Monday, April 21, 2008

Obywatelka żeglarka

Gazeta wyborcza
tekst Paweł Smoleński

O tym, że w Tybecie chińskie wojsko morduje bezbronnych, Katarzyna Szotyńska przeczytała na Nowej Zelandii. Ruszyło ją. Na Nowej Zelandii musiała myśleć przede wszystkim o rozkapryszonym, kręcącym wietrze, dziwnej wodzie zatoki Tahapuna, o przekładanych i odwoływanych wyścigach. Nie ścigała się tam o olimpijską nominację, tę ma w kieszeni już od roku, po czwartym miejscu w mistrzostwach świata w portugalskim Cascais. Ale regaty są regatami - nic innego nie powinno zaprzątać głowy. Teraz siedzimy w warszawskiej kawiarni, a Szotyńska: - Coś trzeba zrobić, trzeba.

Może myśleć o innych sprawach, w przygotowaniach do olimpiady ma kilka dni przerwy. Żeglarstwo to jej największa pasja, ale też zawód. Olimpiada - najpiękniejsza sportowa przygoda. Start i medal w chińskim Qingdao będzie postawieniem wykrzyknika po tym, co dotychczas osiągnęła. Ponadto - nie chce być sumieniem świata, bo nie ma do tego serca i kwalifikacji. Nie ma zamiaru wyręczać polityków i umoralniać szefów wielkich korporacji. Nikt jej nie pytał o zdanie, gdy MKOl wskazał Chiny na miejsce igrzysk. Słowem - nie bardzo ma ochotę przekopywać cudzy ogródek.

Ale że trzeba coś zrobić - wie z pewnością. Żeglarka w końcu też jest obywatelką. Co zrobi? Jeszcze nie wie. Jeśli czegoś się obawia, to tego, że nie wytrzyma presji. - Mogą kłaść mi do głowy, że liczy się tylko sport - wynik, wynik. Jeśli będą naciskać, przekonywać, wyśmiewać. Nie wiem - może wtedy się ugnę i nic nie zrobię. Często słyszę: 'Szotka, ty jakaś głupia idealistka jesteś. Co cię to w ogóle obchodzi? W pojedynkę świata nie zmienisz'. O rany, jeśli się ugnę, będzie tylko wstyd. A że w pojedynkę świata nie zmienię? Wiem bardzo dobrze.

Dwadzieścia lat temu

Ze dwadzieścia lat temu, pewnej wiosennej niedzieli, okazuje się, trochę znienacka, że kilkuletnia Kasia już nie musi walczyć ze starszym bratem Bartkiem o miejsce na kanapie, by jak najwygodniej obejrzeć 'Teleranek'. Bartka nie ma, pojechał z tatą na trening nad Zalew Zegrzyński. I tak już będzie przez wszystkie następne weekendy, wakacje. Kanapa przed telewizorem - pusta. Nie ma się z kim przepychać, kłócić i godzić. Co to w ogóle za wakacje bez starszego brata? Nuda.

Prosi rodziców: - Ja też chcę chodzić do klubu. Ośmioletnia Kasia wsiada na malutką łódkę klasy Optymist, dzielną nawet przy silnym wietrze i na wzburzonej wodzie, która laikowi musi jednak kojarzyć się z kanciastą, niezgrabną, plastikową mydelniczką z żagielkiem wielkości chustki do nosa. Na optymiście idzie jej, jak cię mogę. Puchar Polski klasy B, awans do grupy A i miejsce w połowie stawki na regatach w Niemczech, gdzie startowało kilkaset mydelniczek. O tak, miała wtedy poczucie, że coś osiągnęła. I że zabawa zamienia się w prawdziwy wyczynowy sport. Pewnego dnia mama zwalnia Kasię ze szkoły. Niespodziewane wagary - czysta frajda. Jadą do klubu, a tam czeka nowiutka otaklowana europa - olimpijski jednoosobowy jacht, na którym ścigają się dziewczyny. Lubi tę łódkę.

Europa według Kasi ma kobiecą duszę. Subtelna, nieco kapryśna, ślizga się po wodzie, jakby sama z siebie wiedziała, jak najwygodniej ułożyć się między wierzchołkiem a doliną fali. Kasia startuje w mistrzostwach i w pucharach świata, ma medale z najważniejszych międzynarodowych imprez. Ale zawsze jakaś dziewczyna jest lepsza. Tak jakby przy okazji wsiada na łódkę klasy Laser Radial. To w porównaniu z europą jacht toporny, wymagający siły i fizycznej sprawności, pozornie niezgrabny, choć dzielny. Laser polubił ją. Co start, to medal. Kasia zdobywa komplet medali ISAF - Międzynarodowej Federacji Żeglarskiej - od złota do brązu. Jest wielokrotną mistrzynią świata juniorek i seniorek, zwycięża w największych regatach. Od wielu lat nie wypada z dziesiątki najpewniejszych faworytek do największych żeglarskich sukcesów, choć to grono zmienia się z roku na rok. Jest tylko malutki problem - laser nie startuje na olimpiadzie. A Kasia bardzo chce na igrzyska.

Europa

Na europie przegrywa rywalizację o prawo startu w Atenach. Myśli - może czas skończyć z wyczynem i wreszcie zająć się wiedzą o kulturze na Uniwersytecie Warszawskim. Ale żeglarstwa sobie nie może odpuścić. Także dlatego, że w Polsce i w ISAF kobiecy wyczyn to taki kwiatek do kożucha; niby te baby ścigają się, niby rekord świata w opłynięciu globu przez wiele miesięcy należy do kobiety, ale obiegowa prawda brzmi: morze i żagle są dla mężczyzn, panie niech to upiększą i koniec. Szotka uważa, że dziewczyny na łódkach nie są tylko od upiększania. Akurat w Kopenhadze trwa konferencja ISAF; delegaci narodowych federacji żeglarskich debatują, na jakich klasach jachtów kobiety będą startować w Chinach.

Kasia zabiera głos i chwali europę: że taka wdzięczna, delikatna, lepsza od lasera. Jest przekonująca, bo niejako mówi przeciwko sobie. Zachwala jacht, który do końca nigdy nie odpowiedział na jej sympatię. Delegaci na chińską olimpiadę wybierają Lasera. A Kasię - do władz światowego żeglarstwa. - Wtedy pomyślałam, że jeszcze raz spróbuję - opowiada. - Jeszcze cztery lata: ponad 200 wyjazdowych dni w roku, codzienne treningi na wodzie i w siłowni, regularne chodzenie spać, dieta, zero życia prywatnego, studia wiszące na kołku. Nie mam zbyt wiele talentu, ale mam upór do pracy. Jeśli nie zrobię tego, co sobie postanowiłam, chodzę z kacem. W olimpijski start włożyłam wszystko, co mogłam. To mój najważniejszy cel.

Reprezentacja Polski

Polska reprezentacja żeglarska na chińskie igrzyska liczy raptem kilkunastu zawodników. Lecz niech nie zwiodą nas liczby. Co najmniej połowa z nich to elita elit, najlepsi na świecie, wielokrotni medaliści i mistrzowie. Ci niby słabsi jadą do Chin z realnymi szansami na znakomity wynik. Katarzyna Szotyńska jest w grupie mocniejszych. Gdyby sportem rządziła statystyka, miałaby medal bez wychodzenia na wodę. Ma 25 lat i worek trofeów z najważniejszych żeglarskich imprez. Po mieszkaniach jej warszawskiego bloku chodzi nastoletnia dziewczynka, która prosi lokatorów, by podpisali się pod protestem zakazującym nieludzkiego transportowania koni do włoskich rzeźni. Dziewczynka ma w sobie energię, która łatwo może się udzielić, jeśli ktoś jest choć trochę podatny. Pogadały sobie, ponarzekały i postanowiły coś zrobić.

Teraz to Szotka biega po piętrach i pyta: - Ma pani/pan psa? Bo ona akurat ma i wie, że po psach należy sprzątać. A jeśli nie samemu, to ugadany jest już pan Czesio, miejscowy bezdomny. Wystarczy kilka złotych od psa, a pan Czesio obiecał, że podwórko będzie czyste. Któryś z sąsiadów mówi, że jego pies załatwia się na sąsiednim podwórku. Inny: - Co to panią obchodzi? Pani jest głupia jak łoś. Kasia nie miała pojęcia, że łoś może być głupi. Pan Czesio gdzieś przepadł, a psy srają, jak srały. Wyszło, że w pojedynkę nie można zmienić nie tylko świata, ale nawet własnego podwórka. Gdy o tym opowiada znajomym, słyszy: 'Szotka, ty jakaś głupia idealistka jesteś. Co cię te psy obchodzą?'.

Dwa lata temu

Dwa lata temu Kasia jedzie pierwszy raz do Qingdao na regaty przedolimpijskie. Widzi ogromne miasto - pewnie z sześć milionów mieszkańców - egzotyczne, zakurzone i nędzne. Uliczne garkuchnie oblepione przez muchy, brud, śmieci. Na trawnikach kobiety zbierają do śmiesznych woreczków świeże pędy jakichś traw. Po co? Nie ma pojęcia. Bose, zasmarkane dzieciaki. Bezdomni. Chorzy. Rozpadające się rudery. Następnego roku też startuje w Qingdao. W dzielnicy, gdzie powstaje miasteczko olimpijczyków, już nikt nie zbiera zielska na trawnikach. Bezdomni? A czy kiedykolwiek tu byli? Nędza? Jeszcze jakoś przebija się z drugiego planu, ale rudery wyburzone albo odpicowane, że oczy bolą. Na drodze do portu znikły garkuchnie. W nowych restauracjach europejski design, Francja - elegancja. Czyściej, ładniej, choć na bazarze jeszcze można kupić podróbki najlepszych światowych marek. W sklepach z alkoholem króluje wyborowa.

Szotka myśli: - Gdzie podziali się ci wszyscy ludzie, gdzie ich wyrzucono? Wie, że również na jej potrzeby stworzono kolorowy, nierealny disneyland. Głupie uczucie: dostać coś nadzwyczajnego kosztem tych, którzy nie mieli prawie nic. Niefajnie, że będą ścigać się w specjalnie wypreparowanym świecie. Ląduje w szpitalu z rozstrojem żołądka. Dostaje salę dla VIP-ów, choć myśli, że wcale nie potrzebuje hospitalizacji. Wygląda na korytarz. Widzi umieralnię, nędznych ludzi pod kroplówkami, beznadzieję i totalny syf. A dla niej jest specjalnie oddelegowana opiekunka dostępna na każdy gwizdek. Pyta więc tę Chinkę, jakim cudem mówi tak wspaniale po angielsku. Chinka odpowiada, że uczy się nocami.

Kasia pyta: - Jakie masz marzenia? Chinka: że na południu jej kraju jest jakaś przepiękna wyspa i właśnie tam chciałaby kiedyś pojechać, choć to prawie niemożliwe, bo kosztuje, bo praca i szpital. A nie - pyta Szotka - na Nową Zelandię albo do Francji? Nie do RPA, USA, Portugalii, Hiszpanii, Turcji, Australii, czyli tam, gdzie Kasia zdobywała medale? Nie, ta wyspa na południu wystarczy. Po co marzyć o sprawach kompletnie nierealnych? Ten angielski bez najmniejszego obcego akcentu to coś na kształt ucieczki. A nocne wkuwanie języka podczas pustych dyżurów, gdy pielęgniarka opiekuje się obcokrajowcami, którym nic nie jest - to lekarstwo, kiedy z braku marzeń nie można zasnąć.

Streśćmy poglądy Kasi na olimpiadę w Pekinie.

Po pierwsze - nie powinna odbywać się w Chinach ani w Rosji, ani w USA, czyli w krajach, które na świecie rozdają karty i lekceważą sobie swoje sobiepaństwo i brutalność. W tych krajach - myśli - każda impreza jest po to, by podkreślić własne znaczenie, potęgę i siłę. W tych krajach nawet olimpiada staje się polityką, a przecież właśnie polityka powinna być poza sportem. Po drugie - na pewno pojedzie do Qingdao, bo przecież nie wyrzuci do kosza wielu lat ciężkiej harówki, nie zrezygnuje z przygody. Poza tym nieobecni w Chinach nie będą mieli głosu. Po trzecie - będzie w Qingdao kilka tygodni przed regatami i zapewne spotka tam Barry'ego, jednego z chińskich opiekunów polskiej reprezentacji. Znają się z poprzednich pobytów; cała ekipa wie, że Barry to spoko gość, a na dodatek podkochuje się w Szotce.

A Szotka nie wie, czy będzie umiała rozmawiać z Barrym tak jak w ubiegłym roku. Czuje, że to głupie: przecież ten Chińczyk nie jest winien, że jego państwo strzela w Tybecie. Ale czytała również, że Chińczycy nie rozumieją tybetańskich aspiracji, że myślą, iż przynieśli Tybetowi rozwój, choć zostawiają za sobą spaloną ziemię. Może więc Barry też nie rozumie? Krótko mówiąc - ma trochę pietra przed tym spotkaniem. Po czwarte - ani myśli być prowodyrką, organizatorką jakichś sprzeciwów. Za nikogo, a zwłaszcza za tych w garniturach - polityków, biznesmenów, działaczy - nic nie będzie załatwiać. Podzieli się własną opinią, nawet jeśli znów usłyszy, że jest głupia jak łoś.

Ale nie będzie też gladiatorką; nie jedzie tam tylko po to, żeby wygrać, publice przed telewizorami dostarczyć rozrywki, a kibicom - dumy, że wygrała Polka. Nie jedzie po premię za medal. Fakt - skupi się przede wszystkim na żeglowaniu, bo medal zdaje się w zasięgu ręki. Lecz nie zamierza zamykać oczu. I musi to jakoś ze sobą powiązać. Po piąte wreszcie - nie podoba się jej, kiedy symbol olimpijskich kółek zamieniany jest przez ludzi wspierających Tybetańczyków w kajdanki albo w białe okręgi położone na rozlanej plamie krwi. Rozumie intencje, lecz sądzi, że za tymi znakami kryje się nadużycie. Co zawiniła olimpiada, że w Tybecie tyle podłości?

W końcu sportowców nikt nie pytał, czy chcą jechać do Chin. A kiedy okazało się, że ukłony i umizgi słane zewsząd w stronę Pekinu, że przymilne miny i przymykanie oczu na naturę chińskiego reżimu zaowocowały masakrą buddyjskich mnichów, cały świat patrzy na sportowców (a więc i na Katarzynę Szotyńską) i nawołuje: zróbcie coś w naszym imieniu. A jakim prawem nawołuje?

Inni

A co Szotka może usłyszeć od innych olimpijczyków, niekoniecznie żeglarzy? Że zaprotestują, bo przecież tak postępuje człowiek uczciwy. Że sportowcy na olimpiadzie są jak żołnierze w koszarach: tyle wolności, na ile pozwala regulamin, zadanie do wykonania, wypięta pierś i okrzyk: 'Ku chwale ojczyzny'. Że jeśli podczas zawodów pomyślą o niezałatwionym przelewie albo kłopotach w domu, szlag trafi całe skupienie i medal zawiśnie na innej szyi.

Że wiedzą, co dzieje się w Tybecie, współczują, solidaryzują się. Ale przyjechali tu po coś innego. Że będzie ich w Chinach z dziesięć tysięcy, a dziennikarzy - trzy razy tyle. Niech więc dziennikarze coś pokażą, a oni jakoś się podłączą. Że mają do wykonania pracę. Jak murarz na budowie, tokarz w fabryce, polityk w parlamencie i lekarz w szpitalu. Czy ktoś żąda od tokarza, by prezentował światu, jakie ma zdanie na ten czy inny temat? Słowem - nie usłyszy jednobrzmiącego chóru, choć bardzo by chciała. Lecz nikomu nie zamierza wystawiać cenzurki. Wścieknie się tylko, kiedy powiedzą jej: 'Tybet - straszne. Ale to samo dzieje się w Birmie, w Afryce, właściwie na całym świecie.

My - sportowcy - nie protestowaliśmy przeciwko wojnie w Iraku. Nie bądźmy hipokrytami. Albo sprzeciwiamy się od A do Z, albo nie. Bądźmy konsekwentni, nie szukajmy jakichś szczególnych okazji'. Takie myślenie to dla niej hipokryzja, szukanie dziury w całym i wygodnictwo: nie sprzątnę po psie, bo przecież sika na innym podwórku. A poza tym inne psy też brudzą. I co mnie to obchodzi. Bo co Szotka może zrobić przeciwko wojnie w Iraku? Wpłacić pieniądze na fundację opiekującą się irackimi sierotami. Nikt tego nie zauważy. W Chinach akurat może więcej. I dlatego więcej powinna.

Co może zrobić w Qingdao żeglarka Katarzyna Szotyńska?

Może założyć na uroczystość otwarcia igrzysk pomarańczową bransoletkę lub wstążkę (- Chciałabym, żeby tak zrobiło wielu sportowców, nie tylko z Polski). Wyjść na podium w koszulce z napisem 'Wolny Tybet' (- Dalajlama mówi o autonomii, ale hasło: 'Przestrzegajcie praw człowieka w Tybecie' nie zmieści się). Mieć na sztormiaku pomarańczową opaskę (- Może czarną, a może w kolorze mnisiego habitu?).

Przyszyć gdzieś tybetańskie słońce. Albo może chodzić po mieście i po porcie w białym cienkim szaliku, takim samym, jaki w podarku dają sobie Tybetańczycy. Nie ogoli głowy na łyso, by upodobnić się do buddyjskich mniszek. W końcu ma tyle innych możliwości. Jeśli ktoś powie, że Szotka to głupia idealistka? Może nie powie. Jeśli postraszy odebraniem medalu? Może nie postraszy. Jeśli zabierze? To niech go sobie, cholera jasna, powiesi na ścianie.

No comments: