Thursday, April 24, 2008

Manipulacja nie manipulacja ja wysiadam!

Niech tylko 1% tego bedzie prawdziwy, a i tak wstyd mi za cala zachodnia cywilizacje. jestesmy cyniczni i beznadziejni.

Gazeta wyborcza
Chińskie narzędzia tortur
es, relacje na podstawie materiałów Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka: www.hfhrpol.waw.pl/Tybet

Rząd Tybetu na wychodźstwie podaje, że od początku chińskiej okupacji Tybetu od tortur zmarło blisko 180 tysięcy Tybetańczyków. Do lat 70. na thamzingach, czyli "wiecach walki klas", które często kończyły się zatłuczeniem więźnia, zamęczono 93 tysiące osób, zaś samobójstwa (także w więzieniach i aresztach), nie wytrzymując tortur, popełniło 9 tysięcy.

Po wizycie w Chinach w 2005 roku specjalny sprawozdawca ONZ ds. tortur stwierdził, że praktyka stosowania tortur ma w Chinach "charakter powszechny".

Tortury i okrutne traktowanie stosowane są na wszystkich etapach uwięzienia. Na komisariatach policji rutynowo bije się w celu wymuszenia zeznań i zastraszenia. Policjanci przede wszystkim biją i rażą elektrycznymi pałkami. W aresztach śledczych funkcjonariusze są szkoleni, jak stosować tortury. Biją po nerkach, stawach, łokciach. Trzymają więźniów w nienaturalnych pozycjach, np. z rękami skutymi na plecach kajdankami zaciskającymi się przy każdym ruchu. Albo na klęczkach, z brodą opartą na poręczy krzesła.

Mniszki są gwałcone za pomocą elektrycznych pałek.

W więzieniach torturą jest przede wszystkim praca ponad siły przy skromnych racjach żywnościowych. Więźniowie polityczni są poniżani. Mnichów zmusza się do profanowania świętych przedmiotów (np. fekalia wydobywają z dołów kloacznych, zawijając je w thanki - święte obrazy). Wszelkie formy oporu kończą się wielogodzinnymi biciem i wtrącaniem do karceru.

Więźniów używa się też do celów pseudomedycznych. Pobiera się im - bez znieczulenia - płyny ustrojowe, np. płyn mózgowo-rdzeniowy, żółć i krew, w ilościach zagrażających życiu.

Relacje o torturach pochodzą przede wszystkim od więźniów, którym po zwolnieniu udało się wydostać Chin.

W Indiach, gdzie trafia najwięcej tybetańskich uchodźców, działa ośrodek dla ofiar tortur, w którym udziela się im pomocy medycznej, ale przede wszystkim psychologicznej. Niektórzy nie są w stanie żyć, mając w pamięci poniżenie, jakiego doznali. Szczególnie dotyczy to regularnie gwałconych mniszek, które nie czują się godne, by wrócić do zakonnego życia.

W 1992 roku Palden Gjaco, mnich, który w chińskich więzieniach spędził 33 lata, przemycił do Indii narzędzia tortur. Pokazano je na sesji Komitetu Praw Człowieka ONZ w Genewie.

Ngałang Sangdrol

mniszka, przesiedziała w więzieniach 12 lat. Pierwszy raz do aresztu trafiła, mając 13 lat. Wyrok za udział w niepodległościowej manifestacji był wielokrotnie podwyższany za akty nieposłuszeństwa w więzieniu - w sumie do 21,5 roku. Uwolniono ją w 2003 roku na skutek nacisku międzynarodowej opinii publicznej. Dostała azyl w USA:

W areszcie poddano nas wielogodzinnemu brutalnemu przesłuchaniu. Strażnicy powiedzieli, że jesteśmy "kontrrewolucjonistkami", które usiłują oderwać Tybet od Chin. Śledczy bili nas żelaznymi rurkami i pałkami elektrycznymi. Przyczepiali druty, pod prądem, do języków. Zawieszali za wykręcone, związane na plecach ramiona. Nazywają to samolotem. Bardzo boli. Miałam wrażenie, że wyrwą mi ręce.

Zawsze byłyśmy głodne, a w nocy zziębnięte.

Kazano nam stać bez ruchu w palących promieniach słońca lub na mrozie i bito, gdy upadałyśmy z gorąca lub wyczerpania. Kazano nam ścigać się dla rozrywki strażników; rzucano w nas kamieniami i bito, kiedy biegłyśmy zbyt wolno lub pomyliłyśmy słowa chińskich piosenek, do których śpiewania nas zmuszano. Tygodniami byłam więziona w karcerze, ponieważ nie godziłam się z kłamstwami i karami moich oprawców.

Tortury i maltretowanie zaczęły się, gdy byłam 13-letnim dzieckiem, i trwały przez większą część mego pobytu w więzieniu.

Najgorsze jest to, że nigdy nie wiesz, co się stanie - czy cię dziś będą bili, jak i kiedy. Nie wiadomo, co strażnikom przyjdzie do głowy. Tych pomysłów więźniowie boją się najbardziej. Poza tym - codzienna praca. Normy są tak wyśrubowane, że zaharowujesz się na śmierć. W Drapczi pracowałyśmy w szklarni. Jest tam tak koszmarnie gorąco, że pocisz się, zanim wejdziesz. Stosuje się środki owadobójcze. Wdychamy wszystkie te opary. Mamy je w gardle, w nosie, w oczach. Do tego koszmarny smród. Nawozi się ludzkim kałem, który trzeba wybierać z dołów kloacznych. Jedna więźniarka wchodzi do takiego dołu, wybiera kał rękami, napełnia wiadro i podaje drugiej. Ma go wszędzie: na twarzy, we włosach, w ustach.

Ama Adhi

28 lat w więzieniach i obozach pracy za organizowanie ruchu oporu. Niemal cała jej rodzina zginęła od tortur lub głodu. Jej kilkuletni synek popełnił samobójstwo:

Przesłuchiwano mnie co najmniej raz na tydzień. Najgorsze było wbijanie bambusowych drzazg pod paznokcie. Do końca, aż wyszły u nasady. Zawsze ranili ten sam palec, który zmienił się w otwartą, ropiejącą ranę. Na thamzingach obowiązywała prosta zasada: do bicia i lżenia ofiar zmuszano najbliższych - krewnych, przyjaciół. Do mnie "wydelegowano" Ugjena, naszego starego służącego, i pewną kobietę.

- Nie podoba ci się Komunistyczna Partia Chin! Jesteś kontrrewolucjonistką! Śmierdzącą szumowiną reakcji! Teraz, szmato, już wiesz, kto jest górą. Wy czy Komunistyczna Partia Chin. Wtrącili cię za kraty, ale nadal masz czelność podnosić głowę i gapić się na ludzi! Do tej pory patrzyłaś na świat dwojgiem oczu. Ale dziś jedno ci odbierzemy. Będziesz ślepa!

I zaczęła mnie bić w prawe oko. Nie wiem, czy miała w ręku kamień, ale po chwili byłam tak opuchnięta, że nie mogłam podnieść powieki.

Kilka dni później wywołano mnie z celi i położono na kark deskę z jakimś napisem po chińsku. Pomyślałam, że nadszedł mój czas. Byłam tak wycieńczona i obolała, że myśl o szybkiej śmierci nie budziła we mnie strachu. Nagle usłyszałam hałas, odwróciłam głowę i zobaczyłam mojego szwagra Pemę Gjalcena. On też miał deskę na szyi. Kiedy nasze oczy się spotkały, uśmiechnął się do mnie. Zauważyłam, że jego napis jest czerwony, podczas gdy mój był czarny. Wyprowadzono nas z więzienia do oddalonych o kilometr koszar. Żołnierze już czekali.

Pemie Gjalcenowi i mnie kazano uklęknąć. Był związany w ten straszny sposób - wyłamujący ręce ze stawów i niepozwalający oddychać. Rozległy się dwa wystrzały. Jego krew i mózg bryznęły na mnie.

- Patrz, patrz na niego! - wrzasnął Chińczyk.

Z głośników popłynęła wesoła muzyka.

Palden Gjaco

75-letni mnich, 33 lata w więzieniu. W 1992 roku, uciekając do Indii, przemycił narzędzia tortur, które pokazał, zeznając w 1995 roku przed Komisją Praw Człowieka ONZ w Genewie:

Zakuto mnie w kajdany; kopano i bito pałką nabijaną gwoździami. Kiedy śledztwo się skończyło, przewieziono mnie z powrotem do Panamu, gdzie miałem odsiedzieć siedmioletni wyrok. Przez pierwszych osiem miesięcy miałem skute ręce i nogi. Potem zapytano mnie, czy "zmieniłem już postawę" i jestem gotów do pracy. Odpowiedziałem, że mogę pracować. Zdjęto mi kajdany z rąk i przeniesiono do więziennego warsztatu, w którym wyrabialiśmy dywany. Kajdany z nóg zdjęto nam dopiero po dwóch latach.

Brakowało jedzenia. Moczyłem w wodzie swoje buty i zjadałem je po kawałku.

W dniu egzekucji na szyjach skazanych wieszano ciężkie drewniane tablice z napisami w języku chińskim. Potem wrzucano ich na ciężarówkę jak kamienie i wieziono do więzienia w Drapczi. Reszta więźniów jechała w innych ciężarówkach. Na miejscu skazanych zmuszano do uklęknięcia na krawędzi wykopanego dołu i wysłuchania listy popełnionych "zbrodni". A potem zabijano ich kolejno strzałem w plecy. My musieliśmy na to patrzeć. Po każdym strzale trzeba było klaskać, żeby pokazać, że cieszymy się z egzekucji.

18 moich przyjaciół popełniło samobójstwo. Większość wybiegała po prostu na szosę i rzucała się pod ciężarówki.

Najczęściej torturowano nas długimi elektrycznymi pałkami. Niektórzy oficerowie bili nas przeciwśnieżnymi łańcuchami na koła.

13 października 1990 roku zabrano mnie na przesłuchanie. Czekał na mnie Paldzior, słynący z okrucieństwa śledczy. Wstał i zapytał cicho: "Nadal chcesz niepodległości?". Milczałem. Chwycił elektryczną pałkę i wcisnął mi ją w usta. Odzyskałem przytomność po kilku godzinach. Leżałem w kałuży wymiocin i moczu. Straciłem 20 zębów. Te, które zostały, wypadły po kilku tygodniach.

Miesiąc przed zwolnieniem skontaktowałem się z tybetańskimi urzędnikami, którym mogłem zaufać, prosząc ich o kupienie od Chińczyków kilku narzędzi tortur używanych w więzieniu. Kiedy wyszedłem z więzienia, przedmioty te czekały na mnie w domu przyjaciela. Na ich zakup złożyło się kilkunastu Tybetańczyków, którzy wierzyli, że pokazanie ich światu jest ważne. Jedna pałka elektryczna kosztowała ok. 800 juanów - trzy średnie pensje.

Phuncog Łangczuk

5 lat w więzieniu, aresztowany w 1994 roku za wieszanie plakatów niepodległościowych:

Czasami strażnicy kazali nam skandować hasła - o walce z separatyzmem, wyznawaniu win, obietnicy "resocjalizacji". Bywało, że odmawialiśmy. W zimie zalewali wtedy plac wodą i kazali nam siedzieć w tej marznącej brei.

Oskarżyli mnie o zorganizowanie protestu i kazali przyznać się do winy. Związali mi nogi, a potem zacisnęli sznur na szyi tak mocno, że nie mogłem wykrztusić słowa. Odpowiadałem im, gdy luzowali pętlę.

Bili pasem po twarzy i głowie, kopali w plecy. Kazali mi podnieść ręce, które przywiązali do założonej za kark deski. Potem związali mi nogi na drugiej belce. Nie mogłem się poruszyć. Położono mnie na brzuchu; padły pierwsze pytania. Nagle któryś ze strażników trzy razy kopnął mnie głowę. Poczułem, że mogę tego nie przeżyć, krzyknąłem więc po chińsku: "Wolny Tybet!". W jednej chwili rzuciło się na mnie sześciu policjantów z pałkami. Straciłem przytomność.

Po ocuceniu zaczęli bić pałką elektryczną - w twarz, usta, członek. Gasili mi na dłoniach papierosy. Miałem już tak dosyć bólu i tortur, że próbowałem odebrać sobie życie, połykając cztery igły i dwa kawałki szkła. Napisałem list pożegnalny i położyłem go sobie na brzuchu: "Jestem pewien, że z pełnego krwi i łez morza historii wyrośnie lotos wolności".

Nadal nie mogę uwolnić się od Drapczi. Kuleję na prawą nogę. Ciągle bolą mnie plecy, choruję na serce. I noc w noc prześladują mnie koszmary. Jestem w maleńkiej celi i trzęsę się ze strachu, że zaraz po mnie przyjdą i znów zacznie się bicie.

Źródło: Duży Format

Tuesday, April 22, 2008

Najniższa półka

Gazeta wyborcza

Wojciech Staszewski

Czy to w ogóle ważne co się je? Trzeba jakoś wyżywić miliardy ludzi na świecie. Napisz co sądzisz o najtańszych produktach: listydogazety@gazeta.pl

Kupujemy tanio, najtaniej. Ale czy zastanawiamy się, jakim prawem te rzeczy tak mało kosztują? W imieniu nas, konsumentów, schylam się do najniższej półki.

Najtańszy chleb. Chleb Polskie Zboża - 1,29 zł

- To chyba najtańszy chleb półkilogramowy w Warszawie - przyznaje dyr. Maria Wieteska z warszawskiej Spółdzielni Piekarsko-Ciastkarskiej SPC. - Stworzyliśmy dla Biedronki tanią markę Polskie Zboża.

- Jakim cudem ten chleb jest taki tani?

- Pełna mechanizacja produkcji, to już przemysł, linia produkcyjna wypuszcza kilka tysięcy bochenków na godzinę.

- Czym różni się od waszego markowego chleba za 2,39?

- Nasz Chleb Baltonowski jest smakowo inny, mówią, że "prywaciarski". Tam stosujemy naturalne zakwaszanie, kwas mlekowy, bakterie, które pracują nad fermentacją. To wymaga pracy ludzi. Pracownicy pilnują, przekładają, przenoszą zakwas do kolejnych dzież.

- A Polskie Zboża?

- W 85 proc. jest produkowany z mąki pszennej. Od 2005 roku ona jest tańsza od żytniej. I nie jest potrzebna przedłużona fermentacja mąki żytniej. A czas to pieniądz.

Najtańsza szynka. Szynka ogonówka. 1 kg - 13,99 zł

"Extra nastrzyk 200 procent! Extra produkt! 160 procent sukcesu! Vitasol". Ewa Mrówka z PIH pokazuje mi kolorowe reklamy, jakich nie znajdziemy w prasie codziennej. Ta pochodzi z pisma "Gospodarka Mięsna". Kolejna z pisma "Mięso i Wędliny", dotyczy preparatu Vitacel: "Wyższa wydajność obróbki cieplnej! Lepsza tekstura i smak! Wyjątkowe wiązanie wody i tłuszczu! Błonnik pszenny - wyjątkowe połączenie zdrowia i funkcji! Bez pylenia na produkcji, bez kapania na ogniu".

- I co w tym złego? Może taki błonnik pszenny jest bardzo zdrowy.

- Nie mówię, że nie jest. Ale to w niczym nie przypomina prawdziwej szynki, jakiej smak pamiętamy sprzed lat. Do 2003 roku obowiązywały Polskie Normy, zgodnie z którymi wędlina przekraczająca masą 130 proc. surowca (czyli z kilograma mięsa uzyskiwano powyżej 1,3 kg szynki) była uznawana za produkt szynkopodobny. Teraz stosowanie tych norm to dobra wola producenta. Konsument powinien jednak wiedzieć, że kupuje wędlinę złożoną w połowie z szynki, a w połowie z roślinnych dodatków białkowych i wody.

- Naprawdę tylko w połowie z szynki?

- Fachowcy potrafią z kilograma mięsa uzyskać dwa kilo produktu. Nastrzykuje się je wodą, a potem dodaje substancje wiążące wodę i sól, dlatego wędliny są takie słone. Także kolagen (białko stosowane głównie w kosmetykach). I dodatki sojowe, które poprawiają strukturę i zwiększają zawartość białka tak, że w laboratorium nie da się wykryć fałszerstwa.

- Czy to naprawdę źle?

- Są różne mody. Mięsarze twierdzą, że Polacy lubią, kiedy szynka "płacze", wilgotne wędliny uważają za soczyste. I przekonują, że od kiedy pojawiły się nowoczesne wędliny z wodą i soją, które mają przez to mniej tłuszczu - to ludzie są zdrowsi.

Dr Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska z Instytutu Żywności i Żywienia oponuje: - Człowiek to nie tylko układ krwionośny. Soja nie jest źródłem żelaza, tylko prawdziwe mięso. A bardzo dużo jest w społeczeństwie niedokrwistości i żelazo jest potrzebne. Ponadto europejska soja jest bogata w fitoestrogeny. Ich nadmiar powoduje hamowanie wytwarzania hormonów własnych, zwłaszcza testosteronu. To dobre dla kobiet w menopauzie. Czy to nie przez tę soję mężczyźni robią się tacy zniewieściali, opóźnia się dojrzewanie płciowe u chłopców?

O najtańszą szynkę z Carrefoura pytam jej producenta Henryka Kanię, właściciela zakładów mięsnych w Pszczynie.

- Mamy wędliny z różnych półek: szynki dojrzewające, polędwice surowe. A szynka z łopatki jest tańsza.

- Ile wody jest w najtańszej szynce?

- Przecież samo mięso składa się w 70 procentach z wody. Wiedział pan?

- Spytam inaczej: ile wędliny uzyskuje pan z 1 kg szynki?

- 1,20-1,30 kg. To standard.

- Co pan dodaje, że ona się tak zwiększa? Soję?

- Jeśli ktoś dodaje soję, to musi to napisać na etykiecie.

- A pan dodaje czy nie?

- Są substancje białkowe, może niektóre na bazie soi. Uczciwie mówiąc, to nawet nie wiem.

- A kto ma wiedzieć jak nie pan?

- Mam czterech technologów, musiałbym ich spytać.

Najtańszy keczup. Keczup Tesco - 1,99 zł

Rekordowe przebicie - produkt Tesco jest ponad trzy razy tańszy od Hellmann'sa (6,23) - ale też rekordowe przegięcie.Trzy pierwsze składniki Hellmann'sa: koncentrat pomidorowy (63 proc.), cukier i woda. Keczup Tesco to właściwie sok: woda, przecier pomidorowy (19 proc.), cukier.

- Nie tyle sok, co napój, bo ilość pomidorów jest tu śladowa - prostuje dr Monika Hoffmann z Wydziału Technologii Żywienia SGGW. - Nie dość, że przecieru jest bardzo mało, to jest jeszcze trzy razy mniej stężony niż koncentrat. Coś musi zagęszczać ten produkt - woda związana za pomocą skrobi. Najbardziej przypomina mi to budyń o smaku pomidorowym.

Byłem pewien, że droższy keczup będzie "bez konserwantów" - ale nie, ma je tak jak tańszy. Dietetyk dr Kozłowska-Wojciechowska się nie dziwi: - Sztuczne konserwanty są przebadane, dopuszczone do użytku i nie szkodzą. A najstarszym konserwantem jest sól, tyle że produkty konserwowane w ten sposób wcale nie są zdrowe. Sól w nadmiarze przyczynia się do udarów mózgu, raka żołądka. Jemy 14 g soli dziennie, a powinniśmy jeść 5-6 g.

Najtańszy dżem

Dżem truskawkowy Sympathica. 0,5 litra - 2,39 zł

Najtańsze dżemy to sam ulepek. Bo bierze się do ich produkcji mało owoców, a dużo pektyny (roślinna żelatyna z wytłoków jabłkowych lub cytrusowych), wody i cukru. Powstaje dżemowa galaretka. Kremowe truskawki w słoiczku cuchną siarką. - To pulpa, czyli owoce utrwalone dwutlenkiem siarki - wyjaśnia doktor Monika Hoffmann ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Z pulpy robi się dżem, bo fabryka nie pracuje przecież tylko wtedy, kiedy owoce są świeże.

- Dwutlenek siarki odparowuje, ale czuć pozostałości. Mogą one być alergizujące - dodaje dr Hoffmann. - Lepszym sposobem przechowywania owoców jest mrożenie, bo zachowują wtedy wartości odżywcze, witaminy. Ale to jest droższe.

A może być jeszcze taniej - kiedy dżem zrobi się z przecieru. Owoce na przecier nie muszą ładnie wyglądać, więc trafiają tam nadpsute odrzuty.

Dżem trzeba czymś utrwalić. Nie trzeba bać się chemicznych konserwantów, wszystkie są przebadane i dopuszczone do użytku. Ale lepsza - i droższa - jest obróbka termiczna i szczelne zamknięcie. Tak jak nasze babcie gotowały na gazie słoiczki konfitur. Jeśli dżem jest w plastiku, to na pewno został utrwalony konserwantami.

Rekordowo tani dżem Sympathica z Lidla jest sprzedawany w bardzo ładnych kubeczkach z cienkiego plastiku.

W 100 g jest 47 g cukru i 36 g truskawek.

Dla porównania w dżemie z Łowicza jest odwrotnie: 40 g owoców i 36 g cukru.

- Tani dżem na kanapce w smaku będzie podobny - ocenia Marcin Wiliński, kucharz z warszawskiej knajpki Pod Lipą. - Ale jeśli weźmie się go do naleśników i podgrzeje, to on się roztopi i wypłynie.

Najtańszy napój. Grapcio z sokiem. Butelka - 1,39 zł

Dr Monika Hoffmann ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego trzyma w szafce napoje dla dzieci. Kolorowa woda z cukrem. Grapcio z sokiem zawiera 1 proc. soku.

- Spójnik "z" jest w tej sytuacji nieuczciwy - uważa pani doktor. - Bo na przykład Frutek O SMAKU marchwiowo-pomarańczowo--bananowym przynajmniej nie oszukuje, a ma 3 proc. soku. Jednak to nadal dramatycznie mało, bo nawet fanta - odsądzana od czci i wiary, że taka słodka i niezdrowa - ma aż 6 proc. soku.

- Jakim cudem napój Grapcio jest tak tani?

- Bo czynnikiem kosztotwórczym jest sok - wyjaśnia Dariusz Olczar, główny technolog Ustronianki. - A Grapcio jest zaliczany do grupy napojów bezalkoholowych. W tej kategorii tylko nieliczne produkty posiadają w składzie sok owocowy. Wśród nich nasz Grapcio.

- Czy to jest zdrowe dla dzieci?

- Nasze napoje są produkowane zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa żywnościowego i w myśl niego są produktami dopuszczonymi do spożycia - odpowiada technolog Ustronianki.

Dopuszczone nie znaczy zdrowe, jeśli napój to sam cukier - oprócz wody. Dr Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska z Instytutu Żywności i Żywienia oponuje: - Cukier to prosta droga do otyłości. Młodzi ludzie ok. 15 proc. spożywanych kalorii czerpią ze słodzonych napojów.

Najtańszy syrop malinowy

Syrop malinowy Tesco. Butelka - 1,05 zł

Często nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, wystarczy czytać etykiety. Trzeba tylko znać podstawową zasadę: składniki wypisuje się według objętości, to, czego jest najwięcej - na początku, czego najmniej - na końcu. Z czego jest zagęszczany syrop malinowy? Z malin?

Zaprawa do napojów o smaku malinowym Tesco kosztuje trzy razy taniej niż markowy syrop. Składa się kolejno z wody, syropu glukozowo-fruktozowego, kwasku cytrynowego, stabilizatora, aromatu, substancji słodzącej, barwnika oraz substancji konserwującej. Malin nie ma tu ani śladu, jest tylko chemiczny aromat. Syntetyczne aromaty robi się z estrów, aldehydów i ketonów, czyli z ropy naftowej.

- Niech pan nie przesadza - oponuje dietetyk dr Kozłowska-Wojciechowska. - To substancje dopuszczone do użytku. Syntetyczny aromat nie jest szkodliwy, a nadmiar cukru tak.

Wracam do półki z syropami owocowymi. Dla odmiany biorę pod lupę drogi produkt - syrop malinowy Herbapolu za 4,89 zł.

Czytam etykietę: cukier, syrop, woda i dopiero na czwartym miejscu zagęszczony sok. Ale jaki? Aroniowy! Dodatek zagęszczonego soku malinowego jest znikomy, bo został wymieniony nawet za aromatem.

Ściślej, taki sok Herbapol produkował na jesieni. Zimowa dostawa różni się składem: cukier, syrop, woda, zagęszczony sok aroniowy i... zagęszczony sok z czarnej marchwi. Jest też precyzyjna informacja, ile jest dwukrotnie zagęszczonego soku malinowego: 0,25 proc. To jedna malinka.

Jacek Sim z Herbapolu wyjaśnia: - Sok malinowy nie nadaje się do dłuższego przechowywania, gdyż nawet przygotowany metodą domową po pewnym czasie traci swój naturalny kolor i brązowieje. Odpowiednio dobrana kompozycja dodatkowych - poza zagęszczonym sokiem malinowym - składników zapewnia kolor, smak i zapach malinowy intensywniejszy i trwalszy niż sam sok malinowy. Wynika to z oczekiwań konsumentów. Ponadto zdrowotne walory produktu dzięki aronii są wyższe, niż zapewniałby sam syrop malinowy.

Najtańszy nektar. Garden. 2 litry - 3,69 zł

Nektar to napój bogów olimpijskich, wspaniały i delikatny. Ale to dotyczy mitologii, a nie sklepowych półek.

Bo na półkach najwyżej jest sok. W sezonie robi się go ze świeżych owoców, potem można rozcieńczyć uzyskany koncentrat. Ale obowiązuje zasada: sok nie może być jednocześnie dosładzany i zakwaszany. Albo się go nieznacznie dosładza (do 15 g cukru na litr, żeby skorygować smak, np. sok grejpfrutowy), albo zakwasza (np. sok gruszkowy, winogronowy).

Nektar zawiera 25-50 proc. soku. To średnia półka. W przypadku owoców, które można wycisnąć (np. pomarańcze, jabłka), obowiązująca ilość soku to 50 proc. A nektary z papkowatych i gęstych owoców jak banan oraz bardzo kwaśnych jak czarna porzeczka, aronia muszą mieć 25 proc. soku.

Najniżej są napoje owocowe, które muszą zwierać powyżej 20 proc. soku. Producenci starają się ukryć wstydliwe słowo "napój". "Garden prosto z sadu" to niezła ściema. Wbrew temu hasłu z tyłu znajdziemy małą czcionką, że został wyprodukowany bynajmniej nie ze świeżych jabłek, tylko z zagęszczonego soku owocowego. Zawiera 20 proc. owoców. W tej sytuacji wybite z przodu hasło "100 procent świeżego smaku" jest co najmniej wprowadzeniem klienta w błąd. A hasło "1+1 litr gratis" robi się zabawne. - Ten gratis to posłodzona woda - komentuje dr Monika Hoffmann z SGGW.

Dokładnie tak jest. Garden kosztuje 3,69 zł za dwa litry, gdy za litrowy sok jabłkowy Fortuny trzeba zapłacić 3,08. Czyli litr wody z cukrem (uwaga, jeszcze taniej jest ze słodzikiem!) kosztuje 61 groszy.

Najtańszy sos do pieczeni. Sos do pieczeni Tesco - 0,99 zł

Sosy do pieczeni, pięć pierwszych składników w dwóch markach. Marka Tesco: mąka pszenna, laktoza, skrobia ziemniaczana, sól, substancja wzmacniająca smak. Droższy Knorr, za 1,67 zł: skrobia modyfikowana, maltodekstryna, glukoza, mąka pszenna, tłuszcz roślinny. Sos Tesco potania mąka.

- Cenę droższego sosu podnosi skrobia chemicznie modyfikowana (jest w pełni bezpieczna i nie należy tego mylić z żywnością genetycznie modyfikowaną), która lepiej kleikuje - wyjaśnia dr Monika Hoffmann. - W drugim taką funkcję ma mąka, ale sos trzeba długo mieszać, a i tak nie uzyska się równie gładkiej konsystencji.

Najtańsza mielonka wieprzowa. Mielonka w puszce Tesco - 2,49 zł

Markowy luncheon meat z Sokołowa (za 4,29 zł puszka) to 53 proc. mięsa wieprzowego, dalej woda, tłuszcz wieprzowy, skrobia, białko sojowe itd. Natomiast marka Tesco (za 2,49 zł) składa się przede wszystkim z tzw. mięsa oddzielonego mechanicznie (MOM, inaczej spray mięsny), i to z kurcząt. Jest go w produkcie aż 33 proc. Dalej: woda, skórki wieprzowe (fu!), tłuszcz wieprzowy i dopiero na piątym miejscu mięso wieprzowe - zaledwie 6,6 proc. Czyli najtańsza mielonka wieprzowa jest z mięsa kurczaków.

- I bardzo dobrze, bo kurze jest zdrowsze od czerwonego - komentuje zaskakująco dietetyk dr Małgorzata Kozłowska-Wojciechowska.

Jednak wieprzowina, którą udaje kurczak, sama potrafi udawać cielęcinę. Krystyna Gawkowska z Państwowej Inspekcji Handlowej do dziś nie może się nadziwić produktowi Parówki Cielęce, który kiedyś widziała. W składzie była sama wieprzowina, o jedną trzecią tańsza od cielęciny.

Najtańsze orzeszki w puszce

Orzeszki Carrefoura i Tesco - 1,50 zł

- Jakim prawem pana orzeszki są takie tanie?

Szef firmy produkującej orzeszki w puszkach, m.in. dla Carrefoura i Tesco, nie chce podawać w gazecie nazwiska ani swojej marki. W zamian będzie odpowiadał szczerze.

- Czasem sieć sprzedaje poniżej ceny zakupu. Mogę pokazać faktury. Sprzedajemy im puszkę po 1,30 zł, a oni wystawiają towar po 1,20. Przyciągają ludzi.

To 1,30 to i tak dwa razy taniej niż markowe orzechy, bo orzeszki Felix kosztują 3,50 zł.

- Większość producentów sypie śmieci. Orzeszki, które nie powinny iść do konfekcji, tylko na krajankę do cukiernictwa.

Skąd się bierze te śmieci?

- Z Hamburga. To orzechy z Chin, które przypłynęły do Niemiec i tam okazuje się, że są nieodpowiedniej jakości. Lekko zjełczałe, nadają się na paszę, a nie dla ludzi. Powinno się to odesłać do nadawcy na jego koszt. Więc Chińczyk woli spuścić cenę o połowę, ale pozbyć się kłopotu.

- Polska nie importuje takich orzechów?

- Nie przeszłyby badań aflotoksyn, to takie pleśni rakotwórcze. U nas te przepisy są zbyt surowe, u Niemców łagodniejsze. A jak sprowadzam te orzechy z Unii Europejskiej, to już nie muszę robić badań.

- Pan sprowadza?

- Przyznam, że zdarzyło mi się zakupić partię z Hamburga dla jednej z sieci. Bo dla supermarketów tylko cena się liczy.

Najtańsza pasta do zębów. Dentica - 2,69 zł. To prawie jedna trzecia ceny markowej pasty Blend A Med.

Prezydent Polskiego Towarzystwa Stomatologicznego Marek Ziętek wyjaśnia, że pasta do zębów służy do trzech rzeczy. Ma działać przeciwpróchnicowo, czyli powinna zawierać związki fluoru. Przeciwzapalnie - triclosan. I oczyszczająco - tlenek wapnia, związki cynku. Ziętek domyśla się recepty na tańszą pastę. Po pierwsze, stosuje się bardziej zanieczyszczony krajowy tlenek wapnia (zagraniczny jest bardziej miałki). Po drugie, nieorganiczne związki fluoru są tańsze od organicznych. A po trzecie, nie dodaje się tzw. kopolimerów (one powodują, że triclosan po nałożeniu na szkliwo będzie się powoli z niego uwalniał, nawet do 24 godzin - stąd slogany reklamowe o długotrwałej ochronie).

Katarzyna Jankowska z firmy Torf produkującej pastę Dentica: - Bywa, że pasty mają napisane, że super wzmacniają szkliwo, mają składnik wybielający i jeszcze wspomagają odchudzanie. Że jak pan umyje zęby, to w paście jest taka substancja, że nie będzie pan głodny. My nie składamy takich obietnic. Pasta ma się pienić, oczyścić zęby i odświeżyć oddech.

Najtańsze piwo. Piwo Tesco - 1,14 zł/puszka

W Tesco mówią, że ich piwo produkuje browar Van Pur. Mało alkoholu - tylko 4 proc. Dwa i pół razy taniej niż puszka piwa tego samego browaru, ale sprzedawana pod jego logo.

Jakim cudem to piwo jest takie tanie?

Po kilku tygodniach ustaleń otrzymałem odpowiedź prezesa Marka Krzystkiewicza, że to efekt niższych kosztów promocji i dystrybucji oraz zerowego kosztu reklamy. Zaś "w zakresie technologii produkcji, jakości surowców, jak i kontroli jakości brak jest istotnych różnic" między piwem Van Pur a marką supermarketową.

Ale skąd aż dwuipółkrotne przebicie?

Doktor inż. Elżbieta Baca z Zakładu Technologii Piwa i Słodu w Instytucie Biotechnologii Przemysłu Rolno-Spożywczego podsuwa taką hipotezę: - Jeżeli browar ma zalegające piwo, to woli się go pozbyć nawet po cenie produkcji. Produkcja piwa trwa trzy-cztery tygodnie, a potem towar ma pół roku-rok trwałości. Sprawdzam w sklepie: pudło. Piwo marki Tesco ma najdłuższy termin przydatności w całym dziale piwnym.

Paweł Kwiatkowski, rzecznik prasowy konkurencyjnej Kompanii Piwowarskiej, podsuwa inne tropy: - Można używać słodu jęczmiennego albo zamiast niego kukurydzy, to tańsze. Można kupić chmiel gorszej klasy, bez aromatu i dodać aromat syntetyczny. Można też dodać enzymy, żeby przyspieszyć proces fermentacji. Wtedy da się więcej wyprodukować w krótszym czasie.

Eliza Panek z Browaru Żywiec dodaje: - Jeśli się przerwie fermentację, wyjdzie piwo z mniejszą zawartością ekstraktu, czyli mówiąc w uproszczeniu - słabsze. A akcyzę płaci się od zawartości alkoholu. Ale i tak się nie da wyprodukować piwa w takiej cenie, bo nie da się tak zbić kosztów fiskalnych, pytałam w naszym dziale technologii. Nawet przy słabym piwie sama akcyza i VAT to razem 77 groszy. A produkcja?

Paweł Kwiatkowski: - W branży mówi się, że "piwo generuje traffic". Czyli ludzie przyjdą do sklepu po tanie piwo i coś przy okazji dokupią.

Najtańsza kawa rozpuszczalna. Tesco. 100 gramów - 5,99 zł

Kawa składa się w 100 proc. z kawy. Ale może być suszona rozpyłowo albo liofilizowana. Pierwsza obróbka powoduje utratę aromatu, gorszy smak, ale jest tańsza. Koncentrat kawy wpuszcza się w cylinder i suszy w strumieniu gorącego powietrza. Wychodzą z tego granulki kawowe. Kawa liofilizowana (koncentrat się mrozi) wygląda jak małe kryształki.

Jak to się dzieje, że marka supermarketowa jest prawie dwa razy tańsza od Nescafé (10,91 za taki sam słoiczek przy takiej samej obróbce)?

Producent marki własnej kawy rozpuszczalnej dla Carrefoura i Tesco: - Od 40 do 60 proc. ceny słoiczka to dystrybucja i marketing. Przy marce własnej nie trzeba tego doliczać.

Ten mechanizm potwierdza Marcin Ciecierski z FHU Excellence, firmy produkującej syropy - zarówno pod swoim logo, jak i tzw. marką własną - dopowiada: - Do ceny produktu z własnym logo trzeba doliczyć jeszcze 50 proc. kosztów na promocję. Dla merchandisera, żeby wyżej umieścił towar na półce, albo dla pani magazynierki. Nie pieniądze, bo za to się teraz idzie do więzienia. Ale długopis, szklanka, koszulka. Pan wie, ile te gadżety kosztują?

Krzysztof Szponder z Metra zarządzającego siecią Real dorzuca kilka liczb: - Koszty dobrej tygodniowej kampanii telewizyjnej to pół miliona złotych. Producent marki własnej ich nie ponosi. A druga rzecz to wolumen produkcji. Jak zagwarantujemy masarni zbyt 60 ton szynki tygodniowo, to ona może obniżyć koszty.

Policzmy. Jeśli 100-gramowy słoiczek kawy granulowanej w Tesco kosztuje 5,99 zł i doliczymy do niego 60 proc., wyjdzie nam 9,59 zł. Mniej więcej tyle samo, ile stojący obok słoiczek kawy Nescafé (10,91 zł).

W tej sytuacji rodzi się inne pytanie: dlaczego drogie produkty same w sobie nie są w zasadzie droższe od tanich?

Najtańsze prezerwatywy. Rosetex . 3 szt. - 2,99 zł

Poprosiłem żonę o pomoc. Wzięliśmy dwie prezerwatywy. Ja trzymałem, a żona półlitrowymi butelkami wlewała wodę. I liczyliśmy, która po ilu butelkach pęknie. Tańsza pękła dwie butelki wcześniej. Ale Andrzej Karczewicz z Urzędu Rejestracji Leków zapewnia, że każda sprzedawana w Unii Europejskiej prezerwatywa musi wytrzymać po napompowaniu 18 litrami powietrza przy ciśnieniu 2 atmosfer.

Tanich prezerwatyw szukałem w marketach. Marki własnej nie znalazłem nigdzie. Najtańsze były Roseteksy za 2,99 zł - połowa ceny markowych prezerwatyw na półce obok.

O kosztach decyduje element ludzki. - Przy sprawdzaniu jakości prezerwatyw w fabryce jest dużo ręcznej roboty - opowiada Andrzej Karczewicz. - Siedzą ludzie i naciągają prezerwatywy na metalowe fallusy, potem puszcza się prąd o wysokim napięciu i znów trzeba prezerwatywy ściągnąć i zrolować. Dlatego tańsze są prezerwatywy produkowane tam, gdzie są niższe koszty pracy.

- Cenę możemy obniżyć przez tańsze opakowanie - mówi Olgierd Wejner z Abpolu produkującego prezerwatywy Rosetex. - U nas to nieklejony kawałek kartonika. A są opakowania w formie pudełeczka, jeszcze z folią zewnętrzną.

Można też oszczędzić na dodatkach. Prezerwatywa jest nawilżana środkiem chemicznym. Tańszy będzie wysychał zaraz po odpakowaniu prezerwatywy, droższy utrzyma się przez wiele minut. Ale dyr. Lucjan Exner z Unimilu mówi, że nie opłaca się obniżać ceny prezerwatyw: - Generalnie kupuje się drogie. Są dwie takie kategorie produktów: prezerwatywy i przeciery dla dzieci w słoiczkach, w których konsument kieruje się ceną, aby była jak najwyższa.

Czy to w ogóle ważne co się je? Trzeba jakoś wyżywić miliardy ludzi na świecie. Napisz co sądzisz o najtańszych produktach: listydogazety@gazeta.pl

Źródło: Duży Format

Monday, April 21, 2008

Obywatelka żeglarka

Gazeta wyborcza
tekst Paweł Smoleński

O tym, że w Tybecie chińskie wojsko morduje bezbronnych, Katarzyna Szotyńska przeczytała na Nowej Zelandii. Ruszyło ją. Na Nowej Zelandii musiała myśleć przede wszystkim o rozkapryszonym, kręcącym wietrze, dziwnej wodzie zatoki Tahapuna, o przekładanych i odwoływanych wyścigach. Nie ścigała się tam o olimpijską nominację, tę ma w kieszeni już od roku, po czwartym miejscu w mistrzostwach świata w portugalskim Cascais. Ale regaty są regatami - nic innego nie powinno zaprzątać głowy. Teraz siedzimy w warszawskiej kawiarni, a Szotyńska: - Coś trzeba zrobić, trzeba.

Może myśleć o innych sprawach, w przygotowaniach do olimpiady ma kilka dni przerwy. Żeglarstwo to jej największa pasja, ale też zawód. Olimpiada - najpiękniejsza sportowa przygoda. Start i medal w chińskim Qingdao będzie postawieniem wykrzyknika po tym, co dotychczas osiągnęła. Ponadto - nie chce być sumieniem świata, bo nie ma do tego serca i kwalifikacji. Nie ma zamiaru wyręczać polityków i umoralniać szefów wielkich korporacji. Nikt jej nie pytał o zdanie, gdy MKOl wskazał Chiny na miejsce igrzysk. Słowem - nie bardzo ma ochotę przekopywać cudzy ogródek.

Ale że trzeba coś zrobić - wie z pewnością. Żeglarka w końcu też jest obywatelką. Co zrobi? Jeszcze nie wie. Jeśli czegoś się obawia, to tego, że nie wytrzyma presji. - Mogą kłaść mi do głowy, że liczy się tylko sport - wynik, wynik. Jeśli będą naciskać, przekonywać, wyśmiewać. Nie wiem - może wtedy się ugnę i nic nie zrobię. Często słyszę: 'Szotka, ty jakaś głupia idealistka jesteś. Co cię to w ogóle obchodzi? W pojedynkę świata nie zmienisz'. O rany, jeśli się ugnę, będzie tylko wstyd. A że w pojedynkę świata nie zmienię? Wiem bardzo dobrze.

Dwadzieścia lat temu

Ze dwadzieścia lat temu, pewnej wiosennej niedzieli, okazuje się, trochę znienacka, że kilkuletnia Kasia już nie musi walczyć ze starszym bratem Bartkiem o miejsce na kanapie, by jak najwygodniej obejrzeć 'Teleranek'. Bartka nie ma, pojechał z tatą na trening nad Zalew Zegrzyński. I tak już będzie przez wszystkie następne weekendy, wakacje. Kanapa przed telewizorem - pusta. Nie ma się z kim przepychać, kłócić i godzić. Co to w ogóle za wakacje bez starszego brata? Nuda.

Prosi rodziców: - Ja też chcę chodzić do klubu. Ośmioletnia Kasia wsiada na malutką łódkę klasy Optymist, dzielną nawet przy silnym wietrze i na wzburzonej wodzie, która laikowi musi jednak kojarzyć się z kanciastą, niezgrabną, plastikową mydelniczką z żagielkiem wielkości chustki do nosa. Na optymiście idzie jej, jak cię mogę. Puchar Polski klasy B, awans do grupy A i miejsce w połowie stawki na regatach w Niemczech, gdzie startowało kilkaset mydelniczek. O tak, miała wtedy poczucie, że coś osiągnęła. I że zabawa zamienia się w prawdziwy wyczynowy sport. Pewnego dnia mama zwalnia Kasię ze szkoły. Niespodziewane wagary - czysta frajda. Jadą do klubu, a tam czeka nowiutka otaklowana europa - olimpijski jednoosobowy jacht, na którym ścigają się dziewczyny. Lubi tę łódkę.

Europa według Kasi ma kobiecą duszę. Subtelna, nieco kapryśna, ślizga się po wodzie, jakby sama z siebie wiedziała, jak najwygodniej ułożyć się między wierzchołkiem a doliną fali. Kasia startuje w mistrzostwach i w pucharach świata, ma medale z najważniejszych międzynarodowych imprez. Ale zawsze jakaś dziewczyna jest lepsza. Tak jakby przy okazji wsiada na łódkę klasy Laser Radial. To w porównaniu z europą jacht toporny, wymagający siły i fizycznej sprawności, pozornie niezgrabny, choć dzielny. Laser polubił ją. Co start, to medal. Kasia zdobywa komplet medali ISAF - Międzynarodowej Federacji Żeglarskiej - od złota do brązu. Jest wielokrotną mistrzynią świata juniorek i seniorek, zwycięża w największych regatach. Od wielu lat nie wypada z dziesiątki najpewniejszych faworytek do największych żeglarskich sukcesów, choć to grono zmienia się z roku na rok. Jest tylko malutki problem - laser nie startuje na olimpiadzie. A Kasia bardzo chce na igrzyska.

Europa

Na europie przegrywa rywalizację o prawo startu w Atenach. Myśli - może czas skończyć z wyczynem i wreszcie zająć się wiedzą o kulturze na Uniwersytecie Warszawskim. Ale żeglarstwa sobie nie może odpuścić. Także dlatego, że w Polsce i w ISAF kobiecy wyczyn to taki kwiatek do kożucha; niby te baby ścigają się, niby rekord świata w opłynięciu globu przez wiele miesięcy należy do kobiety, ale obiegowa prawda brzmi: morze i żagle są dla mężczyzn, panie niech to upiększą i koniec. Szotka uważa, że dziewczyny na łódkach nie są tylko od upiększania. Akurat w Kopenhadze trwa konferencja ISAF; delegaci narodowych federacji żeglarskich debatują, na jakich klasach jachtów kobiety będą startować w Chinach.

Kasia zabiera głos i chwali europę: że taka wdzięczna, delikatna, lepsza od lasera. Jest przekonująca, bo niejako mówi przeciwko sobie. Zachwala jacht, który do końca nigdy nie odpowiedział na jej sympatię. Delegaci na chińską olimpiadę wybierają Lasera. A Kasię - do władz światowego żeglarstwa. - Wtedy pomyślałam, że jeszcze raz spróbuję - opowiada. - Jeszcze cztery lata: ponad 200 wyjazdowych dni w roku, codzienne treningi na wodzie i w siłowni, regularne chodzenie spać, dieta, zero życia prywatnego, studia wiszące na kołku. Nie mam zbyt wiele talentu, ale mam upór do pracy. Jeśli nie zrobię tego, co sobie postanowiłam, chodzę z kacem. W olimpijski start włożyłam wszystko, co mogłam. To mój najważniejszy cel.

Reprezentacja Polski

Polska reprezentacja żeglarska na chińskie igrzyska liczy raptem kilkunastu zawodników. Lecz niech nie zwiodą nas liczby. Co najmniej połowa z nich to elita elit, najlepsi na świecie, wielokrotni medaliści i mistrzowie. Ci niby słabsi jadą do Chin z realnymi szansami na znakomity wynik. Katarzyna Szotyńska jest w grupie mocniejszych. Gdyby sportem rządziła statystyka, miałaby medal bez wychodzenia na wodę. Ma 25 lat i worek trofeów z najważniejszych żeglarskich imprez. Po mieszkaniach jej warszawskiego bloku chodzi nastoletnia dziewczynka, która prosi lokatorów, by podpisali się pod protestem zakazującym nieludzkiego transportowania koni do włoskich rzeźni. Dziewczynka ma w sobie energię, która łatwo może się udzielić, jeśli ktoś jest choć trochę podatny. Pogadały sobie, ponarzekały i postanowiły coś zrobić.

Teraz to Szotka biega po piętrach i pyta: - Ma pani/pan psa? Bo ona akurat ma i wie, że po psach należy sprzątać. A jeśli nie samemu, to ugadany jest już pan Czesio, miejscowy bezdomny. Wystarczy kilka złotych od psa, a pan Czesio obiecał, że podwórko będzie czyste. Któryś z sąsiadów mówi, że jego pies załatwia się na sąsiednim podwórku. Inny: - Co to panią obchodzi? Pani jest głupia jak łoś. Kasia nie miała pojęcia, że łoś może być głupi. Pan Czesio gdzieś przepadł, a psy srają, jak srały. Wyszło, że w pojedynkę nie można zmienić nie tylko świata, ale nawet własnego podwórka. Gdy o tym opowiada znajomym, słyszy: 'Szotka, ty jakaś głupia idealistka jesteś. Co cię te psy obchodzą?'.

Dwa lata temu

Dwa lata temu Kasia jedzie pierwszy raz do Qingdao na regaty przedolimpijskie. Widzi ogromne miasto - pewnie z sześć milionów mieszkańców - egzotyczne, zakurzone i nędzne. Uliczne garkuchnie oblepione przez muchy, brud, śmieci. Na trawnikach kobiety zbierają do śmiesznych woreczków świeże pędy jakichś traw. Po co? Nie ma pojęcia. Bose, zasmarkane dzieciaki. Bezdomni. Chorzy. Rozpadające się rudery. Następnego roku też startuje w Qingdao. W dzielnicy, gdzie powstaje miasteczko olimpijczyków, już nikt nie zbiera zielska na trawnikach. Bezdomni? A czy kiedykolwiek tu byli? Nędza? Jeszcze jakoś przebija się z drugiego planu, ale rudery wyburzone albo odpicowane, że oczy bolą. Na drodze do portu znikły garkuchnie. W nowych restauracjach europejski design, Francja - elegancja. Czyściej, ładniej, choć na bazarze jeszcze można kupić podróbki najlepszych światowych marek. W sklepach z alkoholem króluje wyborowa.

Szotka myśli: - Gdzie podziali się ci wszyscy ludzie, gdzie ich wyrzucono? Wie, że również na jej potrzeby stworzono kolorowy, nierealny disneyland. Głupie uczucie: dostać coś nadzwyczajnego kosztem tych, którzy nie mieli prawie nic. Niefajnie, że będą ścigać się w specjalnie wypreparowanym świecie. Ląduje w szpitalu z rozstrojem żołądka. Dostaje salę dla VIP-ów, choć myśli, że wcale nie potrzebuje hospitalizacji. Wygląda na korytarz. Widzi umieralnię, nędznych ludzi pod kroplówkami, beznadzieję i totalny syf. A dla niej jest specjalnie oddelegowana opiekunka dostępna na każdy gwizdek. Pyta więc tę Chinkę, jakim cudem mówi tak wspaniale po angielsku. Chinka odpowiada, że uczy się nocami.

Kasia pyta: - Jakie masz marzenia? Chinka: że na południu jej kraju jest jakaś przepiękna wyspa i właśnie tam chciałaby kiedyś pojechać, choć to prawie niemożliwe, bo kosztuje, bo praca i szpital. A nie - pyta Szotka - na Nową Zelandię albo do Francji? Nie do RPA, USA, Portugalii, Hiszpanii, Turcji, Australii, czyli tam, gdzie Kasia zdobywała medale? Nie, ta wyspa na południu wystarczy. Po co marzyć o sprawach kompletnie nierealnych? Ten angielski bez najmniejszego obcego akcentu to coś na kształt ucieczki. A nocne wkuwanie języka podczas pustych dyżurów, gdy pielęgniarka opiekuje się obcokrajowcami, którym nic nie jest - to lekarstwo, kiedy z braku marzeń nie można zasnąć.

Streśćmy poglądy Kasi na olimpiadę w Pekinie.

Po pierwsze - nie powinna odbywać się w Chinach ani w Rosji, ani w USA, czyli w krajach, które na świecie rozdają karty i lekceważą sobie swoje sobiepaństwo i brutalność. W tych krajach - myśli - każda impreza jest po to, by podkreślić własne znaczenie, potęgę i siłę. W tych krajach nawet olimpiada staje się polityką, a przecież właśnie polityka powinna być poza sportem. Po drugie - na pewno pojedzie do Qingdao, bo przecież nie wyrzuci do kosza wielu lat ciężkiej harówki, nie zrezygnuje z przygody. Poza tym nieobecni w Chinach nie będą mieli głosu. Po trzecie - będzie w Qingdao kilka tygodni przed regatami i zapewne spotka tam Barry'ego, jednego z chińskich opiekunów polskiej reprezentacji. Znają się z poprzednich pobytów; cała ekipa wie, że Barry to spoko gość, a na dodatek podkochuje się w Szotce.

A Szotka nie wie, czy będzie umiała rozmawiać z Barrym tak jak w ubiegłym roku. Czuje, że to głupie: przecież ten Chińczyk nie jest winien, że jego państwo strzela w Tybecie. Ale czytała również, że Chińczycy nie rozumieją tybetańskich aspiracji, że myślą, iż przynieśli Tybetowi rozwój, choć zostawiają za sobą spaloną ziemię. Może więc Barry też nie rozumie? Krótko mówiąc - ma trochę pietra przed tym spotkaniem. Po czwarte - ani myśli być prowodyrką, organizatorką jakichś sprzeciwów. Za nikogo, a zwłaszcza za tych w garniturach - polityków, biznesmenów, działaczy - nic nie będzie załatwiać. Podzieli się własną opinią, nawet jeśli znów usłyszy, że jest głupia jak łoś.

Ale nie będzie też gladiatorką; nie jedzie tam tylko po to, żeby wygrać, publice przed telewizorami dostarczyć rozrywki, a kibicom - dumy, że wygrała Polka. Nie jedzie po premię za medal. Fakt - skupi się przede wszystkim na żeglowaniu, bo medal zdaje się w zasięgu ręki. Lecz nie zamierza zamykać oczu. I musi to jakoś ze sobą powiązać. Po piąte wreszcie - nie podoba się jej, kiedy symbol olimpijskich kółek zamieniany jest przez ludzi wspierających Tybetańczyków w kajdanki albo w białe okręgi położone na rozlanej plamie krwi. Rozumie intencje, lecz sądzi, że za tymi znakami kryje się nadużycie. Co zawiniła olimpiada, że w Tybecie tyle podłości?

W końcu sportowców nikt nie pytał, czy chcą jechać do Chin. A kiedy okazało się, że ukłony i umizgi słane zewsząd w stronę Pekinu, że przymilne miny i przymykanie oczu na naturę chińskiego reżimu zaowocowały masakrą buddyjskich mnichów, cały świat patrzy na sportowców (a więc i na Katarzynę Szotyńską) i nawołuje: zróbcie coś w naszym imieniu. A jakim prawem nawołuje?

Inni

A co Szotka może usłyszeć od innych olimpijczyków, niekoniecznie żeglarzy? Że zaprotestują, bo przecież tak postępuje człowiek uczciwy. Że sportowcy na olimpiadzie są jak żołnierze w koszarach: tyle wolności, na ile pozwala regulamin, zadanie do wykonania, wypięta pierś i okrzyk: 'Ku chwale ojczyzny'. Że jeśli podczas zawodów pomyślą o niezałatwionym przelewie albo kłopotach w domu, szlag trafi całe skupienie i medal zawiśnie na innej szyi.

Że wiedzą, co dzieje się w Tybecie, współczują, solidaryzują się. Ale przyjechali tu po coś innego. Że będzie ich w Chinach z dziesięć tysięcy, a dziennikarzy - trzy razy tyle. Niech więc dziennikarze coś pokażą, a oni jakoś się podłączą. Że mają do wykonania pracę. Jak murarz na budowie, tokarz w fabryce, polityk w parlamencie i lekarz w szpitalu. Czy ktoś żąda od tokarza, by prezentował światu, jakie ma zdanie na ten czy inny temat? Słowem - nie usłyszy jednobrzmiącego chóru, choć bardzo by chciała. Lecz nikomu nie zamierza wystawiać cenzurki. Wścieknie się tylko, kiedy powiedzą jej: 'Tybet - straszne. Ale to samo dzieje się w Birmie, w Afryce, właściwie na całym świecie.

My - sportowcy - nie protestowaliśmy przeciwko wojnie w Iraku. Nie bądźmy hipokrytami. Albo sprzeciwiamy się od A do Z, albo nie. Bądźmy konsekwentni, nie szukajmy jakichś szczególnych okazji'. Takie myślenie to dla niej hipokryzja, szukanie dziury w całym i wygodnictwo: nie sprzątnę po psie, bo przecież sika na innym podwórku. A poza tym inne psy też brudzą. I co mnie to obchodzi. Bo co Szotka może zrobić przeciwko wojnie w Iraku? Wpłacić pieniądze na fundację opiekującą się irackimi sierotami. Nikt tego nie zauważy. W Chinach akurat może więcej. I dlatego więcej powinna.

Co może zrobić w Qingdao żeglarka Katarzyna Szotyńska?

Może założyć na uroczystość otwarcia igrzysk pomarańczową bransoletkę lub wstążkę (- Chciałabym, żeby tak zrobiło wielu sportowców, nie tylko z Polski). Wyjść na podium w koszulce z napisem 'Wolny Tybet' (- Dalajlama mówi o autonomii, ale hasło: 'Przestrzegajcie praw człowieka w Tybecie' nie zmieści się). Mieć na sztormiaku pomarańczową opaskę (- Może czarną, a może w kolorze mnisiego habitu?).

Przyszyć gdzieś tybetańskie słońce. Albo może chodzić po mieście i po porcie w białym cienkim szaliku, takim samym, jaki w podarku dają sobie Tybetańczycy. Nie ogoli głowy na łyso, by upodobnić się do buddyjskich mniszek. W końcu ma tyle innych możliwości. Jeśli ktoś powie, że Szotka to głupia idealistka? Może nie powie. Jeśli postraszy odebraniem medalu? Może nie postraszy. Jeśli zabierze? To niech go sobie, cholera jasna, powiesi na ścianie.

Wednesday, April 16, 2008

Z giełdą jak z seksem (GW)

Z giełdą jak z seksem
Wojciech Moskal

Być może wkrótce szefowie banków i domów maklerskich przed wysłaniem na giełdę swoich podwładnych będą nie tylko sprawdzali, jaką uczelnię ekonomiczną skończyli, jakie mają doświadczenie i referencje, ale także stężenie testosteronu w ich krwi. Próbka śliny i szybki test da odpowiedź na pytanie, czy pracownik może stanąć do gry o najwyższą stawkę na parkiecie Wall Street. Na łamach najnowszego "Proceedings of the National Academy of Sciences" (PNAS) naukowcy z angielskiego Cambridge publikują właśnie wyniki badań, które dowodzą, jak ważne dla maklerów i brokerów są krążące w ich krwi hormony. Mogą pomagać w zyskownych operacjach finansowych, ale także - uwaga - sprzyjać panice i irracjonalnym ruchom w czasie załamania rynków i krachu na giełdzie.

Sukces nakręca maklera

Testosteron kojarzy się przeważnie z seksem. Ale ten hormon liczy się też w wielu innych sytuacjach, np. współzawodnictwie. Jak pokazały badania, jego poziom wzrasta u sportowców przed rozpoczęciem zawodów. Co ciekawe, po wygraniu przez lekkoatletę ważnego biegu lub pokonaniu przez skoczka poprzeczki jego stężenie we krwi rośnie (a u przegranych maleje). Taki hormonalny "kop" dalej nakręca sportowca i zwiększa jego szanse w kolejnych etapach zawodów. Specjaliści fachowo nazywają to "syndromem zwycięzcy". Jego mechanizm jest prosty - sukces (i testosteron) daje pewność siebie i zarazem zachęca po podjęcia kolejnego ryzyka. Po pewnym czasie może się to jednak obrócić na niekorzyść - zbyt dużo testosteronu sprawi, że sportowiec będzie miał problemy z racjonalną oceną ryzyka i swych możliwości. Poprzeczka zostanie ustawiona o centymetr za wysoko, co skończy się kresem marzeń o medalu.

Prof. Joe Herbert i dr John Coates z Cambridge dowodzą w "PNAS", że niemal identyczny mechanizm działa w świecie finansów.

W zorganizowanym przez Anglików eksperymencie udział wzięło 17 maklerów (samych mężczyzn) pracujących na co dzień w londyńskim City. Przez osiem kolejnych dni naukowcy mierzyli stężenie zawartych w ich ślinie hormonów. Próbki pobierano o jedenastej rano i czwartej po południu, czyli przed tym i po tym, kiedy zwyczajowo zawierali transakcje. Wcześniej przyjrzano się im dotychczasowym sukcesom w pracy i opracowano ich średni profil zysków i strat.

Okazało się, że "wysoki" poziom testosteronu na koniec dnia łączył się z dobrymi wynikami. Tego jednak można się było spodziewać - sukces nakręca. Ale co ważniejsze, czarno na białym również pokazali, iż duże stężenie testosteronu jeszcze przed rozpoczęciem pracy sprzyjało potem zawieraniu dobrych transakcji. Naukowcy tłumaczą to tym, że hormon "dał" maklerom wyjątkową pewność siebie i zachęcił do większego niż zwykle ryzyka.

Byle nie przekroczyć progu szaleństwa

Zespół z Cambridge badał również wpływ na maklerów innego hormonu - kortyzolu. Steruje on m.in. reakcją na stres. Okazało się, że jego stężenie znacznie się podnosi w sytuacjach, gdy rynki ogarnia chaos. Działa on niejako w opozycji do testosteronu i sprawia, że maklerzy niechętnie podejmują wtedy ryzyko. - Skutkiem zwiększonego stężenia kortyzolu może być "trwała, wyuczona bezradność", tj. niemożność podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Szefowie banków centralnych nie powinni się dziwić, kiedy na ich działania mające poprawić sytuację inwestorzy i maklerzy nie odpowiadają w taki sposób, jak by tego oczekiwali. Po prostu nie pozwala im na to fizjologia - tłumaczy Coates.

- Dotychczas nie doceniano roli fizjologii, w tym hormonów, w podejmowaniu decyzji w świecie finansów. Dotyczy to nie tylko specjalistów od handlu, ale w ogóle wszystkich pracujących w ekstremalnym stresie, np. kontrolerów ruchu lotniczego - dodaje Joe Herbert.

Czy obok kawy i pączka "na dobry początek dnia" maklerzy zaczną teraz sięgać również po zastrzyk z testosteronu na "dobry zysk z tego dnia"? Autorzy pracy w "PNAS" przestrzegają przed takim dopingiem. Ich zdaniem zbyt duży i długo trwający wzrost stężenia testosteronu może przynieść więcej szkód niż pożytku. Wiadomo, że męski hormon płciowy odpowiada również np. za nadmierną porywczość. Specjaliści badający sportowców stosujących niedozwolony testosteronowy doping zauważyli, że często powodował on uczucie patologicznej wręcz euforii, czasem nawet napady manii. To może sprawić, że decyzje maklera nie będą miały już nic wspólnego z racjonalnym myśleniem i zakończyć się finansową katastrofą.

Klasycznym przykładem jest pamiętna bańka internetowa, gdy wartość wielu firm z branży high-tech osiągnęła poziom, który w żaden sposób nie dawał się wytłumaczyć ich rzeczywistą kondycją finansową. "Mogło dojść do sytuacji, że nadmiernie "naładowani" testosteronem inwestorzy popadli w uzależnienie od ryzyka i przestawali racjonalnie myśleć" - pisze John Coates. Jak wiemy, wkrótce bańka pękła z wielkim hukiem.

A co z paniami? Świat finansów przecież dawno przestał już być męską domeną. Organizm kobiety również produkuje testosteron, ale w ilościach daleko mniejszych niż u mężczyzn. Czy jego rolę przy podejmowaniu finansowych decyzji odgrywa u kobiet jakiś inny hormon? To muszą wyjaśnić kolejne badania.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Chinskie zakupy (za GW)

Gazeta Wyborcza
Piotr Głuchowski, Marcin Kowalski
2008-04-15, ostatnia aktualizacja 2008-04-15 02:11

Chińscy pracodawcy śpią całymi rodzinami na zapleczu, piorą w toaletach i nie marnują czasu jak ich polscy podwładni. Dlatego wygrają bitwę o handel, która już trwa. W liczącym 1700 mieszkańców Dobrem koło Kruszwicy przez ostatnie 15 lat upadły kolejno: dom towarowy, mleczarnia i zakład odzieżowy Mirella. Został otwarty - w pamiętającym zabory budynku dawnej poczty - tylko jeden interes: Chiński Market.

Kalkulator (bez baterii) kosztuje tu 2 złote, czerwone stringi albo blond peruka - tyle samo. Takich marketów są już setki i co tydzień otwierany jest nowy.

Ye Yong Jia się uśmiecha

Kiedy w Chinach ktoś szuka ludzi do pracy, wiesza kartkę na drzewie (to we wsiach i mieścinach poniżej pół miliona mieszkańców) albo jedzie rano na plac, gdzie chętni do roboty siedzą w kucki i palą papierosy. Pracodawca mówi, ilu potrzebuje i ile płaci za dzień, do południa ludzie stają już przy wtryskarkach albo maszynach do szycia, a wieczorem ci, co się sprawdzili, dostają pierwszą dniówkę. Dlatego Ye Yong Jia i jego brat nie mogli zrozumieć, o co chodzi tym paniom ze Słupska.

- Nie chcecie dostawać pieniędzy co wieczór? - zapytał z niedowierzaniem pan Yong Jia. Zapytał po chińsku, bo wtedy jeszcze polskiego nie znał ani w ząb.

Młoda tłumaczka, Chinka, która już kilka lat tu pracowała na bazarku, przełożyła pytanie, wysłuchała chaotycznych odpowiedzi, a potem powtórzyła panu Yongowi postulaty sześciu pracownic: "Teraz umowa o pracę, pieniądze na koniec miesiąca, w jednym kawałku".

- Ale ja wam mogę zapłacić już dzisiaj - Ye Yong Jia wyjął z kieszeni plik 50-złotówek i uśmiechnął się szerzej niż zwykle.

Znowu harmider. Dziewczyny posprzeczały się chwilę. Jednak kasa to kasa. Stanęło na tym, że na razie dniówka może być, ale nie 30, tylko 40 złotych.

Pan Yong Jia, gdy usłyszał odpowiedź, na chwilę przestał się uśmiechać. Przez dwie minuty rozmawiał o czymś ze swoim bratem. Mówili tak szybko, że nawet tłumaczka nie zrozumiała wszystkiego, ale z tonu obu Chińczyków można było wnioskować, iż ostro się kłócą. Kiedy skończyli - w jednej chwili - przywdziali promienne uśmiechy.

- Pan Yong zgadza się na 35 złotych za dzień. I dwie przerwy na papierosa.

- A na siusiu?

- Na pewno cieba to tłumacić? - spytała tłumaczka (akcentując ostatnie słowo na "-cić?").

Dziewczyny zachichotały: - Nie cieba.

Pan Yong potrząsnął oburącz dłonią każdej z nich, a potem to samo zrobił jego brat. I sześć kobiet zabrało się do rozpakowywania kartonów. Największy chiński market na Pomorzu mógł wreszcie ruszyć z handlem.

Pan Yong mówi "no problem"

Kartony nie były ciężkie. Najwięcej ważyły te z perfumami - Hugo Boos po 20 złotych za 100-mililitrowy flakon i Lacorse - po 24. Swą masę miały także szklane delfiny, bo z wodą w środku, 28 zł za sztukę (w cenie dwie kolorowe rybki pływające wewnątrz delfina).

Orły też dużo ważyły. Wielkości polskiego gołębia w naturze, groźne, bojowe. Cena: 155 złotych - najdroższy towar z półki. Ostry dziób, skrzydła rozpostarte do lotu. Z plastiku, ale ponieważ ma udawać chińską lakę, musi swój ciężar mieć. Więc w środku gips. To wyszło na jaw, kiedy jeden pękł upuszczony. Trzask! Chińczyk podbiegł, Hanka, ta, co ptaka puściła, myślała, że będzie awantura, ale pan Yong tylko się uśmiechnął i mówi: "no problem". Atmosfera się od razu zrobiła lepsza. Przy rozpakowywaniu radiomagnetofonów Sqny i butów Adikas była nawet śmiechu kupa - jacy ci Chińczycy sprytni.

A już prawdziwie rozbawiła dziewczyny drapaczka do pleców, co ma z jednej strony łapkę małą, a z drugiej - gumowy uchwyt u końcówki pogrubiony i na nim ze sześć miniwypustek. Towar podwójnego użytku.

Hanka zaproponowała żartem, by te drapaczki wstawić do sex-shopu na Wojska Polskiego. "Tam taki wynalazek nawet 250 złotych potrafi kosztować" - powiedziała koleżankom. A tu Chińczyk wycenił po 3,50 sztuka. Wszystkie chciały wiedzieć, czy Hania była kiedyś w sex-shopie, że tak dobrze ceny zna. Ale się w końcu nie dowiedziały, bo po niedzieli Hania już do roboty nie wróciła. Nie chciała robić za dniówkę jak w warzywniaku, na czarno. Szkoda, że nie miała cierpliwości, bo po tygodniu pan Yong rozdał wszystkim umowy o pracę i teraz już trzeci miesiąc ekspedientki w Chińskim Markecie zarabiają ponad 900 miesięcznie na rękę, co jak na Słupsk jest niezłą stawką. W Lidlu po sąsiedzku płacą mniej.

Ping-Pongi gorsze jak Żydzi

Ponad 1000-metrowy supersam ulokowany na piętrze dawnego Rolniczego Domu Towarowego ruszyłby na całego jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia, gdyby nie to, że panu Yong i jego bratu tuż przed otwarciem zwalili się na kark kontrolerzy z PIP, urzędu wojewódzkiego, a nawet ze straży granicznej.

Ekspedientki mówią, że urzędników nasłali okoliczni kupcy, którzy wpadli w popłoch. Szczególnie właściciele Wokulskiego z ulicy Kołłątaja się zdenerwowali. Wokulski to centrum handlowe - dawne targowisko. Dziesięć lat temu rozkładane łóżka, dziś aluminiowo--szklane boksy pod wspólnym dachem. Jest parking, jest neon, w Boże Narodzenie wita Mikołaj, na Wielkanoc - zając. Tyle że parasol kosztuje 15 złotych, a w Chińskim Markecie - 5. Chociaż jeden i drugi z Chin.

Skórzane buty z czubami, tak zwane kowbojki: u Wokulskiego od 90 złotych w górę, a u pana Yonga tylko 55, i jeszcze na przodzie eleganckimi ćwiekami nabite. Komplet dresowy w barwach narodowych - odpowiednio 50 zł na Kołłątaja i 28 w markecie braci Ye.

- Pozbijali te ceny, że już nic nie idzie zarobić - na oko 50-letnia pani Jadwiga, która czeka na klientów w jednym z odzieżowych boksów Wokulskiego, co rusz coś poprawia na wieszaku albo przekłada z miejsca na miejsce. Jest południe, rozmawiamy już kwadrans, ale w sklepiku nie pojawił się przez ten czas ani jeden klient. - Ping-Pongi gorsze są jak przed wojną Żydzi!

- Skąd pani wie, jak było przed wojną?

- Mamusia mi opowiadała, bo myśmy do Słupska przyjechały spod Lublina, proszę panów. I mama opowiadała: Żyd wszystko Polakowi wcisnął, nawet stare końskie kopyto na zupę. Jeszcze źle doważył. Ping-Pong taki sam! Przecież jego chińszczyzna się po dwóch razach psuje, wszystko pic na wodę, co oni sprzedają. Co ja mówię, po dwóch razach? Psuje się po jednym! Albo prędzej - sprzedawczyni zamaszystymi ruchami strzepuje niewidoczne pyłki z garsonek po 50 złotych komplet. Produkt wietnamski. W Chińskim Markecie widzieliśmy do złudzenia podobne po 22 zł.

- Ale to są śmieci - przytakuje pani Jadzi koleżanka sprzedająca w sąsiednim boksie odzież dżinsową i sztruksową. Przyszła rozmienić

100 złotych, lecz nic z tego nie będzie, bo Jadwiga też nic jeszcze dzisiaj nie uhandlowała.

Zaglądamy do dżinsów i sztruksów. Połowa pochodzi z Chin, reszta z Wietnamu albo Pakistanu. Kolejny boks - buty - to samo. Chiny, Wietnam.

Wracamy do braci Ye, by zrobić zakupy. Musimy tylko wybrać gotówkę w bankomacie, bo w chińskich sklepach (jak się wkrótce przekonamy - w całej Polsce) nie płaci się kartą.

Ptaszki nadal się całują

Chińczycy nie wystawiają też faktur ani nie udzielają gwarancji na sprzedawane towary.

- Gwarancja to dobrowolne zobowiązanie sprzedawcy - tłumaczy Aneta Styrnik z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta. - To nie znaczy oczywiście, że nie można zareklamować wadliwego produktu. Do tego wystarczy paragon z kasy.

Bracia Ye zapewnili nas, że u nich także paragon wystarczy do ewentualnej wymiany wadliwego towaru na nowy. Zachęceni kupiliśmy metrowy samurajski miecz ze złotą rękojeścią (22 zł), lampę witrażową typu Tiffany za 28 zł (zmienia natężenie światła na dotyk), dziecięcy pistolet maszynowy na kulki za 35 zł (z celownikiem laserowym) i parę podświetlanych całujących się łabądków z barwionego na błękit szkła za 24 zł (pozytywka w podstawce wygrywa motyw miłosny z "Ojca chrzestnego"). Lampa zadziałała w sklepie, ale wieczorem już nie, bo jeszcze w samochodzie sama z siebie odpadła jej żarówka razem z częścią nasadki. Nie dała się nakręcić, bo nie ma gwintu.

Miecz złamał się pod własnym ciężarem, kiedy jeden z nas oparł go o ścianę: poszło spojenie rękojeści i klingi. Pistoletu też nie zdołaliśmy uruchomić: w woreczku z bateriami było trochę rdzy i jakiś szary pył (pewnie dawny elektrolit), do tego magazynek podający kulki nie miał wewnątrz sprężynki.

Pozytywka w łabądkach także już nie gra. Ale ptaszki całują się nadal i to jest pocieszające "Chińska gospodarka stawia teraz na jakość" - głosi raport Instytutu Analiz i Prognoz Gospodarczych zamieszczony na www.bizneschiny.pl. Penetrujemy kolejne strony poświęcone chińskim produktom. W portalu przeznaczonym dla importerów (www.wsparcie.biz/serwis) czytamy zapewnienia ministra handlu Chińskiej Republiki Ludowej. Pan Bo Xilai informuje, że choć wśród towarów produkowanych przez jego kraj zdarzają się wciąż buble, to ich procent jest coraz mniejszy i stale malejący.

- Postęp w kwestii jakości jest gigantyczny, a histerię mediów sztucznie wzbudzają nasi konkurenci - oświadcza pan Bo w reakcji na falę krytyki, która spadła na Państwo Środka po tym, gdy kilka tysięcy psów i kotów w USA śmiertelnie zatruło się importowaną karmą, a ze sklepów w Kanadzie usunięto przeszło 200 tysięcy sztuk chińskich opon, materaców i telefonów komórkowych pomalowanych rakotwórczą farbą. Firma Mattel zdjęła z półek w Europie i Ameryce ponad milion, a spółka Fisher Price - półtora miliona lalek, gdy kilka dziewczynek w Stanach i Australii trafiło do szpitali. Chińczyk - szef firmy eksportującej zabawki na rynek amerykański - popełnił samobójstwo.

W Polsce ofiar nie było, może dlatego, że Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zablokował sprzedaż 14 typów zabawek, a sanepid kazał wycofać m.in. nasycone ołowiem i kadmem talerze, "magiczne koraliki" dla dziewczynek, które chiński producent pokrył substancją halucynogenną znaną jako "tabletka gwałtu", oraz telefony komórkowe - zabawki, które groziły dzieciom ogłuchnięciem.

- Nasi ziabawki beźpiećni badzio dobzie - zapewnia pan Yong. Nie ma nic przeciw temu, byśmy sfotografowali się z wielkimi pluszowymi tygrysami po 58 złotych sztuka, możemy nawet przymierzać ubrania. Wybieramy kolejno: płaszcz ze sztucznej skóry za 55 zł; zapinaną na wielkie srebrne guzy obcisłą koszulę z dodatkiem plastiku (28 zł) oraz białe mokasyny w tej samej cenie. Zanim fotoreporter kończy fotografować produkty, obaj jesteśmy spoceni, jakbyśmy się ubrali w stroje pgaz.

- Tydzień temu wzięłam dla męża tych skarpetek po 2 złote komplet - starsza klientka szuka torebki na prezent dla córki. Upierścienioną dłonią wskazuje korytko z dzianiną. - Po jednym dniu z nóg mu zaczęło zalatywać fabryką. Ale za to do podwiązania pomidorów taka skarpeta niezniszczalna...

Zakupoholiczne monstra

- Polacy myślą stereotypem: towar chiński, czyli tani i tandetny, a to nieprawda - mówi Radosław Pyffel z nowosądeckiej Wyższej Szkoły Biznesu, znawca Państwa Środka i autor książki "Chiny w roku olimpiady". - Jeśli importer zamówi tysiąc odbiorników radiowych po 5 złotych, to zlecenie zostanie wykonane. Po dwóch tygodniach radyjka przestaną działać. Ale Chińczycy wyprodukują też radia po 200 złotych za sztukę, w niczym nieodstające od sprzętu najlepszych marek. Sam widziałem w Chinach fabryki, gdzie towary trafiają na odpowiednie regały posegregowane według jakości: na rynek amerykański, osobno na niemiecki i zachodnioeuropejski, dalej rynek Polska - Słowacja - Węgry, później Rumunia - Bułgaria, wreszcie regał Afryka.

Podobnie piszą fachowcy z portalu Wsparcie.biz: "Nie zawsze chińskie oznacza niską jakość (...) kiełbasę w supermarkecie można kupić za 4,99 zł za kilogram, a można kupić za 30 zł - jest między nimi przepaść jakościowa, co ciekawe, więcej zostanie sprzedanej kiełbasy tańszej. Tak samo jest z towarami z Chin. Chiński przemysł tekstylny jest na bardzo wysokim poziomie, może wyprodukować T-shirty za 20 centów albo 10 dolarów za sztukę. Podobnie przemysł elektroniczny...".

- Jeszcze nie są w stanie wyprodukować dobrych samochodów, ale podbicie rynku motoryzacyjnego to tylko kwestia czasu - mówi Pyffel. - Tak samo nieuchronne jest podbicie handlu w Polsce.

Sklepy wyrastają niczym grzyby po deszczu. Rzadziej w wielkich miastach, częściej w średnich i zupełnie malutkich. Znaleźliśmy je m.in. w Nowym Sączu, Tarnowskich Górach, Kwidzynie i Grudziądzu. Najczęściej po dwa-trzy w jednym mieście (w Bydgoszczy - cztery). Według różnych szacunków jest ich w sumie od 300 do 500 - zależy m.in. od tego, czy policzymy również sprzedające towar z chińskiej hurtowni, ale mające polskich właścicieli. Najstarsze markety mają pięć-sześć lat, większość ruszyła w ciągu ostatniego półrocza. Zazwyczaj mieszczą się w nieremontowanych od lat czynszówkach, opuszczonych magazynach albo nieczynnych warsztatach. Nazwy mają bezpretensjonalne - Chiński Market (jak w Dobrem), czasem bardziej szumne - Wielki Chiński Sklep (Włocławek), z rzadka pompatyczne - Chiński Dom Towarowy lub Chińskie Centrum Handlowe (Tarnowskie Góry). Jeśli w ogóle się reklamują - a czynią to rzadko - to zawsze: Niskimi Cenami, Niebiańskimi Cenami, Supercenami, Cenami Jakich Jeszcze Nie Było, Cenami Wszystko Za Cztery Złote.

Market w Bydgoszczy wybrał hasło "Ceny Zawsze Najniższe". Stoi na ul. Dworcowej, tuż obok peronów PKP, w betonowym pawilonie dzielonym z Centrum Odzieży Używanej. Za komuny mieściła się tu kawiarnia muzyczna, potem sklep gospodarstwa domowego. Teraz szary front zdobią od chodnika po zardzewiały daszek różowe i zielone karteluszki: Podwiązki 4 zł, staniki 5 zł; Sztuczne paznokcie od 5 zł, laczki od 4 zł; Portfele 10 zł, apaszki 4 zł; Spodnie od 8 zł, krawaty 10 zł; Bojkotuj Chiny! Święta bez zakupów. Dlaczego?

Tylko ta ostatnia kartka jest przyklejona od zewnątrz, nie od środka. Jedyna czarno-biała, pokryta odręcznymi rysunkami odbitymi na ksero. Anonimowy twórca komiksu odpowiada na tytułowe pytanie:

"Zwyczaj kupowania prezentów pod choinkę przybrał potworne rozmiary. Wielu ludzi zapożycza się na tę okazję u lichwiarzy. Na polskim konsumpcjonizmie świątecznym żerują firmy importujące zabawki i inny sprzęt z krajów o niskich płacach, przede wszystkim z Chińskiej Republiki Ludowej, gdzie na-gminnie łamane są prawa pracownicze i prawa człowieka. W fabrykach ChRL często pracują dzieci i otrzymują ok. 80 groszy za godzinę ciężkiej pracy bez prawa do strajku czy do odpoczynku. Chrystus załamałby się chyba, widząc, że z okazji jego urodzin zamieniamy się w zakupoholiczne monstra [wyróżnienia w tekście zgodne z oryginałem]".

Fotografujemy ulotkę i wchodzimy. W środku sześć polskich ekspedientek - ubranych od stóp do głów w chińską odzież - krąży między piętrzącymi się po sufit kolorowymi towarami. Karabinki sportowe sąsiadują ze złotymi torebkami i sztuczną biżuterią. W dziale prezentów na każdą kieszeń najbardziej kolorowo. Trzy porcelanowe słoniki (solniczka, pieprzniczka i do octu) zadzierają trąby. Czarnooki Chrystus z ustami kobiety spogląda na nas z zegara ściennego. Laleczka w typie Barbie jedzie w pomarańczowym bucie na wysokim obcasie jak w karecie. But ma małe kółka napędzane silniczkiem. Stojąca za kasą słodko uśmiechnięta Lou Li Zhan nie ma nic przeciwko temu, byśmy wypróbowali, czy działa. Baterie - oczywiście chińskie - dostaniemy za darmo.

Bucik, niestety, nie działa. Może drugi ruszy? Też nie chce. Pani Li, nie przestając się uśmiechać, wręcza nam - także gratis - flakonik perfum Jeep! i 20-centymetrową zapalniczkę z wampirem. Jej równie piękna siostra niepostrzeżenie chowa w tym czasie niejeżdżące buciki pod ladę.

Przyjechały z Szanghaju w zeszłym roku, towarzyszył im mąż pani Li. Teraz wszyscy mieszkają w pomieszczeniu gospodarczym na zapleczu sklepu. Kiedy odwiedzimy jeszcze kilka podobnych marketów, przekonamy się, że to norma. Chińscy właściciele sklepów - często zatrudniający po kilkunastu Polaków - sami śpią na kozetkach, jedzą zupki z proszku, a pranie robią przy zlewach w ciasnych toaletach. Za 300 zł (za tyle w Słupsku czy we Włocławku można wynająć najtańsze mieszkanie) mogliby u siebie spędzić rok w hotelu, ale lepiej przeliczyć złotówki na miski ryżu. Po wymianie złotówka - dolar - juan wychodzi na to, że 1 zł to 10 kg ziarna w sklepie na chińskiej prowincji albo obfity obiad w restauracji.

Kto widział grób Chińczyka?

O istnieniu Bydgoszczy pani Li dowiedziała się od koleżanki, której rodzina handluje na tutejszym targowisku już czwarty rok. Owa koleżanka z jednego bydgoskiego straganu utrzymuje w Chinach 13-osobową rodzinę na wsi.

Wiza biznesowa kosztowała 60 euro, ale żeby ją dostać, trzeba było pokazać zaproszenie, które kosztuje kilka razy tyle. Często na zakup dwóch-trzech zaproszeń dla "delegatów" składa się cała bliższa i dalsza rodzina, która potem liczy na wsparcie lub na ściągnięcie do Polski kolejnych krewniaków.

Zaproszenia wystawiają Polacy, właściciele firm (często wyłącznie w tym celu powołanych), oraz Chińczycy prowadzący legalnie zarejestrowane szkoły językowe. Szkoły też bywają lipą. Ich jedyna działalność to zapraszanie całych wiosek - najczęściej tych, z których wywodzą się "dyrektorzy szkół". W 2005 roku legalnie wjechało do Polski 5 tysięcy obywateli Chin Ludowych, w 2007 - dwa razy więcej. Nikt w MSZ i MSWiA nie powie pod nazwiskiem, ilu Chińczyków wjechało na dziko, anonimowo urzędnicy szacują tę rzeszę na kilkadziesiąt tysięcy. Sposobów jest kilka.

- Widzieliście w Polsce grób Chińczyka? - pyta pan z departamentu Azji i Pacyfiku MSZ.

- Nie widzieliśmy.

- Bo oni w Polsce nie umierają.

Kiedy umrze Chińczyk, jego paszport z wizą wędruje do Chin, a potem przylatuje z nim kolejny rodak. W miarę podobny. Co się dzieje z ciałem denata - to temat anegdot w departamencie azjatyckim. Niestety - nie do zacytowania.

Inny sposób na wjazd to ten sam manewr bez oczekiwania na śmierć właściciela paszportu.

Kolejny: wjechać do Polski przez jakikolwiek kraj Unii Europejskiej, w którym łatwiej o wizę. - Paradoksalnie takim krajem do niedawna były dla Chińczyków Niemcy - mówi Pyffel.

Następna metoda: zielona granica (najczęściej polsko-ukraińska).

Bydgoszczy Tybet nie obchodzi

Po przylocie do Polski obywatel Chin powinien wystarać się o zezwolenie na pracę, numer REGON i NIP oraz kilka innych papierów. Albo - co jest prostsze, lecz bardziej kosztowne - zapłacić Polakowi za prowadzenie działalności w jego imieniu - oficjalnie w charakterze pracownika najemnego. Wszystkie trudy warto ponieść, bo biznes kręci się rewelacyjnie. Chińskie Centrum Handlowe z Bydgoszczy nie reklamuje się w żadnej gazecie, ale sklep jest pełny od rana do wieczora. Nic dziwnego: za 4,50 zł można kupić buty sportowe, za 25 - przebrać dziecko w intensywnie zielony strój misia. Ekspedientka Marzena zwraca nam uwagę na atrakcyjne ceny damskich spódnic. - Te po 8 złotych są już naprawdę ekstra!

- Faktycznie ładne, tylko jakieś cienkie.

- Sztuczny jedwab, tak ma być! Kupcie, żony się ucieszą... - Marzena pracowała kiedyś w spożywczym i nie wspomina tego najlepiej. - U Chińczyka większa kultura. Zawsze z uśmiechem, proszę-dziękuję i pieniądze na czas.

- Płacą wam dniówkami?

- Skąd?! Jest umowa o pracę, premia, urlop, wszystko. Lepiej niż u Polaka.

- Widziała pani ten plakat? - na wyświetlaczu aparatu pokazujemy ekspedientce sfotografowany komiks-ulotkę.

- Nie zwróciłam uwagi... No patrz! Człowiek codziennie przechodzi... Dawno to wisi?

- Pewnie od Bożego Narodzenia. Tu Mikołaj jest narysowany z chińską flagą w ręku.

- My nie mamy tutaj nic wspólnego z polityką.

- Nikt z klientów nie psioczy? Że to przez dzieci robione albo przez więźniów, że Tybet...

- Kogo w Bydgoszczy Tybet obchodzi?!

Rzeczywiście, pod koniec lutego młodzieżówka PO zorganizowała na bydgoskim rynku demonstrację solidarności z Tybetańczykami. Przyszło dwóch senatorów i poseł Platformy, zjechało pół tuzina dziennikarzy i operator kamery z TVN. Z mieszkańców nie przybył nikt.

Polacy nie robią nawet bojkotu

Nie udał się też bojkot na Śląsku zainicjowany w portalu Gazeta.pl. Akcję rozpoczął forumowicz, który wziął na cel Chińskie Centrum Handlowe w Tarnowskich Górach przy ulicy Żwirki i Wigury w przedwojennym budynku teatru, a potem kina Europa. "W obliczu ostatnich wydarzeń politycznych i wypowiedzi chińskich władz dot. sprawy Tybetu oraz w związku z olimpiadą proponuję zbojkotowanie tego składu tandety" - napisał "hellyspring".

Włączył się autor tarnowskiegory.blox.pl: Czy tylko taka będzie przyszłość, że tam, gdzie kiedyś była scena, dziś mamy rzędy wieszaków i labirynt z metkami » made in China «? Nie można było zagospodarować inaczej budynku, gdzie w 1850 roku burmistrz Antoni Klauza założył pierwszy teatr na Górnym Śląsku?”.

Forumowicz o nicku "23" zaproponował: "Bojkot jednego sklepu to zbyt mało. Należy bojkotować jakiekolwiek chińskie wyroby!".

Ale "Edmund" zauważył chłodno: "Wasz protest niczego nie zmieni. Światem rządzi kasiora. Chinom nikt nie podskoczy, a Polska nie ma nic do gadania. Chiny bez Polski przeżyją, Polska bez Chin - raczej nie".

A "reck7" zapytał zaczepnie: "Dlaczego w ogóle coś chińskiego bojkotować? Rząd Chin na pewno ma podstawy do tego, co robi w Tybecie. Może by tak zajrzeć w swój garnek? U nas też duchowieństwo się wpie... w politykę, a nie powinno".

Kolejny internauta zawtórował: "Dobrze zrobili, że spałowali tych mnichów. Czy ktoś słyszał, by do zakonów wchodziła milicja chińska i biła? Nie. Jak mnich modli się, to mu nikt nie przeszkadza, ale jak wychodzi na ulicę i urządza polityczną demonstrację, to właśnie pokazali mu miejsce i prawidłowo".

Ktoś inny zaproponował: "Sprawdźcie swoje NOKIE! Jeśli są made in China, w ramach protestu natychmiast je zniszczcie. Używajmy tylko wyrobów z Tybetu!!!".

I tak się skończył bojkot w Tarnowskich Górach.

A Chińskie Centrum Handlowe na Żwirki i Wigury ma się świetnie. Żaden z dwóch sprzedających tam Chińczyków nie słyszał o bojkocie. Słowa "Tybet" nie znają, choć zgodnie z sugestią Radosława Pyffla używamy chińskiej nazwy prowincji: Xi Zang.

- To możliwe, by nic nie wiedzieli? - pytamy naukowca.

- Oczywiście. I to nie z powodu cenzury. Tam ludzie pracujący po kilkanaście godzin dziennie w handlu czy fabryce nie mają pojęcia o polityce ani nawet o olimpiadzie. Szkoda im na to czasu. Nie rozumieją, jak Polak może w ciągu dnia siedzieć i pić kawę. Mają nas za leniuchów. Zdarza mi się słyszeć, kiedy tak to oceniają między sobą - nie podejrzewają, że znam chiński.

Studentki słabo się łapią

W Wielkim Chińskim Sklepie na rogu Piekarskiej i Brzeskiej w centrum Włocławka nikt czasu nie marnuje. Ani smagłolica Ning Ning Je, ani jej ubrani w dżins rodzice nie przerywają rozkładania na półkach towarów i nabijania na kasę kolejnych transakcji, gdy pytamy grzecznie: - Co państwo sądzą o okupacji Xi Zang (wymawiamy: Szizang)?

- My nie Szizang. My psijechali Siang-hai - odpowiedź jest równie uprzejma i okraszona uśmiechami.

- Ale słyszeliście o biciu ludzi? Ofiary? Milicja? - odgrywamy scenę pałowania ku uciesze klientów krążących między regałami w 300-metrowej świeżo wyremontowanej hali.

Państwo Ning sztywno się kłaniają, uśmiechają i obdarowują nas zapalniczkami. Na każdej trójwymiarowa naga nalepka.

- Słyszeliście o Dalajlamie? Da-laj-la-ma! - sylabizujemy głośno.

Pani Je daje nam jeszcze po grzebieniu z perłową rączką (cena - 1 zł).

- Pokazie pana ciałen sklep - proponuje i odprowadza nas do wyjścia, trzepocząc długimi rzęsami. W drzwiach dostajemy jeszcze błękitne ulotki z czerwonym smokiem i hasłem "Super Towar!!! Tak tanio jeszcze nie było!!!". Z tekstu wynika, że sklep będzie otwarty dopiero jutro. Mimo to - choć zbliża się 18 i ulice pustoszeją - do środka co rusz wchodzą klienci, głównie kobiety.

- To Włocławek, tu nowy sklep jest sensacją - mówią dwie intensywnie umalowane studentki miejscowej uczelni. - Jak McDonalda otwierali, to kolejka po pierwszego cheeseburgera stała od trzeciej w nocy, chi, chi, chi.

- Przyszłyście coś kupić czy pooglądać?

- Na razie oblukamy, potem zobaczymy, podobno są ładne okulary ciemne.

- A co z biciem mnichów?

- Z Tajwanu?

- Nie... z Tybetu.

- My się słabo w chińskich sprawach łapiemy, bo studiujemy europeistykę obie.

Źródło: Duży Format

Friday, April 11, 2008

Ice hotel

http://www.icehotel.com/Winter/Home/

Czarne bzdury

Do sądu w Honolulu na Hawajach wpłynął pozew przeciw fizykom. Dwóch zaniepokojonych obywateli żąda wstrzymania eksperymentu naukowego, który ma lada chwila ruszyć w ośrodku pod Genewą. Ich zdaniem może on doprowadzić do zniszczenia kuli ziemskiej, a może i całego Wszechświata


Chodzi o europejskie centrum badań nuklearnych CERN, największy ośrodek naukowy świata. Tam w latach 80. głęboko pod ziemią wydrążono 27-kilometrowy tunel w kształcie okręgu. Krążyły w nim elektrony i pozytony, które fizycy wpierw rozpędzali niemal do prędkości światła, po czym zderzali ze sobą. W odpryskach zderzeń szukali nowych, nieznanych dotąd cząstek elementarnych i praw rządzących budową materii w skali subatomowej.

Teraz w tym tunelu kosztem blisko 8 mld dol. zamontowano nowy akcelerator zwany LHC. Tym razem mają w nim być przyspieszane i zderzane protony - składniki jąder atomowych, prawie dwa tysiące razy cięższe od elektronów. Po raz pierwszy mają być badane zderzenia cząstek wyzwalające tak duże energie. Ale Walter Wagner i Luis Sancho chcą, by amerykański sąd wstrzymał eksperyment. Jeśli zaś jego jurysdykcja nie będzie sięgać Europy, żeby przynajmniej zabronił udziału w nim amerykańskim instytucjom, co tak czy inaczej sparaliżuje przedsięwzięcie. Czego się boją Walter i Luis?

Co to są dziwadełka?



Kennedy'ego zabiła czarna dziura

W marcu 1999 r. Wagner przeczytał artykuł w "Scientific American" o nowym amerykańskim akceleratorze RHIC w Brookhaven, gdzie miały być zderzane jony złota. Tytuł tego tekstu brzmiał "Mały Big Bang", bo fizycy chcieli w tych kolizjach odtwarzać na ułamek sekundy gęstą i gorącą materię, jaka była u zarania Wszechświata, tuż po Wielkim Wybuchu.

Wagner wysłał do redakcji list, pytając, czy naukowcy "mają pewność", że mieszczący się w samym sercu Nowego Jorku RHIC nie wyprodukuje czarnej dziury. Redakcja wydrukowała list wraz z odpowiedzią prof. Franka Wilczka z Instytutu Studiów Zaawansowanych w Princeton. Pojawienie się miniaturowych czarnych dziur w laboratorium fizyk nazwał "scenariuszem nieprawdopodobnym". Zaraz potem w ferworze naukowych dywagacji wspomniał o innej możliwości - stworzeniu tzw. dziwadełek (ang. strangelets), czyli nieznanej dotąd na Ziemi formy materii.

Wszystkie znane trwałe jądra atomów złożone są wyłącznie z dwóch najlżejszych kwarków (zwanych górnym i dolnym). Cięższe kwarki również mogą tworzyć cząstki materii, ale te szybko się rozpadają. W połowie lat 80. pojawiła się jednak hipoteza, że może istnieć nieznana jeszcze stabilna forma materii, w której skład wchodziłby trzeci kwark, zwany dziwnym. Przy tym takie dziwadełka - jak je ochrzczono - mogły przy zetknięciu ze zwykłą materią przemieniać ją w materię dziwną, podobnie jak mityczny król Midas zamieniał w złoto wszystko, czego się dotknął. Dziwadełko w krótkim czasie połknęłoby naszą planetę, czyniąc z niej coś w rodzaju eksplodującej supernowej. Jednak bez obaw - uspokajał prof. Wilczek - bo ten scenariusz też jest nieprawdopodobny.

Pewnie nigdy by o nim publicznie nie wspomniał, gdyby przewidział zamieszanie, jakie wywoła. Bo wkrótce londyński "Sunday Times" pod nagłówkiem "Eksperyment ostateczny?" alarmował, że "maszyna do Big Bangu może zniszczyć Ziemię". Zaś reporter telewizji ABC nazwał akcelerator "maszyną sądnego dnia", a w jednym z protestujących listów, które zalały Brookhaven, korespondent skarżył się, że od czasów kryzysu kubańskiego nic go bardziej nie przeraziło niż to "szalone" i "ludobójcze" urządzenie. Służby prasowe laboratorium musiały nawet dementować plotkę, że to stworzona przez fizyków czarna dziura była sprawcą katastrofy lotniczej, w której zginął John Kennedy Jr., syn b. prezydenta USA.

Żeby uspokoić opinię publiczną, dyrekcja laboratorium powołała zespół ekspertów, który miał ocenić, czy te czarne scenariusze w ogóle mogą się spełnić. Oszacowali oni, że prawdopodobieństwo nadejścia sądnego dnia jest tak małe, że można je pominąć. Nie ma żadnych dowodów na to, że złośliwe dziwadełka w ogóle istnieją. Zaś miniaturowe czarne dziury, które mogłyby powstać w ziemskich akceleratorach, byłyby tak małe, że zupełnie niegroźne - żyłyby przy tym niesłychanie krótko, wyparowując w ułamku sekundy. Jednym z argumentów było to, że w ziemskiej atmosferze codziennie dochodzi do setek tysięcy kolizji z udziałem kosmicznych jonów, protonów i elektronów, mających o wiele większe energie niż te osiągane w największych nawet laboratoriach. Gdyby więc któryś z czarnych scenariuszy był możliwy, to już by się ziścił.

Mimo to wtedy właśnie Walter Wagner złożył swoje pierwsze pozwy przeciw fizykom. Amerykańskie sądy je oddaliły, a po czasie okazało się, że strachy były na Lachy - akcelerator RHIC działa od z górą ośmiu lat i świata nie zniszczył.

Kosmici w CERN



A nas zjedzą różowe smoki

To nie pierwsze tego typu obawy związane z fizyką jądrową. W Los Alamos w czasie prac nad budową pierwszej bomby atomowej fizyk Emil Konopinski miał za zadanie obliczyć, czy w wyniku eksplozji nie dojdzie do "zapłonu" ziemskiej atmosfery, a potem oceanów, co sprawiłoby, że katastrofa rozszerzy się na cały świat. W połowie lat 90. pikiety protestujących stały przed akceleratorem Tevatron pod Chicago, który według pewnego psychologa z Hawajów miał wywołać "supernową".

Dlatego dyrekcja europejskiego CERN, dmuchając na zimne, powołała własny zespół ekspertów, który w 2003 r. opublikował raport stwierdzający, że w planowanych w LHC eksperymentach "nie ma podstaw do żadnych z możliwych do wyobrażenia zagrożeń". Rozpędzona wiązka protonów może zagrozić jedynie samemu akceleratorowi - bo jak wymknie się spod kontroli, to wypali dziurę w kosztownym sprzęcie.

Ale nie powstrzymało to Wagnera, który pod koniec marca rozpoczął kolejną batalię sądową. Tym razem prosi też na swej stronie internetowej o wsparcie finansowe, więc teraz, być może, już chodzi tylko o pieniądze, a nie ocalenie świata.

Niektórzy fizycy zżymają się, że muszą się tłumaczyć z bzdurnych oskarżeń. Inni jednak traktują je całkiem serio. - Zjadająca Ziemię czarna dziura to zbyt poważna sprawa, by oddawać pole dyskusji różnej maści wariatom - mówi Michelangelo Mangano z CERN.

Kłopot w tym, że nie jest im łatwo uspokoić przestraszonych laików. - Instruujemy pracowników, by w rozmowie z mediami mówili, że ryzyko katastrofy jest po prostu zerowe, a nie bardzo niewielkie - mówił rzecznik CERN dziennikarzowi "New Yorkera".

Ale naukowcy czują opór przed tym, by mówić, iż coś jest niemożliwe. Rezerwują to tylko dla procesów, które łamią najbardziej podstawowe prawa natury, np. zasadę zachowania energii. Tymczasem z mechaniki kwantowej wynika, że z pewnym prawdopodobieństwem zdarzyć się może prawie wszystko. Kubek z kawą, który stoi teraz przede mną, może przeniknąć przez blat biurka i roztrzaskać się na podłodze (to tzw. efekt tunelowy). Jednak prawdopodobieństwo, że tak się stanie w jakimś momencie dziejów Wszechświata, jest bardzo, bardzo małe. Praktycznie zerowe, choć nie jest równe matematycznemu zeru. Niedawno w "The New York Times" fizyk z Princeton dr Nima Arkani-Hamed zauważył, że istnieje nawet niewielkie ryzyko, iż "LHC stworzy smoki, które nas wszystkich zjedzą".

Chcesz zaprotestować przeciwko eksperymentowi, a może poprzeć naukowców? Napisz do CERN

Źródło: Gazeta Wyborcza

Thursday, April 3, 2008

The note oon WoW

There are more people playing World of Warcraft in the U.S. today (2 million) than had indoor plumbing 100 years ago. There are more people with blogs today (31 million) than had Internet connections 10 years ago.

Thomas Edison said it best, "Change happens with ball-flattening speed."



by David Wong

If you don't know what an "MMORPG" is, don't worry. It's a geek term, like "e-mail" used to be a geek term. For now, let's just say it's the most instantly gripping, involving and demanding entertainment technology ever invented. The addiction rate appears to be about twice that of crack. There are 10 million MMORPG users in the world and their population is doubling every two years.




Hold your hand about 3 feet above your monitor. That's where the graph will be in 2010. It's an infection, it's a tsunami, it's a volcanic eruption. All at the same time, waiting, like a nest of plague-infested rats next to a ticking hydrogen bomb in an underwater volcano. Or, something. What I'm trying to say is, it's the next big thing.

Some of what you're about to read will sound like science fiction. You'll be tempted to dismiss me along with those who for decades have been predicting sentient robot maids and hotels on the moon. But for every delayed technology there is another sudden and completely unexpected advance that jumps us from the shadows. For instance, none of the illustrations used in the article below were done with human hands. Each was rendered automatically by a remarkable piece of software called Nedroid, which can scan any piece of text, "read" it for comprehension and, incredibly, render artwork to match the context.

Did you even know that was possible before now? Truly, this morning's science fiction is this afternoon's science not-fiction.

So where will MMORPGs will take us?

In your lifetime ...*

1. Everyone will look like a Greek god or goddess.

If you don't understand the gravitational pull of an MMORPG (Massively Multiplayer Online Role Playing Game), I'm going to enlighten you with just a dozen words: You get to pick what you look like and what your talents are.

That's the real beauty of it. The first thing you do in the MMORPG World of Warcraft is design your own body and decide what your strengths will be. You pick your race. What could be more seductive than that, the ability to turn in all of the cards you were dealt at birth and draw new ones from a face-up deck? If you have friends who've gotten sucked into the WoW black hole and you don't understand why they never talk to you any more, this is it. I remember being a chubby teenager with bad skin and astigmatism and pants that didn't fit quite right. What would I have given to be reborn as a strapping warrior with rippling pecs and armor of hammered silver?


Rendered in .026 seconds, Nedroid Artsoft V 1.6


On that kid's screen now is a dozen noble warriors of exotic races, brandishing elaborate weapons and charging a gigantic demon across a fire-scarred mountaintop. The dwarf next to him is controlled by an accountant planted at his own computer in Cleveland, two babies sleeping in the next room and his pregnant wife on the sofa. The robed priest in the back casting healing spells is actually a 250-pound ex-gangster, playing from the computer lab of a maximum security prison in Pennsylvania. The elf on his left, sprinting and drawing his mighty magical bow, is the digital body of a wheelchair-bound, 12-year-old girl in Miami.

It's not just for fantasy geeks, of course. Even The Sims lets you pick a version of yourself with low body fat and cool hair. And, this idea is what's going to push the expansion of MMORPG technology in the way that porn pushed the expansion of the Internet, the desperate-but-untapped desire to interact with others without the bothersome interference of genetic flaws and poor diet and exercise habits.

But, it's not just the physical image that changes. In that world, I am a dragon slayer. There, my reputation and history are just as awe-inspiring as my look. Even now, much of the satisfaction for WoW gamers is in the very real sense of accomplishment they get, a person glowing with a burst of golden light when they gain a level in experience and strength. How can the real world compete with that? Wouldn't those long Calculus lectures have been easier to sit through if, every time you learned something important, gold light shot out from your body?

In the future, long after World of Warcraft has gone the way of ARPANET, everyone will have a virtual-world twin. An upgraded, digital representative of yourself which I'll henceforth refer to as Awesome You. And you'll see a time in your life when more people know Awesome You than know the real you.

Some people live like that already.

2. All will play in the same virtual world.

Gamers rejoiced back in April when it was announced that Blizzard, Square/Enix and Sony were merging their virtual worlds so that online characters from one game could stride seamlessly into another. It made perfect business sense and I was the first to say I wasn't at all surprised by the news. I had been predicting it for months. The fact that it turned out to be an April Fool's joke and entirely false only proves my point. Ahem.

As this kind of community gaming becomes the nation's pastime, convenience will demand that some day each person's online identity be able to move from one realm to the next, from the suburbs of the next Sims Online game to WoW's Spiderskull Mountain. And with that convergence of virtual worlds we'll have the first real, primitive incarnation of something not unlike the matrix, or what old science fiction authors called the metaverse. A simulated, virtual world.

You won't have to be into fantasy to participate. You can spend your gaming time in a virtual suburb and build a virtual family and enjoy growing a virtual garden, while your best friend goes off to fight the Orcs of Thunderclaw Valley. Your cousin can go re-fight World War II every day. It will still be mainly a game at this stage of its evolution, but as the experience is tailored to every single taste (all under one virtual roof) more and more people will participate. And once everybody's there, why not do all of your chatting and text messaging there? Half of the WoW experience seems to be just a beautifully-rendered and animated chat interface anyway.

The first steps will likely come with the next game consoles, expanding the pool of gamers beyond those with pimped-out gaming PCs. The PlayStation 3 will have at least one huge MMORPG on it (Final Fantasy VII). The Xbox 360 should have World of Warcraft. And then if you get the console users hooked, and if the the console makers succeed in their plan to get a box in every single house in the civilized world, and then if they expand the interface so you can use your cell phone to check in on your game ... You get the idea.

3. Someone will go to jail for stealing a Bonebiter.

You may have heard about a guy who recently was convicted of murdering a man during a dispute over a rare, valuable sword. That sword that was not made of metal or anything solid, but rather of 1s and 0s inside a computer hundreds of miles away. It was a sword he had won in the MMORPG Legend of Mir 3.

Insane, right? I mean, let's say our friend John has his Bonebiter (one of countless powerful weapons in WoW) and a man steals it somehow. Should the thief be convicted of a crime and punished in the real world? Did you snort with laughter at that question? Why?


Rendered in 4.16 seconds, Nedroid Artsoft V 1.6


The victim worked many hours to "earn" the object. The victim used it daily and depended on it. He derived happiness and satisfaction from it. So why shouldn't depriving him of it be punishable by law? If you say, "but it's just something he used in a game," I'll say that golf is also just a game. Want to see what happens to me when I steal a new set of golf clubs?

If you say, "but the Bonebiter doesn't even exist," I'll say it exists in exactly the same way that the songs and software I download off Bittorrent exist. And yet, stealing them is a crime. The only difference is that when I steal a song, nobody else is deprived of the song. When that guy stole John's Bonebiter, he was left unarmed and forced to go find a replacement. That theft actually hurts more, not less.

So when will we start to see laws prohibiting the theft and misuse of game-world objects? As soon as members of the gaming generation become lawmakers, that's when.

4. You'll meet someone who plays an MMORPG for a living.

Let's take this a little bit further. You earn gold in World of Warcraft, gold with which you can buy these in-game objects. If this game gold is truly valuable to my life, if it lets me get more value out of the pasttime I already pay real-world money for, what's to stop me from paying real money for game money? Nothing. Go to Ebay and do a search for World of Warcraft Gold and let your jaw drop open.

Here, we have game currency being traded for real currency, and at a better exchange rate than the Iraqi Dinar.

If we go further, still, we can imagine a person winning rare weapons and selling them on auction sites or directly to other players they meet. We can imagine somebody working full time to gather in-game gold by slaying gold-shitting squirrels (or whatever you do to get gold in the game) and then exchanging it for real dollars to pay the real rent with. Sure, it may be decades before you see this kind of ...

Oh, wait. There are people doing that right now.

And, if you're chuckling and shaking your head at the glazed-eyed geeks who can't tell the difference between game money and real money, let me ask you something: When Square bought Enix for $727 million two years ago, do you think they actually stacked crate after crate of cash on a flatbed truck and then drove the $727 million over to their offices?

No. That money only existed as numbers in a computer. In fact, not even 10 percent of the money in the American economy exists as physical, printed currency. All of the rest exists on servers and hard drives and in the imaginations of the people. It has value for the exact same reason WoW gold has value, because people think it has value.

I'm guessing that if you started this article thinking it was a joke, this is the point when you sobered up and realized that, as author H.G. Wells predicted, "the future will accost us with boob-slapping ferocity."

5. They'll take the "G" out of "MMORPG."

We'll stop thinking of the online world as a game right around the time you find yourself strolling through Witchblade Village, or some such fictional online town, and see a Target store open there. You'll enter it just like you do the in-game stores, and you'll be able to view the merchandise in real time 3D, pick up objects and turn them over in your virtual hands, and buy them the same as if you did it on Amazon.com.

So now our fledgling metaverse isn't just a place to slay computer-generated dragons and Nazis. Now, it's where you go to shop, to chat, to have cybersex with actual nudity and everything.


Rendered in 26.9 seconds, Nedroid Artsoft V 1.6


Just think of how porn changes when the user also gets to go in with the toned body of an underwear model. It'll make our current online porn look like just the tip of the assberg.

The joy of experiencing life as Awesome You, as the stronger, handsomer avatar of yourself, will take all of those activities to another plane of cool. The casinos will be there, the movies will play there, concerts will be performed there. The metaverse will stop being a playhouse and will start becoming the interface through which we interact with reality. And every step you take will be as Awesome You. Cool, beautiful, confident.

Nothing invented yet has had such universal appeal.

6. You will find yourself momentarily forgetting whether you're in the real or virtual world.

Fans were astonished when a leaked video depicted a Nintendo virtual reality headset intended for its upcoming system, complete with high-resolution 3D screens and surround-sound earpieces. That it turned out to be a hoax put forth by a lonely, psychotic fan should not detract from the amazement. Today's hoax is always tomorrow's reality (except for that fake picture of the guy holding a huge cat.)

What is not a hoax is this machine somebody invented that operates on the user's thoughts. Yeah, that's right. You think it, the machine does it. That machine exists right now, as you're reading this.

Total immersion, the kind that could really fool you, won't happen tomorrow. But as time goes on it is absolutely inevitable that the graphics will become life quality, that visual displays light years beyond monitors or cumbersome headsets will hit the market. The keyboard and mouse will be long gone, everything done by thought and voice. It is the logical end of everything game developers and console makers are trying to do today and they will not stop until they have it.

And that, my friends, will be a watershed moment in human history. The point where we can trick the senses into thinking a piece of software is real, thinking a real supermodel is in our bed or a dragon is in our front yard or our dead mother has come back to give us advice, that's when everything changes. The metaverse will still be less important in many fundamental ways. Goods won't be produced there; food won't be grown there; babies won't be born there. But in the minds of a whole lot o' people, visits to the physical world will be just brief interruptions to the "real" world as they live it, the world where all of their friends and hobbies and ambitions are.

7. You'll meet a couple who have been married for years and have never seen each other's real-life faces.

If the metaverse interface is good enough, why not? You have a woman who, in real life, weighs 400 pounds and has a thick, neatly-trimmed beard. But she has a heart of gold. A thousand miles away you have a guy with three eyebrows and a hairlip. In reality, he lives in a trailer with his 14 cats. In the metaverse, he lives in a stone palace with 14 magical flying cats. They marry, the woman showing herself as a beautiful princess, the man a handsome prince. What do they lose by not meeting in the flesh (or "meating" as they will call it)?

If you're one of the thousands of people I just heard shout, "sex!" you're being naive. If you think the interface technology will go this far without developing a damned good and convincing sexual intercourse device, then you understand nothing about the world. Hell, if you Google it, you'll probably find one for sale already.

Can anyone prove that such a marriage would be less "real" than the ones we have now? Are not economic hardship and increasingly unattractive, flabby bodies the main (though often unspoken) reason couples spend more and more time badgering each other as the years wear on? Neither, in a perfect world, should be valid reasons to kill off the flower of romantic love. So doesn't the metaverse actually remove a layer of bullshit in that case? Doesn't the symbolic princess with her fair skin and spill of blonde hair more accurately represent the kindness of the aforementioned woman than the bloated body life really gave her? So, why not use it instead?


Rendered in 43.1 seconds, Nedroid Artsoft V 1.6


Once again, if this seems ridiculous and alien, remember how many societies had (hell, still have) arranged marriages, often where the groom didn't see the bride's face until their wedding night. Wasn't the change from that to the modern method of getting matched up with girls by Internet dating sites just as strange?

Aristotle said it best: "Society is a house, change is a tornado full of woodpeckers."

8. There will be a branch of government to rule the virtual world.

If we're going to make theft illegal in the metaverse (and hackers will always devise ways to steal, or at least vandalize, digital goods), someone has to make and enforce those laws. Obviously no team of IT guys or game moderators will get to decide how the everyday lives of billions are lived, arbitrarily giving and taking goods and abilities as they see fit. Would not a common punishment in the virtual world be to shave a foot off a person's height and add 150 pounds to their weight?

But, this raises an avalanche of questions. First, do you limit the amount of "gold" available in the game? You'd have to, once real-world goods can be purchased by metaverse gold (or whatever is used for currency in the virtual world). The exchange rate with real currency and the inflation rate of the virtual currency both become key as corporations depend on both for their profit.

If you don't understand the complication here, remember that in the metaverse if you want a 36-room mansion with a giant guitar-shaped pool, you can have it for free. No construction crew needs to be paid to build it, no materials have to be bought, no piece of real property had to be bought or paid for. It's just bits and bytes. So do you even have "gold" in the metaverse at all? How would it have any value if goods can be created from thin air, for free? What if I'm an interior decorator in the metaverse, going around and using my creativity to dress up their virtual homes for pay? How do they pay me for my effort and time? How do I, in turn, pay for porn?

If you say, fine, we'll just have to go back to using real money to pay for things, remember that real money means nothing to me because I don't spend any time in the real world. What am I going to do, buy a real metal-and-rubber car? For what? Where do I drive? It'd be like Monopoly money to me.

But wait, there's more. What about those who live in different countries in the real world--and under different laws--but who inhabit the same household in the metaverse? Which laws apply? Are metaverse laws universal? How could you get everyone from different cultures to agree to the same set of metaverse laws?

Would prostitution be legal? Especially if there is no real body-on-body contact with the real hooker? If not, what if the prostitute isn't even controlled by a real woman but is just a bot program meant to simulate one?

What about the customers who want to simulate sex with a bot who looks like a 6-year-old? Legal? Illegal? No real child is being harmed.

And just how do you punish a rape committed by one virtual character on another, if the real person's body is left untouched?

9. There will be a whole class of wealthy people without a dime to their name.

The trailer park guy I mentioned before--the one with a virtual world palace--brings us to yet a new plane of strangeness to consider. In the metaverse, unlike real life, everyone can be wealthy. It doesn't matter if you have actually invented anything or held a job of great responsibility or even came from a family of great wealth. Metaverse wealth has nothing to do with life achievement because there is no reason every man can't be a king there. As I said, it doesn't cost the metaverse servers any more effort or resources to render you a sprawling estate than it does to give you a one-bedroom efficiency apartment in the basement.

You get to live a king's lifestyle, without a king's responsibilities.

This is another reason the real world won't be able to keep up with the virtual world once it takes hold. Imagine an unskilled kid, doing a minimum-wage job like data entry from home. The job pays poverty-level money in the real world, but pays a fortune in virtual gold. For the guy, his smelly one-bedroom apartment is nothing but a storage area for food. It needs only three rooms, a kitchen and a bathroom, and then a little room with a comfy chair he uses to jack into the metaverse. The real apartment becomes only an unpleasant little commute on the way to his "real" life. Hell, you could even sleep in the metaverse, the interface tricking you into thinking you're lounging on a king-size bed with sheets of silk.

This works out wonderfully for society, as you now have entire classes of the population who live in what used to be considered abject poverty, and are thrilled with it. You can give them everything they want and need with 200 square feet of apartment and enough electricity to run the metaverse interface. Their food can be chewy protein bars that the interface will convince them is a five-course meal.

Most jobs will be online and can be done from within the metaverse (most manufacturing and farming and manual labor will be done with robots at this point, or, as I predict, genetically-engineered land dolphins). If you work the complaint counter at a government office, the office will exist only in the metaverse and thus neither the worker nor the complainer need leave their homes. And get this: If the complainer explodes in rage and tries to attack the guy behind the counter, no one is harmed. You can't really hurt anyone from within the metaverse.

10. The rise of the metaverse will go almost completely unopposed.

You won't have to trick people into jacking themselves into this one. It legitimately makes their lives better. Everything we've done a as a civilization from the caves until now has been about making a better world. Well, the metaverse will just be a shortcut, won't it? We'll have our Utopia of unlimited wealth and friction-free homogeny.

Population growth will be kept easily under control, since most sexual partners will live separately and won't be having meat sex at all (A guy can't get a girl pregnant from 100 miles away unless he's, you know, me.). To have an actual baby will take so much effort and planning that only those who really want one will get one. That would have to be a change for the better, right?

The people are ripe for it. You've heard stories about how ticket sales are plummeting at movie theaters, in favor of home DVD viewing. Why? Why do so many people want to work from home now? Because we're sick of having to sit with other people. We want that extra layer of control that meat interaction will never give us. We want a world without the unpredictability of real, unrestrained humanity.

This could not have been attempted say, 100 years ago, even if the technology had been around. Back then people believed in all sorts of unchangeable gods and spirits and philosophies that live beyond what a person can see and smell and taste in front of them. But the Age of Reason did away with all of that, taught everyone to believe in nothing but the real, physical world. And if the stream of sense data we call "the real, physical world" can be altered to display a superior world, then it's impossible to say with any conviction that anything has really been lost in the transition. The modern "I believe it when I see it" religion will be satisfied by simply giving them something new to see.

It was only a matter of time. Humans got fed up with this world, and so we invented a new one. I suspect some theologian will come forward in the future to suggest that, in fact, our world was created in the same way. The gods got sick of their boring spiritual realm and made a more exciting, physical one to replace it.

You shouldn't be disturbed by this. Jules Verne was wrong when he said, "the future is a jockstrap made of bees." Anything manufactured by machine is destined to be better and more free of defect than anything created with human hands. Why not extend this idea to reality itself? It's the end of evolution, and I welcome it.


Rendered in 172.94 seconds, operation timed out
please contact your system administrator


There is nothing to fear, and it will happen in your lifetime. Unless you're already old or have a terminal disease.


NOTE: This article was first published on Pointless Waste of Time in late 2005. Approximately 18 months later Sony unveiled PS3 Home, a virtual world with every PS3 console connected, where you live as a highly-detailed and completely customizable avatar.

David Wong is currently an Associate Editor for Cracked.com. He also wrote The Next 25 Years of Video Games.