem jest równie trudno, jak do niego trafić. Ani na fasadzie, ani w holu wejściowym nic nie zdradza, gdzie mieści się "VN-Express". Także na trzecim piętrze, na drzwiach redakcji, nie ma żadnego szyldu. Jakby największa wietnamska gazeta uznała, że niezdrowo jest zwracać na siebie uwagę.

- Mieliśmy pomysł, by robić gazetę obiektywną, bez propagandy - mówi Thang.

- I to wystarcza, by stać się największym w kraju?

- Na to wygląda.

Najchętniej trzyma się faktów: że "VNE" ma 70 reporterów w Hanoi, 20 w Sajgonie (Hoszimin), że rzadko korzysta z jedynej w kraju agencji prasowej, że nie mają odredakcyjnych wstępniaków ani komentarzy.

- Dlaczego nie? - pytam.

Thang uśmiecha się i potrząsa głową. W jaki sposób pisze o procesach politycznych? Thang patrzy za okno i mówi, że wdzięczny jest szwedzkim nauczycielom z "Fojo", którzy mają takie postępowe poglądy na etykę prasową. Na przykład, że nie publikuje się nazwisk ani podobizn osób, które nie zostały skazane prawomocnym wyrokiem.

Dowiaduję się później, że „VN-Express” nigdy nie pisze o procesach politycznych oraz że unika szeregu innych drażliwych tematów. „To żadna ujma - stwierdza pewien dziennikarz - to krok do przodu. W niemal każdej gazecie można przeczytać wersję oficjalną. »VN-Express « nie chce jej publikować. A kiedy nie mogą pisać całej prawdy, nie piszą nic, bo półprawdy są często gorsze od kłamstwa”. „Z tego samo powodu - mówi mi - »VNE « rezygnuje z komentarzy redakcyjnych. - Jeśli się ktoś wypowiada o jednym, a potem nie może pisnąć o drugim, to już lepiej nie wypowiadać się wcale”.

Bill Gates kontra Ho Szi Min

Według wietnamskiego prawa wszystkie media muszą podlegać jakiemuś ministerstwu. W jaki sposób "VN-Express" udało się zostać wyjątkiem, to prawdziwie budująca historia o tym, jak technika potrafi zmienić układ sił.

Kiedy Thang wrócił ze Szwecji, zaproponowano mu, by stworzył stronę informacyjną państwowej firmy internetowej FPT. Publikował wiadomości z branży, ale też i inne, których ludzie byli ciekawi. Nie pisał natomiast nic o wielkim Leninie. Robili to wszyscy inni - musieli - ale on przecież siedział w komputerach, a przełomowe myśli Lenina na temat cyberprzestrzeni sprawiały wrażenie nieco enigmatycznych. Więc nie musiał...

Gości przybywało, a po półtora roku strona firmy była już największym medium w kraju. Tak to mniej więcej się odbyło. Jakby Polacy odrzucili "Gazetę Wyborczą" i zaczęli ściągać wiadomości ze strony Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

Oczywiście rząd wkrótce zorientował się, że oto znalazł się środek przekazu poza kontrolą partii! A więc należało go zamknąć. Ale wtedy "VNE" miał już 2 miliony czytelników. W czasie gdy Wietnam starał się o członkostwo w Światowej Organizacji Handlu (WTO). Niezbyt dobry moment na politykę policyjnej pałki. "VNE" nie został zamknięty, zrodził się więc problem: który z ministrów ma odpowiadać za ten produkt? Weźcie ode mnie ten kielich - odparł pierwszy zapytany. Drugi również przejawił niechęć. Podobnie trzeci.

I tak już zostało. "VN-Express" jest jedynym tytułem niepodlegającym żadnemu ministerstwu. A ponieważ w międzyczasie państwowa FPT weszła na giełdę, nikt tak naprawdę nie wie, kto jest właścicielem głównego źródła wiadomości w Wietnamie. Akurat to nie spędza snu z powiek Ducowi Thangowi, choć zdaje sobie sprawę, że wystarczy jedno słowo z Biura Politycznego, by wyłączono jego gazetę. Ale wie również, że dziesiątki milionów obywateli dowiedzą się o tym w ciągu godziny.

Niezwykle trudno jest wypowiadać się na temat przyszłości Wietnamu, gdyż jego przywódcy, chwalebni zwycięzcy wojny z USA, zdają się jeszcze bardziej paranoiczni i wyalienowani z własnego społeczeństwa niż byli władcy radzieccy. Wiosną 2006 roku skonfiskowali cały nakład tygodnika "Tuoi Tre". Jego kryminalny zamysł polegał na ankiecie czytelniczej: "Kto jest najbardziej podziwianą osobą w Wietnamie?". Przestępstwo polegało na tym, że przewodniczący Ho Szi Min znalazł się dopiero na trzecim miejscu.

- Po tym - twierdzi pewien dziennikarz - żadna gazeta nie odważy się spytać, kto jest najpiękniejszą kobietą w Wietnamie.

Kogoś może zaciekawi, kto znalazł się na miejscu pierwszym? Niejaki Bill Gates.

Przełożył Wojciech Chudoba

Źródło: Duży Format

Sunset at macau!



Taken from: http://www.flickr.com/photos/rhtanmd/2330915210/?addedcomment=1#preview

The yellow tones are spectacular. I am always curious why the sun does look different in different parts of the world.

Climbing@home project #1


Climbing@home project #1, originally uploaded by Laurent Filoche.

It is crazy.. but life is crazy so it happends..

Wednesday, March 12, 2008

Grapewine


French Alps 2008, originally uploaded by Szymon Stoma.

This is the french province just close to the Albertville. I was quite surprised that they cultivate the grapes also in such a cold regions. However, when now I think about it I should have already learned it in Merano..

French Alps 2008


French Alps 2008, originally uploaded by Szymon Stoma.

This is the view on hills just close to the really high alps (Albertville). The shot looks calm and peacfull, but actually there is a highway just in the valley. For me the most impresive was the mist -- it was all the time like this in the valley, however when you switch to high mountains the sky was perfectly blue! amazing planet.

Tuesday, March 11, 2008

Smoke jumpers

World is amazing: http://en.wikipedia.org/wiki/Smokejumper

Smokejumper
From Wikipedia, the free encyclopedia

Fully-outfitted smokejumpers boarding an aircraft in Missoula, Montana enroute to a fire in the Idaho Panhandle, July 1994

A smokejumper is a wildland firefighter that parachutes into a remote area to combat wildfires.

Smokejumpers are most often deployed to fires that are extremely remote. The extra risk associated with this method is justified by reaching a wildfire shortly after ignition when it is still relatively small. Another argument for delivering wildland firefighters by parachute is that the fixed-wing aircraft that carry smokejumpers are cheaper to operate over long distances, carry more personnel and equipment and have higher top speeds than the helicopters often used for other fire deployments. While remoteness is one reason parachute deployment is used, it adds to the risk inherent in smokejumping as crews are often hours away from help if the wind shifts or someone gets injured. The ordinary risk of a parachute jump, the adverse conditions for the jump, and the lack of resources for firefighting and rescue once on the ground in a remote area gives smokejumping a reputation as exceedingly dangerous work.

25 wpadek informatycznych wszech czasów

25 wpadek informatycznych wszech czasów
NetWorld
2008-03-03, ostatnia aktualizacja 2008-03-04 13:11

Spróbujmy sobie wyobrazić, jak wyglądałaby branża IT, gdyby Gary Kildall zaakceptował ofertę IBM dotyczącą licencjonowania jego komputerowego systemu operacyjnego dla trzymanego w ścisłej tajemnicy nowego projektu IBM.


CP/M stałby się OS-em dostarczanym z oryginalnym IBM PC, a świat być może nawet nie poznałby nazwiska konkurenta Kildalla, którym był nikt inny tylko Bill Gates.

Wśród wszystkich tych zadziwiających momentów w rozwoju branży, mających kluczowy wpływ na jej kształt, są i takie które kojarzą się wyłącznie źle. Nie każda idea może zwyciężyć, nawet najwięksi nie unikają złych posunięć. Ale podobno ci, którzy zapominają o przeszłości, są skazani na przeżycie z niej powtórki. Są też i tacy, którzy nieważne czy dobrze znają historię, czy też nie, zawsze coś zepsują. Proponujemy kilka chwil na schadenfreude i spojrzenie na 20 ostatnich lat pod kątem największych pomyłek, wpadek, katastrof, o których pewnie wielu chciałoby zapomnieć. Oto ich nieoficjalna lista. Zaczynamy od ostatniego miejsca:

25. IBM PS/2. Oryginalny IBM PC jak piorun uderzył w rynek w 1981 r. W przeciwieństwie do wcześniejszych komputerów z IBM był zbudowany z części powszechnie dostępnych, a nie firmowych elementów, dzięki czemu stawał się najbardziej przystępną cenowo maszyną biznesową. Ale z biegiem lat 80. IBM został zdominowany na rynku PC przez firmę Compaq i innych producentów tzw. klonów. Jaką znalazł na to receptę - oczywiście, znowu zrobić coś z firmowych, niestandardowych elementów. Personal System/2 wprowadzony na rynek w 1987 r. miał być software'owo kompatybilny z PC, ale architektura MCA (Micro Channel Architecture) sprawiła, że był niekompatybilny z dostępnym na rynku sprzętem. Klony nie stwarzały tego rodzaju problemów. Tak jak katastrofalny PCjr przed nim i PS/1 po nim, PS/2 przekonał klientów, że dział PC IBM stać tylko na jeden piorun.



24. Wirtualna rzeczywistość. W 1982 r. film "Tron" pokazywał przygody bohatera wciągniętego do wnętrza komputera. 15 lat później powstała technologia umożliwiająca tego typu doświadczenia, no... do pewnego stopnia. W końcu lat 90. trwały intensywne prace nad stworzeniem wirtualnego interfejsu do internetu, opartego przede wszystkim na VRML (Virtual Reality Markup Language). Problem w tym, że nie miało to za bardzo sensu. Użytkownik masowy nie potrzebował VR, więc koncept wirtualnej rzeczywistości przetrwał jedynie pod postacią Second Life.

23. Wojny archiwizerów. Co powiedziałbyś, gdyby jakiś producent oprogramowania skopiowałby twój kod i wydałby ulepszoną wersję twojego produktu. Pozwałbyś go do sądu, prawda? Tak pomyśleli w firmie System Enhancement Associates (SEA), gdy w latach 80. Phil Katz wypuścił na rynek klon programu do archiwizacji Arc, autorstwa SEA. Katz zoptymizował język asemblera, dzięki czemu oprogramowanie było wydajniejsze niż oryginalny Arc, ale ponieważ "pożyczył" kod od produktu SEA, ta ostatnia zdołała dowieść swoich praw w sądzie. Użytkownicy jednak poczuli się oszukani. Uważali SEA za pieniaczy, chcących zagrozić wspaniałemu oprogramowaniu Katza. Kiedy Katz stworzył w 1989 r. nowy format - nazwany Zip - użytkownicy porzucili Arca, a SEA ostatecznie podupadła.

22. Apple OpenDoc. Na długo zanim Cocoa i Carbon API zdobyły uznanie programistów tworzących aplikacje dla systemu Mac OS X, Apple skupiło się na innej inowacyjnej technologii programistycznej. Nazwana OpenDoc, była sposobem na tworzenie przez developerów aplikacji z lekkich, modularnych komponentów. W końcu czym więcej był edytor tekstu, oprócz narzędzia do pisania, sprawdzania pisowni, menedżera plików i kilku innych modułów zebranych do kupy? Z OpenDoc deweloperzy mogli mieszać, dopasowywać różne komponenty, tworząc swoje aplikacje. Niestety, koncept nigdy nie chwycił. Jak się okazało, większość aplikacji nie było na tyle modularnych, jak to się wydawało, a tzw. lekkie komponenty były niepokojąco zasobożerne. Po krótkich pięciu latach historia zwana OpenDoc dobiegła kresu.

21. Technologia Push. W 1992 r. firma PointCast miała bardzo sprytny pomysł. Dlaczego nie śledzić notowań giełdowych, najświeższych newsów i innych informacji w czasie rzeczywistym, zupełnie nie korzystając z przeglądarki internetowej? Zamiast niej klient PointCasta "pchałby" (push) potrzebne informacje bezpośrednio na desktop przez cały boży dzień.

Pomysł podchwyciła rzesza naśladowców. Niestety, nikt nie przewidział przeciążenia bardzo wtedy ograniczonych łączy internetowych. Administratorzy sieciowi blokowali klienty push, a wyposażeni w modemy użytkownicy domowi mieli dość reklam pchanych na ich komputery razem z wynikami sportowymi. Choć News Corp. początkowo chciała kupić PointCast za 450 mln USD, to dwa lata później szaleństwo zwane push wyparowało, i firma została sprzedana za marne 10 milionów.

20. Copland. Pewne pomyłki udaje się odwrócić. I .prawdą jest, że Mac OS X to świetny system operacyjny. Ale wyobraźmy sobie, jak daleko byłoby Apple, gdyby zgodnie z zapowiedziami wydało system następnej generacji w 1995 r. Copland miał być nowoczesnym następcą oryginalnego Mac OS, ale lata wewnętrznych przepychanek osłabiły dział rozwoju firmy. Nie mogąc stworzyć nowego systemu samemu, firma z otwartymi rękami przyjęła z powrotem Steve'a Jobsa wraz z jego systemem NeXT OS, który stał się bazą dla Mac OS X, wydanego ostatecznie w 1999 r. Co za ironia, zważywszy, że Jobs w wyniku sporów opuścił Apple ponad dekadę wcześniej.

19. Gnu Hurd. Kiedy Richard Stallman stworzył projekt Gnu w 1983 r., jego celem było zbudowanie pierwszego na świeci zupełnie darmowego systemu operacyjnego: kernel, narzędzia, utilities, aplikacje, dokumentacja - wszystko bezpłatnie. Po 25 latach nadal nie ma w pełni działającego kernela Gnu. Hurd - pod taką nazwą funkcjonuje to jądro - powinien być zwieńczeniem działań ruchu Free Software. Zamiast tego stał się symbolem porażki modelu collaborative software development, co roku okupując szczyty list widmowych projektów - tzw. vaporware.

18. Oracle Raw Iron. Jaki jest najlepszy system operacyjny dla serwera bazodanowego? Czy powinien on funkcjonować na Windows? Linuksie? AIX? A może jeszcze innym OS? W 1998 r. Oracle miało zupełnie inną odpowiedź. Larry Ellison zapowiedział sprzętową (appliance) wersję Oracle 8i, zwaną Raw Iron, w postaci fizycznego serwera. Klienci już nie będą musieli się martwić oddzielną umową wsparcia z dostawcą systemu operacyjnego. Oracle załatwi dla nich wszystko. Na marginesie prototypowe wersje

urządzeń Raw Iron działały z dostosowanym systemem Sun Solaris. Kiedy reakcja klientów okazała się mizerna, projekt po cichu odłożono do szuflady - na kilka lat przed tym, kiedy na rynku zaczęły się pojawiać specjalizowane produkty typu appliance.

17. e-commerce B2B. Kiedy szaleństwo dotcomów załamało się w 2000 r., inwestorzy spod znaku venture capital wpadli na nowy pomysł: jeśli te wszystkie nowe firmy e-commerce nie przynoszą kokosów na rynku konsumenckim, może powinny zaoferować swe usługi innym firmom. Nazwano to e-commerce B2B (BUSINESS-TO-BUSINESS). Niewielu jednak potencjalnych klientów zainteresowanych było pozbyciem się dystrybutorów i zamiast tego handlowaniem z nową, nieznaną firmą z niewielkim zespołem ludzkim i bez doświadczenia w zarządzaniu zasobami. Ostatecznie gracze B2B robili czasem doskonałe interesy - kiedy ich majątek był wystawiany na aukcji.



16. Apple Newton. To wcale nie iPhone, ale pod pewnymi względami właśnie Newton wciąż bije na głowę inne PDA. Zagorzali fani tęsknią z systemem Newton OS, a w każde Macworld Expo pojawiają się plotki o nowym PDA z Apple. Ale Newton nigdy nie dostał swojej szansy. Wprowadzone w 1993 r. urządzenia Newton MessagePad były mało poręczne, z krótko działającymi bateriami. Palm i partnerzy Microsoftu budowali PDA, które rzeczywiście mieściły się w kieszeni, a Apple odpowiadał na to urządzeniem z pełnowymiarową klawiaturą i niewygodną konstrukcją, by ostatecznie się poddać, kiedy pojawiły się straty finansowe. Szkoda. Po pewnym software'owym dostosowaniu urządzeń iPhone i iPod Touch do biznesowych potrzeb, Apple mógłby wrócić do gry. Ale po doświadczeniach z Newtonem, kto miałby na tyle odwagi, by zasugerować to Steve'owi Jobsowi?

15. Palm OS Cobalt. Jedyną rzeczą gorszą od wycofania się z lukratywnego rynku jest najpierw podbić go całkowicie, by potem polec. Co jeszcze można powiedzieć o Palmie? Te urządzenia były rewolucyjne, a konkurencja z Microsoftu śmiechu warta. Ale potem nastąpiły lata fuzji, kupowania, wydzielania firm i rebrandingu. Nagle produkty przestały się rozwijać. Kiedy Palm w końcu wydał swój system operacyjny Cobalt OS w 2004 r., następcę starzejącego się systemu Palm OS, nie zdobył żadnych licencjonobiorców. Teraz Palm przenosi się w zaświaty - następna wersja systemu ma być podobno oparta na Linuksie. Ale kiedy się pojawi, jak można zgadywać, nie wzbudzi zainteresowania użytkowników. Zbyt będą zajęci obsługą np. Treo z Windows Mobile.

14. Netscape 6. Punkt zwrotny w wojnie przeglądarek nastąpił w 1997 r., kiedy pojawił się Internet Explorer 4. Po raz pierwszy IE był lepszy niż Netscape Communicator. Nie tylko szybszy, ale także bardziej funkcjonalny i kompatybilny ze standardami.

Netscape powinien natychmiast odpowiedzieć, ale tego nie zrobił. Kiedy pojawiły się doniesienia o Microsoft IE5, Netscape stworzył projekt open source Mozilla, wypuszczający jedynie obfitujące w błędy "preview releases." Kiedy w końcu, po latach pojawił się Netscape 6, okazał się jedynie przerośniętą i wolną przeglądarką. Wojna była przegrana, a teraz nawet nazwa Netscape odchodzi w zapomnienie. Co za ironia - oprogramowanie znane kiedyś jako Netscape Communicator żyje teraz jako projekt open source o nazwie SeaMonkey.

13. Wyszukiwarki. Gdzie teraz są? W czasie dotcomowego boomu internaucie mieli w czym wybierać: AltaVista, Excite, InfoSeek, Lycos i wiele innych wyszukiwarek. Dziś główni gracze w większości nie istnieją. Część nie składa broni (jak np. Ask.com), ale przeszło serię wielu przeprojektowań. Zamiast skupić się na ofercie wyszukiwawczej, pierwsza generacja search engines stała się ofiarą wyścigu portali. Budowano strony wypełnione rezultatami sportowymi, wynikami giełdowymi, pogodą, z pocztą, czatami i sponsorowanymi treściami. W rezultacie powstały niezgrabne kombinacje wyszukiwarek i portali "na każdy temat". I kiedy pojawił się nowy gracz na rynku Google, z przejrzystym interfejsem i bardzo sprawnym wyszukiwaniem, użytkownicy zapomnieli o dawnych wyszukiwarkach.

12. IPv6. Mało tematów wywołało tyle dyskusji, co ten informatyczny odpowiednik globalnego ocieplenia. Ale cała ta debata sprowadza się nie do tego, czy nastąpi przejście na IPv6, ale kiedy. I nie ma tu kontrowersji jak w Kyoto. Dlaczego więc każdy zabiera się do tego jak do jeża? To proste, IPv6 rozwiązuje problem, którego jeszcze nie ma. Rozwiązania takie, jak wyklinany przez administratorów NAT, okazały się skuteczne. A korzyści z IPv6 nie rekompensują bólu głowy, jaki może wywołać wdrażanie tego protokołu.

11. Microsoft Passport. Wszyscy mamy zbyt wiele różnych kont internetowych i związanych z nimi haseł. Jeśli więc Microsoft chce uwolnić nas od kłopotu pamiętania ich wszystkich, to dlaczego nie? Ale internauci jakoś nie rzucili się na microsoftową usługę jednokrotnego logowania, podobnie zresztą jak partnerzy. Pomysł był dobry, ale realizacja już nie. Doszło do debaty na temat obaw dotyczących prywatności. Czarę goryczy przepełniło odkrycie luk bezpieczeństwa w oprogramowaniu Passport. Uczciwie trzeba przyznać, że Microsoft nie miał także z tym projektem szczęścia. Jak się okazało, ludzie uznali, że powierzanie poufnych, osobistych informacji postronnej firmie, aby mieć trochę wygody, to nie jest dobry pomysł. Ale kto to mógł przypuszczać?

10. Itanium. Niemal tak długo, jak procesory napędzają komputery PC Intel musiał konkurować z producentami klonów. Dlatego więc, kiedy firma zaoferowała wysokowydajny 64-bitowy procesor dla serwerów, to prawie w 100% sensowna była kompletnie odmienna architektura niż klasyczny x68. Prawie w 100%, bo pozostała jedna rzecz: konkurenci Intela wypuszczali na rynek klony dlatego, bo ludzie chcieli x86. Dokładnie mówiąc: chcieli tanie procesory x86, a Itanium nie był ani tani, ani x86. I chociaż z rynkowego punktu widzenia Itanium okazał się niewypałem, to statek płynie dalej. Dokąd, nie wiemy. Potrzeba rzeczywiście dzielnego kapitana, by żeglować po tych zdradliwych wodach.



9. Macowe klony. Przez lata użytkownicy domagali się alternatywy dla drogiego, opartego na firmowych układach sprzętu z jabłuszkiem w logo. Apple przystał na to w 1995 r. i rynek zalały tanie klony Maców od takich dostawców, jak Power Computing, Motorola czy Umax. Potem jednak nie minęły dwa lata i było po klonach, ku rozpaczy ich fanów. Producenci klonów wykorzystywali masowe, standardowe komponenty PC, co było afrontem dla dbającego o swój obraz Apple. Jednak klony miały dla Apple jedną zaletę - ich popularność na drugi plan przesuwała pogarszającą się jakość własnej oferty Apple. Jak się okazało firma nie potrzebowała alternatywnych producentów, ale alternatywnego zarządzania.

8. Elektroniczna waluta. Jeśli szukamy doskonałego dopełnienia do e-commerce, co może być lepsze niż e-money? Witryny sklepowe mogą stać się wirtualne, dlaczego nie portfele klientów? Era dotcomów przyniosła też alternatywne waluty i programy lojalnościowe. Wiele z nich było rozwiązaniami do mikropłatności - pomysłem, by dostawcy treści mogli pobierać mikroskopijne opłaty, akceptowalne przez rynek. Jak się okazało konsumenci woleli gotówkę, co jeszcze raz dowiodło, że jedyną rzeczą gorszą dla nich od papierowej monety jest moneta cyfrowa.

7. 64-bitowy pecet. Wszyscy przyzwyczailiśmy się, że producenci układów elektronicznych próbują zaszokować na liczbami. Kiedy wyścig gigaherców zwolnił, usłyszeć można było: Ile bitów obsługuje twój procesor? 16? 32? Mój aż 64! Apple i IBM rozpoczęły 64-bitowe szaleństwo w 2002 r., ale AMD i Intel szybko dołączyły się. Nikt jakoś nie zadawał pytania, po co zwykłemu użytkownikowi komputerów możliwość dostępu do 16 exabajtów pamięci RAM. 64-bitowe systemy operacyjne wciąż przegrywają na rynku z 32-bitowymi, mało jest aplikacji, ale kogo to obchodzi?

6. Carly Fiorina. Nazwijmy ją anty-Steve Jobs. Podczas jej rządów jako CEO w firmie Hewlett-Packard w latach 1999-2005 r., Carly Fiorina udowodniła, że jak nikt potrafi zmarnować dekady budowania reputacji i doprowadzić do wściekłości klientów. Nadzorowała oddzielenie cieszącego się doskonałą opinią działu sprzętu pomiarowego i medycznego. Oddała w outsourcing ukochany dział kalkulatorów, po czym zwolniła 7000 pracowników. Pod kierownictwem Fioriny więcej zysku przynosił HP atrament do drukarek niż sprzedaż komputerów PC. Ale najbardziej będzie się ja pamiętało w związku z przejęciem przez HP firmy Compaq - wśród innych wątpliwych wysiłków nadania "sztywnemu" HP bardziej przyjaznej klientowi twarzy (czy ktoś jeszcze pamięta licencjonowane iPody?). Ceny akcji za Fioriny spadały, ale nie przeszkodziło jej to wziąć 21 mln USD odprawy na odchodne. Nieźle, zważywszy, że HP zaczynał w garażu z kapitałem 538 USD.

5. Digital rights management. Czy jakakolwiek inna branża inwestowała tak wielkie pieniądze w rozwiązanie, którego nie chcą klienci? Firmy związane z mediami ścigają się w dostarczaniu na rynek kolejnych nowych wynalazków zabezpieczających przed kopiowaniem. Swoje porażki w tym względzie tłumaczą tym, że rynek nie jest jeszcze gotowy na pobierane przez internet treści.

To dziwne, jeśli weźmiemy pod uwagę, że każdy dotychczas wymyślony schemat DRM, był szybko przełamywany. Niektórzy specjaliści uważają, że w ogóle koncepcja DRM jest błędna, ale trudno jest przewidzieć, czy medialni giganci dadzą sobie w końcu spokój. W końcu chciwość to wielka motywacja.

4. Biuro bez papieru. Przez lata menedżerowie zacierają ręce słysząc o pomysłach, że bazy danych, arkusze kalkulacyjne, e-mail i cyfrowe dokumenty zastąpią papier w biurze. O ile jednak idea ochrony środowiska jest godna pochwały, to prawda jest taka, że trudniej jest właściwie operować danymi cyfrowymi niż tradycyjnymi. Coraz ostrzejsze przepisy zasilają rozwój rynku produktów ILM (Information Lifecycle Management), ale rzeczywiste możliwości tych rozwiązań są duże mniejsze od ambicji ich twórców. Cyfrowe przechowywanie danych stwarza problemy bezpieczeństwa nieznane w czasach szaf z segregatorami. Idea biura bez papieru może się kiedyś urzeczywistnić, ale wtedy zatęsknimy czasem za staromodnym notatnikiem.

3. Imitacje iPoda. Apple był zawsze gorzej traktowany na rynku PC. Jednym z ostatnich przejawów jest chroniczny zwyczaj niedoceniania iPoda. Konkurenci przychodzą i odchodzą, a odchodzą wtedy, gdy klienci zorientują się, że to co otrzymują to najczęściej kiepski sprzęt z marnym interfejsem. Od okropnego Zune z Microsoftu po plan firmy TrekStor, by wypuścić na rynek odtwarzacz pod odpychającą nazwą i.Beat blaxx - wygląda że nikt nie robi tego dobrze, chociaż Apple wskazuje drogę.

2. Windows Vista. Jeśli wyprawisz przyjęcie na cześć najbardziej rewolucyjnego na świecie systemu operacyjnego i nikt nie przyjdzie? Od czasu ukazania się Visty o rewolucji cicho. Pomimo wielokrotnie przekładanej daty premiery, niecierpliwie wyczekiwane funkcjonalności, takie jak WinFS czy Monad Shell nie znalazły się w dostarczanej na rynek wersji, chociaż sam system rósł i rósł. Kiedy wreszcie kurz opadł nowy system wydaje się czymś tylko trochę innym niż rozrośnięte Windows XP, pomalowane renderowaną w 3D farbą. Kiedy dodamy do tego sprawy wydajności, niekompletnego wsparcia sterowników, niezręczności UI i wątpliwy model bezpieczeństwa aplikacji, to idea linuksowego desktopu przestaje być taka dziwaczna. Kto odpowie, co może przekonać nielubiące ryzyka korporacje do przesiadania się na Vistę. Ale zaraz jest przecież Service Pack 1, a może Service Pack 2?



1. Bepieczeństwo. Komputery wpływają na każdy aspekt naszego biznesowego życia. Ufamy im bez oporów w zarządzaniu naszymi danymi, obliczeniach i uławianiu komunikacji. Kiedy w końcu wyciągniemy z tego właściwe wnioski? Trzydzieści lat ery osobistych komputerów, a wygląda na to, że z bezpieczeństwem jest tylko coraz gorzej. Komputerowe wirusy i robaki, chociaż proste w porównaniu ze złożonością jakiejkolwiek użytecznej aplikacji, okazują się tak odporne jak zwykłe przeziębienie. WWW, e-mail i instant messaging dają przestępcom niespotykane okazje do oszustw, nadużyć i elektronicznego szpiegowania. W 2007 r. korporacje utraciły dane klientów na niespotykaną dotąd skalę. Dzisiejsze wielkie cyfrowe repozytoria staja się pożądanym celem, który może być skopiowany na kilka płyt DVD, wsuniętych następnie niepostrzeżenie do kieszeni marynarki. Jeśli producenci samochodów osiągnęliby taki poziom bezpieczeństwa jak wytwórcy oprogramowania, wszyscy jeździlibyśmy Syrenkami.

Obecnie, gdy zbudowaliśmy nasz cyfrowy świat na niepewnych podstawach, rozwiązanie sprawy bezpieczeństwa jest bardzo trudne, o ile w ogóle możliwe. Musimy się nauczyć żyć z faktem, że technologie komputerowe są niebezpieczne i przestrzegać przed tym.

NetWorld

Źródło: Networld

Thursday, March 6, 2008

Cool tutorials on lighting:

http://strobist.blogspot.com/

Desperate (SVN stories)


Desperate, originally uploaded by Szymon Stoma.

This is just how I look like after seeing <200 conflicts in .tex file to resolve.. Yeah.. The afternoon won't be painted in PINK.